Dorota Abramowicz

Wspomnienia z Wołynia. "Wśród swoich krzywda się wam nie stanie" [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

Od lewej świadkowie ze Zdołbunowa na Ukrainie: Halina Kopacz, Lidia Krzyżanowska, Zofia Mychalewicz z Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej Fot. Waldemar Kowalski Od lewej świadkowie ze Zdołbunowa na Ukrainie: Halina Kopacz, Lidia Krzyżanowska, Zofia Mychalewicz z Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Zdołbunowskiej i Apolonia Colko. W drugim rzędzie pracownicy Muzeum II Wojny Światowej: Waldemar Kowalski, Bartłomiej Garba i Dymitry Pantoń
Dorota Abramowicz

Waldemar Kowalski Wołyń zjechał wzdłuż i wszerz. Na wystawę w Muzeum II Wojny Światowej zbierał okruchy pamięci tych, którzy nie mogą zapomnieć o tym, co tam zaszło w tragicznych latach 1943-45.

To była już jego piąta podróż na te ziemie. Z Ukrainy do Gdańska wrócił w ubiegłą niedzielę.

- Wołyń, ze względu na historię rodziny, jest dla mnie zawsze emocjonalnym przeżyciem - przyznaje Waldemar Kowalski z Działu Wystawienniczego Muzeum II Wojny Światowej. - Najważniejsza w tym wszystkim jest jednak pamięć. To, co robi Muzeum II Wojny Światowej ma być ostrzeżeniem. Tym ważniejszym, że w wielu krajach odradzają się ruchy nacjonalistyczne. Obawiam się, że współczesna Europa sprawia wrażenie, jakby nie odrobiła lekcji z lat 30. XX wieku.

Przypominaniu służą nie tylko słowa. Także przedmioty. Waldemar Kowalski stawia na stole krzyż z postacią Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego i dwa obrazy z wizerunkami świętych.

Trzy relikwie ocalałe z domu Haliny Kopacz z pożogi w Janowej Dolinie.

Więcej nie mam nic

80-letnia pani Halina ze Zdołbunowa na Ukrainie na przyjazd gości z Polski ubrała swoją najlepszą, jasno wrzosową bluzkę. Opowiada, śpiewnie zaciągając, jak jej ojciec, Włodzimierz Holec, jeszcze jako nastolatek poznał w 1929 r. w Janowej Dolinie matkę Helenę. On był z pochodzenia Czechem, ona - Polką. Pobrali się w styczniu 1936 roku. W grudniu na świat przyszła Halina, w 1940 - młodsza siostra Krysia.

Janowa Dolina była ślicznym miasteczkiem, położonym wśród lasów. Drewniane, dwupiętrowe domki, tylko jeden blok z cegły. Rodzice wynajęli mieszkanie w domu należącym do gospodyni Niemki. W czasie okupacji na domku zawisła kartka, że mieszkają tu etniczni Niemcy - volksdeutsche.

- W Wielki Piątek 1943 r. nad miasteczkiem pojawił się samolot. Zrzucał ulotki. Po polsku i po ukraińsku napisano tam: „Zrobimy dla Lachów pieczenie”, to znaczy „pieczone mięso” - wspomina pani Halina. - Nikt w to nie wierzył.

Zapada cisza. Z oczu starej kobiety płyną łzy.- A potem z czterech stron zapaliło się nasze miasteczko - mówi cicho.

Ojciec wybiegł przed dom. Tam bagnetem zakłuł go kolega-zmiennik z pracy, Stepan. Z okna płonącego domu naprzeciwko sąsiadka wyrzuciła córeczkę, przyjaciółkę i rówieśniczkę Halinki. Dziewczynka widziała, jak stojący przed domem mężczyzna nabija sześciolatkę na widły i wrzuca w ogień.

Tamtej nocy Ukraińcy z UPA wymordowali 600 polskich mieszkańców, paląc ich domy. Z pożogi ocalały tylko cztery budynki, w których mieszkali Niemcy.

Rano Helena zabrała z mieszkania obrazy, krzyż i bukiecik kwiatów. Chwyciła córki za ręce. Teść i bracia męża wyjęli drzwi z chlewa, położyli na nim ciało Włodzimierza. Na placu, gdzie miał stanąć kościół, wykopano dół, do którego zwożono zamordowanych.

- Widziałam kawałki ludzi - płacze pani Halina. - Osobno nogi, głowy, ręce, części ciała. Od tamtego dnia nie jem mięsa.... Jedna z rąk trzymała krzyż. Mama zaczęła krzyczeć. Rozpoznała szczątki lekarza ze szpitala, który bezskutecznie próbował powstrzymać upowców. Obcięli mu rękę, porąbali. Pacjentów Ukraińców wyprowadzili, Polaków spalili.

