Zła kobieta czy dobrodziejka. Ewa Winnicka o bohaterce swojej książki [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Fot. Laski Diffusion/EastNews
Ryszarda Wojciechowska

Zła kobieta czy dobrodziejka. Ewa Winnicka o bohaterce swojej książki [ROZMOWA]

Ryszarda Wojciechowska

Raz myślałam o bohaterce mojej książki jako o cynicznej kobiecie, innym razem płakałam nad jej losem - mówi Ewa Winnicka, autorka książki „Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej-Johnson”

Historia jak z bajki, a jednak prawdziwa. Uboga Polka wyjeżdża w świat i kilka lat później zostaje jedną z najbogatszych kobiet Ameryki. Co Panią w życiorysie Barbary Piaseckiej-Johnson najbardziej ciekawiło?

Zła kobieta czy dobrodziejka. Ewa Winnicka o bohaterce swojej książki [ROZMOWA]

Chciałam sprawdzić, jak to jest, kiedy na człowieka spada nagle pół miliarda dolarów, i to jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku, kiedy te pieniądze miały dużo większą wartość niż dzisiaj. Co się dzieje z człowiekiem, który staje się bajecznie bogaty, ale i z ludźmi, którzy go otaczają.

I jak to jest?

Przekonałam się, że wielkie pieniądze mogą być również wielkim obciążeniem. Że pieniądze nie gwarantują szczęścia. Dla Barbary Piaseckiej-Johnson były one zarówno radością, jak i przekleństwem. Znalazła się na przykład na celowniku komunistycznego wywiadu. Ludzie dookoła wciąż czegoś od niej chcieli. W końcu przestała im ufać.

Wyjeżdżając jesienią 1967 roku z Polski, na pożegnanie swoim przyjaciołom mówiła: „Jeśli wrócę, to tylko rolls-royce’em”. Kilka lat później była już żoną starszego o ponad 40 lat potentata branży kosmetycznej i milionerką. Za mąż wyszła z miłości do Johnsona czy z miłości do jego pieniędzy?

Zawsze, kiedy słyszę to pytanie, odpowiadam... pytaniem: - A co pani by zrobiła w takiej sytuacji, w jakiej ona się znalazła? Imigrantka, bez znajomości języka angielskiego, mogła najwyżej sprzątać domy. Dzięki protekcji została najpierw u Johnsonów kucharką. Ale jej pracodawcy szybko się zorientowali, że nie jest w stanie nawet zaparzyć dobrej herbaty. I kiedy chcieli ją zwolnić, protegująca ją wcześniej osoba uprosiła, aby pozwolili jej w tym domu zająć się sprzątaniem. W ten sposób znalazła się w polu widzenia swojego przyszłego męża.

Zła kobieta czy dobrodziejka. Ewa Winnicka o bohaterce swojej książki [ROZMOWA]
Laski Diffusion/EastNews Barbara Johnson i jej mąż wręczają nagrodę młodemu pianiście Krystianowi Zimermanowi

I potrafiła to wykorzystać.

Była raczej kaprysem starszego pana. Kolejnym zresztą w jego życiu. Można się tylko domyślać, że Seward Johnson na początku nie zamierzał się z nią żenić. I że kiedy on dawał jej do zrozumienia, że chciałby z nią zawrzeć bliższą znajomość, ona próbowała mu dać do zrozumienia, że pochodzi z kraju, w którym mężczyzna musi się z kobietą ożenić, jeśli liczy na znajomość tak bliską. I on w to uwierzył.

Co takiego miała w sobie, że ludzie chcieli jej pomagać, ułatwiać życie?

Często od moich rozmówców słyszałam, że była osobą z uśmiechem, który rozjaśniał otoczenie. Z ujmującym sposobem bycia. Dziennikarz David Margolick, który pracował nad książką o słynnym procesie o spadek, podczas którego dzieci Sewarda Johnsona sądziły się z macochą Barbarą, zauważył, że sprawiała wrażenie osoby, którą się trzeba opiekować. Być może Seward tak właśnie pomyślał.

