Urbex jest wyklęty, ale ratuje od zapomnienia NIESAMOWITE ZDJĘCIA

Czytaj dalej
Fot. Fot. Addic7ed Empire
Paweł Szałankiewicz

Urbex jest wyklęty, ale ratuje od zapomnienia NIESAMOWITE ZDJĘCIA

Paweł Szałankiewicz

Od wielu lat urbexowicze z całego świata koncentrują się na odnajdywaniu ciekawych, zapomnianych przez czas miejsce. Dla wielu to pasja, która ma swoje plusy i minusy. No i środowisko nie zawsze jest im przychylne, a sami dla siebie też czasem mogą „wrogami”.

Urban exploration to nic innego jak eksplorowanie miejsc, które na co dzień nie są dostępne zwykłym mieszkańcom, bądź zwyczajnie są dla nich niewidoczne. Można powiedzieć, że jest to swego rodzaju turystyka (co nabiera prawdziwego znaczenia jeśli przejrzy się oferty wycieczek do Czarnobyla), ale w pewnym sensie wyklęta. Urbexowiczom, bo tak się mówi o osobach uprawiających tą formę turystyki – przy czym słowo „turystyka” jest bardzo umownym określeniem – często nie sprzyjają choćby właściciele opuszczonych obiektów, okoliczni mieszkańcy czy prawo. Bo też nie ma co się czarować: do większości miejsc wchodzą najczęściej nielegalnie tylko po to, aby uwiecznić na zdjęciach wszystkie tajemnice danego obiektu. I chyba właśnie to sprawia, że ta forma spędzania czasu jest z roku na rok coraz bardziej popularna.

Urbex to pasja, urbex to życie
Dla wielu osób zajmujących się eksplorowaniem opuszczonych miejsc urbex jest pasją, czasem graniczącą z fanatyzmem. To jest jak narkotyk – jeśli człowiek raz spróbuje, to wciąga się w to bez reszty, nawet jeśli nie eksploruje co weekend czy nawet częściej. Myśli o tym, szuka nowych miejsc, przygotowuje się na coś nieoczekiwanego.

- Urbex często też stanowi ucieczkę od prozy życia i problemów. Kiedyś uprawiałem go od „święta”, ale teraz nie wyobrażam sobie, abym miał spędzać wolny czas w inny sposób – mówi Tomasz Cichy, twórca jednego z najpopularniejszych polskich fanpage na Facebooku traktującym o urbexie – Addic7ed Empire. - Można powiedzieć, że z „urbexu” się wywodzę, ale znacznie bardziej wolę być określany mianem podróżnika/fotografa – dodaje.

- Dla mnie urbex natomiast jest przede wszystkim odkrywaniem miejsc. Miejsc, które już swój „czas świetności" mają za sobą i zostają zapominane na poczet nowych - jednak niekoniecznie lepszych – dodaje Anna Mika (jej zdjęcia znajdziecie na stronie http://www.annamika.pl/).

Doświadczonych urbexowiczów jest w Polsce bardzo wielu, ale cały czas dochodzą nowi. Ci doświadczeni nie zadowalają się byle czym. Szukają często miejsc, w których czas dosłownie się zatrzymał – zdjęcia pokrywa pajęczyna i kurz, nieprzesunięty fotel stoi nadal przed kominkiem, a stół wygląda tak, jakby mieszkająca tam rodzina dopiero co odeszła od stołu. Najczęściej robią to jednak nielegalnie. Czy to właśnie sprawia, że jest to tak popularne?

- Zakazany owoc smakuje najlepiej, prawda? Można powiedzieć, że takim właśnie owocem są miejsca opuszczone. Turystyka niekonwencjonalna jest obecnie na fali. Na urbex jest po prostu moda, ale to czas zweryfikuje kto pozostanie z tematem na lata, a kto zniknie niczym jedno sezonowcy z branży muzycznej – mówi Tomasz Cichy.

Do popularyzacji urbexu przyczyniły się przede wszystkim media społecznościowe i youtube. Co i rusz można zobaczyć na Facebooku powstające strony traktujące o opuszczonych miejscach, których są dziesiątki, jeśli nie setki. - Z czasem pojawiło się także wielu filmowców, którzy swoje eksploracje uwieczniali (niektórzy nadal to robią) na filmie, a następnie publikowali je w serwisie YouTube. Osobiście uważam, że ten cały „hype” niebawem skończy się. Każda moda prędzej czy później przemija, tak samo będzie z urbexem – dodaje Cichy.

