Barbara Szczepuła

Wesołych Świąt, Panie Generale. Co w wigilijną noc 1981 r. mogła robić poetka?

Rok 1981. Radosny czas Solidarności. Na zdjęciu Bożena Ptak Fot. Archiwum prywatne Rok 1981. Radosny czas Solidarności. Na zdjęciu Bożena Ptak

Barbara Szczepuła

- Opowiedz mi o stanie wojennym, proszę. - Podobno twój mąż uciekał przez okno… - To nie był mąż, ale kochanek, a właściwie jeszcze wtedy po prostu przyjaciel - uśmiecha się Bożena Ptak.

Wieczór dwunastego grudnia spędziła w Gdyni, w klubie Bursztynek, na spotkaniu Gwiazdozbioru. Oprócz Joanny i Andrzeja Gwiazdów, był Bogdan Borusewicz oraz kilka jeszcze znaczących osób. Temperatura emocjonalnej, burzliwej dyskusji w kłębach papierosowego dymu, nad szklankami cienkiej herbaty rosła z minuty na minutę. Komuna coś knuła, to się czuło. Gwiazda nie miał wątpliwości, że tym razem nie odpuści.

Po drodze do domu Bożena wstąpiła do Sopotu, by zabrać od mamy Klementynę. Odniosła wrażenie, że ktoś ją śledzi. Ale przypomniała sobie że obok jej rodziców mieszka Bogdan Borusewicz i esbecy mogli zasadzać się na niego. Gdy dojechała na Morenę, był już późny wieczór, położyła córeczkę spać i weszła do wanny. Gorąca woda przyniosła odprężenie. Zaczęła usypiać…

Z kontemplacji wyrwał ją dzwonek. Zmagając się ze szlafrokiem, pobiegła do przedpokoju. W drzwiach stał Janusz. Przyjechał prosto ze stoczni. - Obstawili zakład - opowiadał. - Dzieje się coś złego. „Obława! Na młode wilki obława!” - jak w piosence Jacka Kaczmarskiego.

Był zdenerwowany. Czy komuna zdecyduje się na frontalne uderzenie? Co wtedy powinna zrobić Solidarność? Walczyć? Ale jak? Położyć uszy po sobie? - to nie wchodziło w rachubę. Już zasmakowaliśmy wolności… A Ruscy? Wejdą - nie wejdą?

Następny dzwonek do drzwi rozerwał ciszę nocną.

Janusz zerknął przez wizjer: trzech facetów, w tym jeden w mundurze. Nie otwieramy!

Poznała go w Solidarności. Należał do współpracowników Andrzeja Gwiazdy i mimo młodego wieku był doświadczonym działaczem Wolnych Związków Zawodowych i Solidarności. A jaki przystojny!

Bożena była świeżo po rozwodzie z Krzysztofem Kasprzykiem, autorem słynnej „Piosenki dla córki”, która w wykonaniu Macieja Pietrzyka stała się w sierpniu w stoczni nieformalnym hymnem strajkujących. Słowa ballady opisywały sytuację w małżeństwie Kasprzyków. Bożena, utalentowana młoda poetka, zostawiła malutką Klementynę z ojcem i poszła do stoczni z delegacją Związku Literatów Polskich. Już nie wyszła. Takie było wyzwanie chwili, należało zmieniać Polskę. Niegdyś, w innych oczywiście warunkach, tak postąpił jej ojciec, żołnierz Armii Krajowej na Wileńszczyźnie.

Krzysztof z małą córeczką w wózku był kilka razy pod bramą numer dwa, w domu napisał piosenkę, a potem zawiózł Klementynkę do babci i też został w stoczni. „Nie mam teraz czasu dla Ciebie, nie widziała cię długo matka, jeszcze trochę poczekaj, dorośnij, opowiemy ci o tych wypadkach/ o tych dniach pełnych nadziei”…

- Nieraz się zastanawiałam, czy mój pobyt w stoczni nie był ucieczką. Małżeństwo mi się sypało. W Sali BHP nad kanapkami z mortadelą rozmyślałam o tym, co będzie dalej, co zrobić z naszą miłością. Tu, w stoczni, coś się scalało, rosło, a u mnie przeciwnie - rozsypywało się - przypomina sobie Bożena tamte dni.

***

- Milicja, otwierać! - krzyczą stojący na klatce schodowej esbecy. Janusz stara się zablokować drzwi deskami przeznaczonymi na regały. Esbecy zaczynają wyłamywać zamek.

Wyrwana ze snu Klementynka drepce do przedpokoju, żałośnie płacze. Janusz nakazuje:

- Zabierz małą, mogą strzelać! Wyjdź na balkon i krzycz!

- Co mam krzyczeć? - Bożena całkiem traci głowę.

- Krzycz „ratunku”! Żeby ludzie wiedzieli, że coś złego się dzieje.