Kim jednak była? Kochającą męża kolekcjonerką i filantropką czy łowczynią majątków? Kapryśną bogaczką z napadami furii czy dobrodziejką, która chciała ratować Stocznię Gdańską?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Napisałam tę książkę tak, żeby sami czytelnicy mogli to ocenić. Barbara Piasecka-Johnson była bardzo niejednoznaczną postacią. A przez to niezwykle ciekawą. Starałam się dystansować od jej oceniania. Jednak podczas pracy nad książką miotały mną mieszane uczucia. Raz myślałam o niej jako o cynicznej kobiecie, innym razem płakałam nad jej losem. Nad tym sznurem, który sama na siebie ukręciła. Walczyłam z uczuciem, jakie często wyrażali ci, którzy brali od niej pieniądze i nią pogardzali albo naśmiewali się z niej.

Zła kobieta czy dobrodziejka. Ewa Winnicka o bohaterce swojej książki [ROZMOWA]
Krzysztof Dubiel Ewa Winnicka

Jej największą pasją była sztuka?

Ludzie, którzy ją znali, twierdzili, że jej miłość do sztuki nie była udawana. Że się na niej znała. I umiała się nią otaczać. Często zmieniała obrazy na ścianach w swojej rezydencji. Jak kupowała stoły za miliony, to potem na nich jadła. Przykre jest tylko to, że nie udało się jej, z wielu względów, przekazać kolekcji dzieł sztuki, które Polsce obiecała. To budziło kontrowersje wokół jej osoby.

Barbarze Piaseckiej-Johnson nie udało się też zdobyć uznania samych Amerykanów. Jej śmierć 1 kwietnia 2013 roku odnotowały wszystkie największe światowe media. Ale nawet wtedy zrobiły to z nutką pewnej pogardy. „The New York Times” zaczął od słów: „Pokojówka, która wyszła za mąż za milionera...”, a brytyjski „Daily Mail” pisał: „Sprzątaczka, która zgarnęła ponad trzysta milionów...”.

Były takie momenty w jej życiu, kiedy mogła liczyć na akceptację. Ale sądzę, że popełniła kilka błędów, i to takich, których nie zapomniano jej nawet po śmierci. Oglądałam pałac zbudowany przez nią w New Jersey w latach 70. To była wtedy najdroższa rezydencja w Stanach Zjednoczonych, którą ona nazwała Jasną Polaną. Wcześniej Seward Johnson wraz ze swoją drugą żoną i dziećmi mieszkał w białym, postkolonialnym domu z drewna, raczej skromnym jak na możliwości tak bogatego człowieka. Ale Barbara postanowiła postawić na rozmach. Powstała więc rezydencja niezwykle ostentacyjna, z przepychem w środku i na zewnątrz, chociaż tylko dla dwóch osób.

W „Milionerce” pisze Pani, że z francuskich zamków przywożono do tego pałacu nawet XVIII-wieczne gzymsy kominkowe. Że sprowadzono francuski buduar, który używany był przez Marię Antoninę...

Pomyślałam, że ta fantazja i rozmach to było coś, czego Amerykanie nie zaakceptowali. Tak jak Ameryka nie zaakceptowała „Wielkiego Gatsby’ego”. Mogli jej zazdrościć. Ale nie zamierzali jej szanować. Obdarzano ją podziwem zmieszanym z pogardą. To był też powód, dla którego ona sama była Ameryką bardzo rozczarowana. Inna sprawa to czy w ogóle pierwsze pokolenie imigracyjne ma szansę na taką pełną integrację i akceptację? Nie wiem.

No i jeszcze proces Barbary z dziećmi Sewarda Johnsona po jego śmierci, który dotyczył podziału majątku... On też nie przyniósł jej chwały.

