Jacek Wierciński

W Gdańsku pracują i świetnie się uczą, ale rodzinie z przejętego przez Rosję Krymu grozi deportacja

Na zdjęciu dziś 16-letni Tola z mamą - Janą i 13-letnim bratem - Grzegorzem Fot. Przemek Świderski Na zdjęciu dziś 16-letni Tola z mamą - Janą i 13-letnim bratem - Grzegorzem
Jacek Wierciński

Po roku pobytu w Gdańsku rodzina Szmatowów dostała decyzję o odmowie nadania statusu uchodźców.

- Gdańsk jest podobny do rodzimego Sewastopola. Nasze mieszkanie tam było takie jak tu, też nad morzem. Jak chłopaki zobaczyli to w Brzeźnie, to prawie się popłakali. Może taka nasza fortuna, ale same dobre osoby nam się trafiały - wspomina przeprowadzkę na Wybrzeże niemal dokładnie przed rokiem Jana.

Wcześniej w 2014 roku z rodziną uciekła z anektowanego przez Rosję Krymu. Jak mówi, jej męża Grigorija „zielone ludziki” pobiły jeszcze zanim Federacja Rosyjska oficjalnie zajęła półwysep.

- Oni mieli naszywki separatystów i zamaskowane twarze. Do pracy nie mógł wrócić. Wzięliśmy dokumenty i ubrania. Zawieźliśmy chłopców do babci, sami pojechaliśmy do siostry, a później razem do Lwowa, ale tam też nie było życia. Takich jak my: ludzi ze wschodu na zachodzie nazywają zdrajcami. Nie jesteśmy uważani za Ukraińców, ale też nie za Ruskich - tłumaczy matka 17-letniego dziś Toli i 13-letniego Grzegorza.

Rodzina uciekła do Polski, gdzie trafiła do ośrodków dla cudzoziemców, a potem w sierpniu 2016 r. do Gdańska i tu udało jej się rozpocząć nowe życie. Ojciec chłopaków - Grigorij, po którym młodszy odziedziczył imię, w ciągu tygodnia znalazł pracę (jest kierowcą-magazynierem), Jana pracuje w kuchni w jednej z kawiarni, a chłopcy trafili do Gimnazjum nr 13. Teraz Tola ze świetnym wynikiem i świadectwem „z czerwonym paskiem” dostał się do klasy fizyczno-matematyczno-informatycznej IX Liceum Ogólnokształcącego.

- Nie mamy do czego wracać - tłumaczy rodzina Szmatowów.

W czasie wakacji jednak pojawił się poważny problem. W lipcu Rada ds. Uchodźców utrzymała w mocy decyzję Urzędu ds. Cudzoziemców o odmowie przyznania rodzinie statusu uchodźców. Na kilkunastu stronach uzasadnienia urzędnicy tłumaczyli m.in., że przemoc, z jaką spotkał się mąż Jany nie została wystarczająco udokumentowana, a na obszarach kontrolowanych przez rząd w Kijowie, „sytuacja pozostaje stosunkowo spokojna”.

Dziś w sieci - na stronach change.org i avaaz.org trwa zbiórka podpisów pod petycją „Pozwólcie naszej rodzinie zostać w Polsce” o przyznanie Szmatowom pozwolenia na pobyt ze względów humanitarnych. Grozi im bowiem deportacja, a to oznaczać może, że Tola - zamiast na wymarzone studia - trafi do wojska i do walki, a jego młodszy brat nie będzie mógł liczyć na rehabilitację po operacji, którą przeszedł ostatnio. Petycję popiera Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek, gdzie rodzina uczyła się polskiego i szukała pomocy w trudnych chwilach.

- We wspomnianej sprawie nie przedstawiono żadnych okoliczności lub dowodów wskazujących na to, że na obszarze kontrolowanym przez legalne władze ukraińskie cudzoziemcy byli lub będą prześladowani - tłumaczy pytany o Szmatowów Jakub Dudziak z Urzędu ds. Cudzoziemców, który dodaje, że powinni oni opuścić Polskę i zastrzega, że ewentualną szansą na pozostanie w kraju jest jedynie wydanie zgody na pobyt ze względów humanitarnych lub pobyt tolerowany przez Straż Graniczną.

Jacek Wierciński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.