Więc krzyczy z balkonu, a kijem od szczotki stuka w okno sąsiadów. Wychyla się zaspana sąsiadka.

- Niech pani zadzwoni do Gwiazdów i opowie, co się tu dzieje. Podaję numer telefonu…

- Nie mogę się dodzwonić, telefon się zepsuł - odpowiada mąż sąsiadki.

Tymczasem esbekom udało się wyłamać zamek, ale barykada z desek skutecznie blokuje drzwi. Na klatce schodowej zaczyna tymczasem działać solidarność sąsiedzka. Słychać głosy kobiece i męskie, przekrzykiwania, połajanki.

- Czego od niej chcecie?! To porządna kobieta. Jest noc, chcemy spać. Tu są małe dzieci…

Bożena dowie się potem od sąsiadki, że specjalnie szczypała zaspanego synka, żeby głośno się darł.

- Obowiązuje cisza nocna - rozpoznaje głos innej kobiety.

- Tam popełniono morderstwo! - rzuca w desperacji któryś z tajniaków. Sąsiedzi nie wierzą, pomstują dalej.

- Żywego mnie nie wezmą - syczy przez zęby Janusz. Wychodzi na balkon.

- Boże drogi, przecież to szóste piętro, zabijesz się - Bożena miota się między balkonem a drzwiami, które dalej szturmują esbecy.

Jak to się stało, że wreszcie odeszli? Starsze dzieci sąsiadów idą za nimi aż do samochodu. - Odjechali! - krzyczą radośnie.

Janusz nie zdołał zsunąć się po piorunochronie, wraca przemarznięty do pokoju.

Kolejny dzwonek do drzwi stawia ich na równe nogi. Wrócili esbecy?! Janusz daje nura na balkon. Zafrasowany sąsiad pyta: - Nie widziała pani starszego pana w pidżamie, wyszedł kilka godzin temu i nie wrócił. To mój teść, żona się niepokoi…

Sąsiad z góry krzyczy na całe osiedle:

- Włączcie telewizor, Jaruzelski ogłasza stan wyjątkowy!!!

Koniec snów o wolności.

Rok 1981. Radosny czas Solidarności. Na zdjęciu Bożena Ptak
Archiwum prywatne Rok 1982. Smuta stanu wojennego. Na zdjęciu Bożena z córką Klementynką

***

Niedziela jest mroźna i śnieżna. Bożena zostawia Klementynkę u mamy. Ubiera się w trzy swetry, kożuch, buty typu aprésski, w bucie chowa swoją solidarnościową legitymację. Musi iść do stoczni, ojczyznę trzeba ratować, jest przecież - a może była, bo Solidarność, jak ogłosił generał, została zdelegalizowana - członkiem zarządu regionu. Na ulicy przyjaciel ojca, pracownik cenzury, chwyta ją za ramiona: - Coście z tą Polską zrobili!

- My?!

W stoczni niewiele osób. Zaaferowany Borusewicz biega od bramy do bramy, inni się krzątają, kto konkretnie, trudno dziś sobie przypomnieć, właściwie nie znała prawie nikogo. Janusz gdzieś znika, będziemy się bronić, nie poddamy się - zbierają metalowe pręty. Bożena trzyma się z jakąś dziewczyną, śpi na ławce w biurze, mimo kożucha zimno przenika do kości…

Zomowcy grożą spod bramy: - Będziemy strzelać! Przypomina się Grudzień’70, dreszcz przechodzi po krzyżu.

Szesnastego o świcie nadlatują helikoptery. No to koniec… Czołg wyłamuje bramę stoczni. Zomowcy i milicjanci przeczesują zakład, szukają liderów strajku. Bogdan Borusewicz z Kazimierzem Kiżewskim uciekają przez mur. Innych działaczy ZOMO zbierają w Sali BHP, ustawiają ścieżki zdrowia…

Gdzie Janusz?

Bożena w tym swoim kożuchu i w chustce na głowie bardziej przypomina robotnicę niż subtelną poetkę, ale władza boi się zarówno poetek, jak i robotnic. Jedną z najbardziej niebezpiecznych dla ustroju i dla generała Jaruzelskiego osobiście jest przecież pewna suwnicowa, ale ją już wcześniej esbecy złapali i wywieźli do obozu internowanych. - A może jednak była wtedy w stoczni? - zastanawia się Bożena.

***

Stuka w starą maszynę i pisze wiersz, bo co w ciemną noc stanu wojennego, w Wigilię Bożego Narodzenia Anno Domini 1981 może robić poetka?