Ten hype na urbex to, jak zauważa Anna Mika, nie tylko moda, ale też adrenalina, z jaką wiąże się odkrywanie nowych miejsc. - Obserwując zagranicznych fotografów myślę, że to też chęć pozyskania nowych kadrów, pokazania czegoś nowego, innego.

W tym wszystkim jest wiele ziaren prawdy, bo ci, którzy szybko się zachłysnęli urbexem, jeszcze szybciej znikali z pola widzenia. Powody bywają różne: nieumiejętność znalezienia ciekawych miejsc (najczęściej nowicjusze fotografują całkowicie gołe ściany, którymi nikt się właściwie nie interesuje), natknięcie się na ochroniarza/policję czy też nie akceptacja ze strony środowiska. Bo to też się zdarza. - To jest bardzo hermetyczne środowisko. - Grupy, które najwięcej podróżują i odkrywają nawięcej miejsc - to nie tylko fotografowie, miłośnicy urbexu - ale też przyjaciele. I - jak już nawiązujemy do hermetyczności - trochę strażnicy tych miejsc. Nie dzielą się lokalizacjami, nie rozmawiają z mediami. Prezentują swoje prace - na fanpage, galeriach online - z dala jednak od większego "szumu wokół ich działalności". Ci, którzy chętnie mówią o urbexie - np. ja - są niejako wykluczani z zasady z takich grup – mówi Anna Mika.

- W tej społeczności, jak i w każdej innej występują sympatie i antypatie. Zauważalny jest także wyścig pomiędzy poszczególnymi eksploratorami – kto więcej, kto szybciej, kto lepiej. Walka o złote runo trwa w najlepsze choć w moim odczuciu jest to smutne zjawisko. Istnieje także wyraźny podział na „lepszych i gorszych”. Młodzi często mają ciężko by uzyskać „błogosławieństwo” od starych wyjadaczy. Apelując do nich powiem jedno – róbcie swoje, nie przejmujcie się zdaniem dinozaurów – dodaje Tomasz Cichy.

Piąte przykazanie: nie kradnij
Poza wspomnianymi wyżej kwestiami środowisko kieruje się zasadami. Pierwsza, podstawowa zresztą, to nie podawanie lokalizacji danych miejsc z obawy, że ktoś, najczęściej jakiś nowicjusz (ale nie tylko), pojedzie tam i coś zdewastuje czy, jak też się często zdarza, zacznie zbierać sobie pamiątki do domu.

- Jednak jeśli chodzi o o zasady, to jest to temat rzeka. Część przestrzega mitycznego dekalogu, a część realizuje pasję w oparciu o własne przekonania i poglądy. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy. Gdybym miał kierować się świętymi przykazaniami, to nie udałoby mi się przekazać czy to zdjęć, czy też książek do odpowiednich osób, instytucji. W moim odczuciu ślepe przestrzeganie zasad nie ma sensu. Każdy człowiek ma chyba własny rozum, którym powinien się kierować. Oczywiście potępiam wszelkie próby kradzieży i przywłaszczania sobie rzeczy z tych miejsc, a także ich późniejszej odsprzedaży w celu wzbogacenia się – podkreśla Cichy.

Inną, świętą zasadą, jest nieprzestawianie rzeczy z miejsca na miejsce, choć do tej zasady stosuje się coraz mniej nawet wytrawnych eksploratorów, bo też w wielu przypadkach chodzi tak naprawdę o kadry i dobre ujęcia. Niemniej wszyscy są zgodni co do jednego – eksplorujmy, nie niszczmy i nie przyczyniajmy się do dalszej degradacji danego miejsca. Niestety często zdarza się tak, że tam, gdzie byli eksploratorzy, byli też wszelkiego rodzaju szabrownicy, którzy nie patyczkują się z danym miejscem i co cenniejsze rzeczy zabierają na sprzedaż. Jak już to się wyczerpie, zabierają się za wyrywanie kabli itp., bo przecież na wszystkim można zarobić.