Matka wrzuciła do mogiły kwiaty. Ocalałych mieszkańców miasteczka wsadzono do wagonów. Bez parowozu, więc wagony za dnia pchali mężczyźni. Nocami się ukrywali. Dopiero w listopadzie Helena z córkami dotarła do Kostopola. Najpierw mieszkała u siostry, potem teściowie ściągnęli ją do Zdołbunowa.

Długo jeszcze obrazy z Janowej Doliny towarzyszyły Halinie.

- Próbowała je ze mnie wypędzać ludowa lekarka - mówi kobieta. - Chustkę na głowę zakładała, surowym jajkiem odganiała złe wspomnienia, szepcząc coś pod nosem. Nie pomagało.

Po wojnie tylko raz, w 2013 r., Halina pojechała do Janowej Doliny. Nie chce już tam wracać. Rok później opowiedziała gdańskim muzealnikom swoją historię. I obiecała, że zapisze w testamencie Muzeum II Wojny Światowej rodzinne relikwie.

W październiku 2016 r. przekazała je gościom z Polski. - Tylko to mi zostało. Więcej nie mam nic - mówi.

Woda w ustach

W Janowej Dolinie stoją dziś dwa pomniki. Za zgodą władz ukraińskich rodziny pomordowanych postawiły obelisk upamiętniający ofiary zbrodni. Podczas jego odsłonięcia protestowała grupka nacjonalistów, wyzywająca biorących udział w uroczystości Polaków i Ukraińców od „esesmańskich sługusów”. W tej samej miejscowości postawiono pomnik Iwanowi Łytwyńczukowi, ps. Dubowyj, dowódcy UPA, którego oddziały rozpoczęły rzeź wołyńską, a on sam brał bezpośredni udział w mordach w Janowej Dolinie.

Schizofrenia historyczna?

- Nie ma prostych odpowiedzi - rozkłada ręce Waldemar Kowalski. - Co ciekawe, krótko po upamiętnieniu Łytwyńczuka, ktoś uszkodził jego pomnik. I działo się to w miejscowości zamieszkiwanej wyłącznie przez ludność ukraińską, więc im też historia uwiera. Innym elementem pamięci jest pielęgnacja przez zwykłych ludzi miejsc, gdzie mordowano Polaków. Mogiłami opiekują się bez żadnego przymusu mieszkańcy wsi, potomkowie dawnych sąsiadów.

Podczas podróży na Wołyń pracownikom MIIWŚ udało się dotrzeć do członków UPA, ludzi, którzy brali udział w zbrodniach.

- Wielkim przeżyciem dla mnie były odwiedziny w miejscowości Luboml u pewnego upowca - wspomina Kowalski. - Byliśmy u niego dwa razy, przeprowadzając kolejne notacje. Mężczyzna ów przed wojną wychowywał się z Polakami, chodził do polskiej szkoły. Uległ propagandzie nacjonalistycznej, wstąpił do UPA. I tak jak wszyscy chętnie opowiadał o strukturze, organizacji Ukraińskiej Powstańczej Armii, o życiu w konspiracji. O tym, jak za działalność w UPA trafił potem na Syberię i zdrowo tam dostał w kość. Za to bardzo rzadko, w zasadzie wcale nie mówił o mordowaniu Polaków. Za każdym takim pytaniem, jak wielu innych upowców, nabierał wody w usta.

Po zakończeniu ostatniej, długiej notacji mężczyzna wstał. Podszedł do Kowalskiego, objął go, serdecznie uściskał. - No, musiało minąć ponad 70 lat - powiedział. - Byliśmy wrogami, jesteśmy przyjaciółmi.

- Przyznam szczerze, w tamtym momencie stanęła mi przed oczami moja mama, Aniela - mówi Waldemar Kowalski. - Nie odepchnąłem go, przecież on nawet nie wiedział, że w mojej rodzinie były ofiary. Czasami pytają, czy przebaczyłem. Odpowiadam, że nie ma we mnie nienawiści wobec narodu ukraińskiego. Nie ma jednak także przebaczenia dla sprawców, którzy, tak jak zbrodniarze hitlerowscy, powinni być ścigani do końca swoich dni.

Sąsiedzi

Drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, 1943 rok. Czteroletnia Anielka wdrapuje się na łóżko, gdzie leżą mama i babcia. Chwyta mamę za rękę, szarpie, ale mama się nie rusza. Babcia też jest taka zimna. Strach.