Wesołych Świąt, Panie Generale!/ Przy ruskiej wódce i ruskim kawiorze./Ja siedząc sama przy świątecznym stole/wciąż nasłuchuję, bo o tej to porze/Twoi służalcy mogą drzwi wyłamać, Mogą opłatek jak życie znieważyć/To dzięki Tobie jestem dzisiaj sama,/Ty dałeś rozkaz zabronić nam marzyć…

Nie zważając na godzinę milicyjną, wychodzi na pustą ulicę i rozlepia cztery przebitkowe kopie koło bloku, na sklepie, na drzewach. „Wesołych Świąt Panie generale/Krew zmyć się nie da, popatrz na swe ręce/Już nie odejdziesz ty w glorii i chwale…”.

Szesnastego grudnia zginęli górnicy w kopalni Wujek.

Klementyna śpi, cicha noc, święta noc…

Janusz raz jest, raz go nie ma, konspiruje, drukuje, roznosi ulotki - ręce pełne roboty.

***

Wrócił, zarumieniony od mrozu, tuż przed godziną milicyjną.

Po chwili dzwonek i walenie do drzwi.

- Kto tam?

- WRONA!

Janusz szepcze, wciągając kurtkę: - Żywego mnie nie wezmą. - I wybiega na balkon. Zjeżdża po piorunochronie.

Za drzwiami przyjaciel Jerzy Janiszewski, słynny twórca logo Solidarności. Ze świątecznymi życzeniami, lekko podpity.

- Janusz, alarm odwołany! - woła w ciemność wściekła Bożena.

- Jestem na pierwszym piętrze - odzywa się głos jak ze studni. - Nie wiem, co robić? Jak skoczę, to się połamię.

- Zapukaj w okno, pewnie cię wpuszczą.

***

- Spodziewaliśmy się ich nocą - opowiada Bożena. - A przyszli w biały dzień. O piętnastej. Janusz już przećwiczył ucieczkę po piorunochronie, więc zjechał, zanim otworzyłam drzwi. Andrzej Gwiazda kiedyś mi powiedział, żebym w razie czego nie odpowiadała na żadne pytania, więc niezależnie od tego o co pytali, mówiłam: - Panowie, nic nie wiem, trzynastego grudnia tak się przestraszyłam, że straciłam pamięć.

- Gdzie Janusz…?

- Trzynastego grudnia tak się przestraszyłam, że…

Przerzucają książki, zwalają je z półek.

- W książkach go szukacie? - krzyczy.

- Niech się pani uspokoi - strofuje ją esbek. - Uczy pani dziecko histerii. - Wyciąga do Klementynki dłoń z cukierkami.

- Nie bierz, pewnie zatrute! - woła. - Historii uczę, nie histerii.

A Klementynka pyta:

- Czemu wujek Janusz wyszedł przez balkon?

Esbecy zrywają się na równe nogi.

***

Janusz ukrywa się. Przed Wielkanocą Bożena jedzie z Klementynką i walizką pełną jedzenia, by spędzić z nim święta. Kluczy, przesiada się kilkakrotnie, by zgubić ogon. Janusz leży nieprzytomny. Zatruł się trefnym alkoholem. Trzeba było wezwać pogotowie. Uradzili, że pojedzie do szpitala z dokumentami Jurka Janiszewskiego.

Odwiedza go Krysia, żona Jurka.

- Pani do kogo?

- Do męża, Jerzego Janiszewskiego.

Janusz ocyka się: - To Jurek też tu jest?

***

Jeden z ważnych działaczy Solidarności powiedział Bożenie: - Podejrzewamy, że współpracujesz…

To brzmiało jak wyrok. - Wszyscy się ode mnie odwrócą - płakała w poduszkę. - Jak się obronię?

Koledzy wywieźli gdzieś Janusza, nie dali Bożenie adresu. Myślała o samobójstwie.

Poskarżyła się przyjaciółce. Spodziewała się pocieszenia.

- A skąd mogę wiedzieć, że to nieprawda? - spytała.

***

Janusz jednak nie uwierzył w te bzdurne oskarżenia i się odezwał. Pojechali razem na Mazury. Sezon się jeszcze nie zaczął, pusto, piękna pogoda, romantyczne spacery po lesie, przejażdżki łódką. Sielanka. Nagle pojawił się obcy mężczyzna. Z Warszawy. Podobno brat kierownika ośrodka. Janusz się zaniepokoił. Miał fałszywe dokumenty, to się mogło źle skończyć. Wyjechał.

Mężczyzna z Warszawy nazywał się Jerzy Falski. I było to jego prawdziwe nazwisko. Został mężem Bożeny.

***

Janusz ukrywał się jeszcze przez jakiś czas. Ożenił się z córką ludzi, którzy go przechowywali.

Rok 1981. Radosny czas Solidarności. Na zdjęciu Bożena Ptak
Archiwum prywatne Rok 2015. Bożena Ptak z Andrzejem Gwiazdą

barbara.szczepula@polskapress.pl

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Barbara Szczepuła

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.