A do jakich miejsc najczęściej zaglądają eksploratorzy? Tu rozrzut jest ogromny. Jedni cenią sobie zwykłe ruiny, inny industrial, a kolejni odwiedzają tylko pałace i wille. Właściwie w tym przypadku wszystko jest tak naprawdę dobre do zwiedzania pod warunkiem że jest opuszczone i stare. - Ja osobiście uwielbiam szpitale, kopalnie i huty. Chociaż doceniam również uroki innych miejsc: np. opuszczonych szpitali. Jednak gdybym miała wybierać - to głównie industrial – podkreśla Anna Mika.

Polska już całkowicie przeczesana?
Nasz kraj dla urbexowiczów przestał być już jednak ziemią obiecaną. To co najcenniejsze zniknęło już kilka lat temu i coraz trudniej eksploratorom znaleźć coś ciekawego i wartego uwagi. Chociaż… - Według mnie jest ich jeszcze cały ogrom. Większość tylko czeka na „odkrycie” i dotarcie do nich w celu stworzenia godziwej fotorelacji. Kwestia chęci, poświęcenia czasu i odpowiedniego zaangażowania – podkreśla Cichy.

To jednak dla tych, którzy ciągle szukają, bo tym, którzy są zbyt leniwi w tej kwestii, pozostają najczęściej znane publicznie lokalizacje, które straciły już swój urok. Dlatego też część eksploratorów coraz częściej jeździ poza granice naszego kraju. Bo miejsca są ciekawsze i o wiele lepiej zachowane co wynika też z innej kultury – w Niemczech, Belgii, Francji czy we Włoszech nie jest tak powszechne, jak w naszym kraju, szabrowanie opuszczonych obiektów.

Eksploratorzy zresztą często podkreślają, że to właśnie atrakcyjność danego miejsca sprawia, że chce im się ruszyć cztery litery nie tylko na lokalnym podwórku, ale i za granicę. - Jedyne, co mnie blokuje jednak przed podróżami zagranicznymi, to czas. Prowadzę bardzo szybkie życie przez co doba wydaje mi się po prostu zbyt krótka by zrobić wszystko to, na co mam ochotę – przekonuje Cichy.

Trzy fikołki i salto godne Deadpool'a
Jeśli już jednak ktoś decyduje się, niezależnie czy w Polsce, czy za granicą, na eksplorację danych miejsc, to jak do nich wchodzi? - Różnie. Czasem wystarczy porozmawiać z ochroną czy z właścicielem. Czasem - miejsce jest nie pilnowane przez nikogo - i po prostu wchodzisz i robisz zdjęcia. Oczywiście: wszystko w granicach rozsądku – wyjaśnia Anna Mika.

- Ja natomiast robię trzy fikołki oraz pokraczne salto godne Deadpool’a, a czasem przenikam przez ściany – śmieje się Tomasz Cichy. - Od dawien, dawna to jak się dostajemy do tych miejsc owiane jest tajemnicą. Nie posiadam wielu zdolności ekwilibrystycznych zatem odpowiem dyplomatycznie, że często wykorzystuję posiadaną charyzmę – dodaje już bardziej poważnie.

Jak oboje jednak podkreślają, dostanie się do pewnych miejsc w wielu przypadkach nie wymaga wcale umiejętności taktycznych czy też niesamowitej sprawności fizycznej. Co ciekawe w wielu przypadkach wystarczy po prostu chwycić za klamkę i wejść do środka. - Bywało też tak, że do osiągnięcia celu (tj. zrobienia fotorelacji) wystarczyła krótka rozmowa z ochroniarzem, dozorcą i również problemu nie było. Nie zmienia to jednak faktu, że realizowane przez nas hobby nadal jest spacerem po linie jeśli chodzi o prawo – mówi Cichy.

W tym wszystkim eksploratorzy wyznają jednak jedną, podstawową zasadę, jeśli coś jest zamknięte, to takim niech już pozostanie nawet jeśli do celu przebyło się setki kilometrów. Chodzą jednak słuchy, że wielu eksploratorów teoretycznie przestrzegających zasad urbexu do tych miejsc wchodzi za pomocą m.in. łomu. Czymże są zatem jakiekolwiek reguły kiedy ludzie zachowują się w tak barbarzyński sposób? - kończy Cichy.

Paweł Szałankiewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.