To jedno z pierwszych, tak intensywnych wspomnień Anieli Glazik-Kowalskiej, z domu Juniewicz. Od tamtego dnia sieroty. Urodzonej w 1939 r. w kolonii Ochocin, koło Łucka, córce Janiny i Józefa.

Jej ojciec, żołnierz Września, nie wrócił z niemieckiej niewoli.

W październiku 1943 r. w Ochocinie sąsiedzi zamordowali jej dziadka, Józefa Smolarza i brata ojca, Zygmunta Juniewicza. - Dramatem jest, że członkowie mojej rodziny ginęli, bo zaufali sąsiadom - mówi Waldemar Kowalski. - Wcześniej, na wieść o pogromach, dziadkowie postanowili wyjechać do miejscowości, gdzie były większe skupiska Polaków. Ukraińscy sąsiedzi ich odnaleźli i zaczęli namawiać do powrotu. Deklarowali, że „wśród swoich” krzywda im się nie stanie.

Ci sami ludzie dokonali egzekucji.

Janina Juniewicz z Anielką i matką Katarzyną Smolarz po tragedii przeniosły się do kolonii Aleksandrówki, gdzie Polacy zorganizowali związany z Armią Krajową oddział samoobrony. Już wcześniej, latem 1943 r.. akowcy odparli ataki na kolonię, w rewanżu podpalili ukraińskie domy w Szeplu. Spirala zbrodni i zemsty, sprowokowana wcześniej przez niemieckich okupantów, zaczęła się rozkręcać.

- W zbrodniach z jednej strony uczestniczyli Ukraińcy służący w policji niemieckiej, którzy mieli dostęp do broni - mówi dr Kowalski. - Ci sami ludzie, przed przejściem do UPA, nierzadko brali udział w mordowaniu Żydów. Z drugiej strony, byli to prości chłopi, często upojeni gorzałką. Stąd dwa obrazy zbrodni, ukazane w relacjach świadków. Polaków albo „humanitarnie” rozstrzeliwano według wzorców hitlerowskich, albo bestialsko mordowano - widłami, siekierami. Tym, czym owi chłopi potrafili zabijać. A swoje ofiary traktowali jak zwierzęta gospodarskie. Przy czym nie zawsze sprawcy mogli się wyłamać - ci, którzy mówili „nie” sami byli mordowani. Czasem brat zabijał brata „dezertera”, czasem mąż Ukrainiec musiał zabić żonę Polkę i zrodzone przez nią dzieci. UPA na tamtych terenach siała terror nieporównywalny z terrorem sowieckim i niemieckim.

W Aleksandrówce kobiety zatrzymały się u rodziny Błażejczyków, z której wywodziła się Katarzyna. Na noc dom zamykano. W świąteczny wieczór do drzwi zapukał siedemnastoletni sąsiad z Ochocinia. Ukrainiec, ale świetnie mówiący po polsku, grzeczny, zawsze uprzejmy. Poprosił, by wyszły na chwilę, bo musi im coś bardzo ważnego przekazać.

Zaufały. Kiedy stanęły za progiem, rozległy się strzały.

Niedługo potem oddziały samoobrony przy pomocy partyzantów sowieckich ujęły dwóch sprawców zbrodni. Kazano im pochować Janinę i Katarzynę.

- Syn Katarzyny i brat mojej babci, osiemnastoletni Jan Smolarz, był w partyzantce AK - mówi Waldemar Kowalski. - Dowódca po pogrzebie powiedział, że może osobiście rozstrzelać zabójców matki i szwagierki. Odmówił.

Na barkach Jana spoczął obowiązek opieki nad siostrą, piętnastoletnią Józefą i małą siostrzenicą. Po wojnie - przez krótki czas - nie mógł utrzymać Anielki, która trafiła do domu dziecka. Do końca swoich dni traktował ją jednak jak córkę.

Dorosła już Aniela z rodziną zamieszkała na Ziemiach Zachodnich, w Białym Borze, zwanym polską stolicą Ukrainy na Pomorzu. Władze osiedliły tam ukraińskie rodziny, które musiały, w ramach Akcji Wisła opuścić swoje domy w Polsce południowo-wschodniej.

Mały Waldek bawił się z ukraińskimi dzieciakami. Chodził z nimi do szkoły. Nie miał z tym żadnych problemów. Jan, proszony o odwiedzenie Anieli, niechętnie i rzadko przyjeżdżał do Białego Boru.

Tuż przed śmiercią czas wołyński wrócił do Jana. Spał w ubraniu, kazał trzymać okulbaczonego konia w stajni. Musiał być w każdej chwili gotowy do obrony.