Był jednym z „najkrwawszych” i najgłośniejszych, na którym przede wszystkim zarobili prawnicy. Rodzinne pranie brudów śledziły wszystkie media. Zadałam sobie pytanie - czy gdyby ona była dostojną Amerykanką z Bostonu, to ta szóstka świetnie sytuowanych dzieci tak zajadle by z nią o majątek walczyła? Czy fakt, że była emigrantką z Polski, zdecydował, iż proces w ogóle się zaczął?

Ten proces jest drobiazgowo w książce opisany.

Spędziłam sporo czasu w archiwum sądu spadkowego na Manhattanie. Spotkałam się też z dziennikarzem, który opisywał to wydarzenie dla „New York Timesa”, a potem wydał świetną książkę. I to on przeprowadził mnie przez te meandry systemu prawniczego w Ameryce.

Kiedy po 1989 roku przyjechała do Polski, była witana niemal jak królowa. Polskie media pisały o niej z uniesieniem, gdańszczanie rzucali kwiaty na limuzynę, z której wysiadała, a straganiarze sprzedawali zdjęcia portretowe po kilkaset złotych za sztukę. Na Stoczni Gdańskiej zawisło nawet jej zdjęcie z Janem Pawłem II, kiedy się okazało, że chce kupić tę kolebkę Solidarności.

To prawda, że traktowano ją niemal jak osobę o nadprzyrodzonych możliwościach, jak wróżkę albo nawet świętą, która może zdziałać cuda. To była rola, którą nie tylko ona sobie narzuciła, ale to my przede wszystkim w takiej roli chcieliśmy ją widzieć. I bardzo trudno było tej roli sprostać.

Po Stoczni Gdańskiej oprowadzał ją sam Lech Wałęsa, symbol zmian w Polsce. Do kupna jednak nie doszło.

Ta znajomość z Lechem Wałęsą skończyła się, kiedy doradcy pani Barbary uznali, że inwestycja w Stocznię Gdańską byłaby dla niej katastrofą. Co było wiadome od początku, bo chaos lat 90. nie sprzyjał takim inwestycjom. Ten moment pozwala spojrzeć na Barbarę Piasecką-Johnson inaczej. Bo ona potrafiła się jednak wycofać z tego biznesu z otwartą przyłbicą. A łatwo wówczas nie było. Stocznia Gdańska była tematem, w którym emocje brały górę nad racjonalnością. Sprawę traktowano politycznie, chociaż wiadomo było, że to nierentowne przedsięwzięcie i nie da się tej kolebki uratować.

Ona czuła się jednak patriotką. Chociaż to był trochę taki sarmacki patriotyzm.

Lubiła pokazywać się ze znanymi ludźmi. Ktoś powiedział, że kolekcjonowała znajomości. Nazywała przyjaciółmi również ludzi, którzy czerpali profity ze znajomości z milionerką. Ale powinniśmy być jej wdzięczni za Instytut Wspomagania Rozwoju Dziecka w Gdańsku przy ulicy Malczewskiego, który powstał dzięki finansowej pomocy Fundacji Barbary Piaseckiej-Johnson.

Książka jest niezwykle wciągająca, tak jak sam życiorys jej bohaterki. Na jakie trudności napotykała Pani jednak przy zbieraniu materiału?

Moja bohaterka była tak kontrowersyjna, że wiele osób odmawiało rozmowy o tej „złej kobiecie”. Inni znów byli zachwyceni, że mogą podziękować dobrodziejce. Uszanowałam wolę potomków braci Barbary Piaseckiej-Johnson, którzy odmówili rozmowy ze mną. Rozumiem, że uregulowanie wszystkich spraw spadkowych wymaga ciszy. Nie chciałam powtarzać plotek. Fascynująca była praca nad odtworzeniem dziejów firmy Johnson&Johnson, którą założył ojciec Sewarda w drugiej połowie XIX wieku. To mi uświadomiło, że nie tylko nagłe pieniądze mogą być przekleństwem. Bycie spadkobiercą starej fortuny też niewiele pomaga. Biografowie mówią, że nad Johnsonami wisi klątwa, tak jak nad Kennedymi. Losy Barbary trochę tę tezę potwierdzają.

Ryszarda Wojciechowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.