Milczenie ofiar

Tak, jak nie chcą o tym, co działo się w 1943 r. mówić starsi Ukraińcy, podobnie trudno jest wydobyć wspomnienia od niektórych ofiar. Zwłaszcza od Polaków nadal mieszkających na Ukrainie.

- O ile notacje na terenie Polski nie są problemem, to na Wschodzie mamy już kłopot - przyznaje Waldemar Kowalski. - Jeszcze ci najstarsi, po dziewięćdziesiątce, mówią więcej. Twierdzą, że i tak stoją nad grobem, więc już się nie boją. Ale w tych, którzy patrzyli na zbrodnię oczyma dziecka, na stałe osiadł głęboki lęk.

Odrębna sprawa to losy wojennych dzieci z rodzin mieszanych. Takich, które patrzyły na śmierć ojca-Polaka z ręki sąsiada (który zresztą przez następne lata wymieniał z nimi uprzejme pozdrowienia) i ocalały dzięki pacierzowi nauczonemu przez matkę-Ukrainkę.

- Tuż przed ostatnim wyjazdem na Ukrainę obejrzałem „Wołyń” - wspomina Kowalski. - Kiedy byłem na Wołyniu, MSZ Ukrainy odwołał pokaz filmu w Ośrodku Kultury Polskiej w Kijowie. Prędzej czy później jednak ci Ukraińcy, którzy będą chcieli, zobaczą go. Jest internet, DVD... Wiem, że jest tam bardzo duże oczekiwanie na obraz Smarzowskiego. To mocny film, niesamowicie brutalny, ale to, co w nim pokazano, nie jest żadnym wymysłem. Wiele scen ma odbicie w relacjach świadków, z którymi rozmawiałem. „Wołyń” pokazuje nie tylko bezmiar apokalipsy, ale także z zachowaniem właściwych proporcji przypomina akcje odwetowe ze strony Polaków. Niesie też niezwykle ważne przesłanie - nawet jeśli ktoś się fizycznie uratował, to zdrowym już nigdy nie był. Trauma zostawała do końca. Tak jak w moim wuju, w mojej matce, w opowieściach tych, z którymi rozmawiałem.

Wystawa

Zebrane podczas kolejnych wypraw na Wołyń relacje świadków i przywiezione pamiątki-relikwie trafią do oddzielnej części wystawy stałej Muzeum II Wojny Światowej, sąsiadując z częścią dotyczącą zbrodni popełnionych przez ustaszy chorwackich na Serbach, Żydach i Romach.

W zamówionej przez ministra kultury, Piotra Glińskiego, recenzji na temat ekspozycji MIIWŚ, prawicowy publicysta Piotr Semka zarzucił władzom placówki, że „prawdziwym skandalem jest to, że nie wyodrębniono osobnej przestrzeni dla rzezi Polaków na Wołyniu”.

- To nieprawda - odpowiadają dyrektorzy muzeum.

- Pokazujemy w unikalny sposób ludobójstwo dokonane nie przez III Rzeszę, ale przez siły, które zostały w pewnym sensie przez nią wyzwolone - mówi Piotr Majewski, wicedyrektor MIIWŚ. - Opowieść o Wołyniu prezentuje historię nacjonalizmu ukraińskiego, powstanie Ukraińskiej Powstańczej Armii, ale w sensie wystawienniczym skonstruowana jest wokół przedmiotów wydobytych z mogił pomordowanych mieszkańców dwóch wsi na Wołyniu: Ostrówka i Woli Ostrówieckiej. Od rodzin otrzymaliśmy te przedmioty, eksponaty jedne z najcenniejszych w naszej kolekcji.

- W specjalnych księgach, przypominających albumy umieszczono ustalone nazwiska polskich ofiar - dodaje dyrektor prof. Paweł Machcewicz. - Ta lista z datami urodzin i śmierci, pokazująca przekrój pomordowanych - od dzieci po starców - robi wrażenie. Pokażemy też, przypominające rodzinne, albumy zawierające zdjęcia wybranych ofiar. Tam będzie można zapoznać się z pojedynczymi, indywidualnymi, wstrząsającymi przypadkami.

Notacje zebrane na Wołyniu znajdą się w specjalnym filmie prezentowanym na wystawie.

Mają uświadomić, do czego może prowadzić pielęgnowana nienawiść jednego narodu do drugiego.

Czy wyciągniemy wnioski z tej nauki?

Waldemar Kowalski: - Czarno to widzę, zwłaszcza w tej rzeczywistości Europy, gdzie nacjonalizm jest w cenie dla części polityków. To najbardziej przeraża.

Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.