Uczepiłem się życia, kiedy śmierć zaglądała mi w oczy

Czytaj dalej
Fot. Paweł Cabała
Julia Kalęba

Uczepiłem się życia, kiedy śmierć zaglądała mi w oczy

Julia Kalęba

Michał Kociołek (l.31) - nowosądeczanin, absolwent technikum samochodowego. Jego największą pasją była i jest motoryzacja. Niedawno pokonał ciężką chorobę. Jest autorem książki, którą recenzent ocenił tak: napisana przez praktyka walki o szczęście, który uczepił się życia, gdy śmierć zaglądała mu już w oczy.

W marzeniach była własna firma, praca za kierownicą, dom, szczęśliwa rodzina. A potem, w rzeczywistości, rak mózgu i droga przez onkologię.

Michał Kociołek walczył przez cztery lata, dosłownie o każdy dzień. Ze słabościami swojego ciała, które zbuntowało się przeciw niemu i strachem przed tym, co dopiero miało nadejść. Tracił zdrowie, szanse na przeżycie i włosy.

W ciągu kilku miesięcy leżał w dwóch szpitalach, przeszedł ciężką operację guza mózgu, spędził czterdzieści dwa dni na radioterapii i chemioterapii, którą kontynuował jeszcze przez kolejne pół roku.

Pięć lat temu nie dawano mu szans. Dziś przekonuje innych, że nie można się poddawać. Że to, co zawsze warto, to podejmować kolejne próby i nigdy, ale to nigdy nie tracić nadziei.

Sam jest tego najlepszym dowodem.

Żartuje, że nie wie, gdzie by skończył, gdyby nie ta choroba. I że dzięki niej stał się ekspertem od życiowych porządków.

Samochody.
Lekcja nr 1

Rak dopadł go za kierownicą. To był czas, kiedy Michał, poza samochodami, świata nie widział. Odkąd dostał dyplom zawodowego kierowcy, a było to w 2008 roku, właściwie nie rozstawał się z ciężarówkami.

I nic dziwnego - marzył o nich od dziecka. Godzinami jeździł pomiędzy miastami, rozwożąc towar po całej Polsce. Czuł, że to jest to. Ale bywały też gorsze momenty: kiedy firma samochodowa, którą założył, szybko upadła.

Tracił pracę, czas, popadał w długi. Gubił się i jeszcze raz szukał własnej drogi. W 2012 roku znalazł zajęcie idealne. Wyjechał z Nowego Sącza w okolice Wrocławia, a rodzinie powiedział w biegu, że czas stanąć na własne nogi.

- Chciałem chwycić za kierownicę swojego życia, całkowicie się usamodzielnić - tłumaczy dzisiaj.

Miał wtedy 26 lat.

Był w trasie kiedy nagle, zupełnie nieoczekiwanie, dostał ataku padaczki.

- Nie pamiętam momentu, w którym straciłem świadomość. Ocknąłem się za kierownicą i od razu zacząłem hamować - wspomina tamte dramatyczne chwile.

Na całe szczęście zareagował kierowca, który jechał tuż za nim, który zatrzymał się i pomógł mu dojść do siebie. Cud, że nie doszło do tragedii.

- A ja byłem tylko wściekły, że znów muszę zostawić to, co udało mi się zdobyć. Ale kumple w końcu namówili mnie na wizytę w szpitalu.

Szpital.
Lekcja nr 2

We wrocławskiej klinice padła diagnoza: guz mózgu. Wynik jednoznaczny, to glejak III stopnia. Pierwszy rok od zdiagnozowania choroby przeżywa tylko połowa pacjentów. Pięć lat - od 20 do 45 procent napromieniowanych chorych.

Michał: Trafiłem na tomografię. Po chwili wróciłem do poczekalni. Zaraz pojawiła się pielęgniarka, mówiąc, że muszę zostać w szpitalu.

Chwilę później lekarka powiedziała mu o raku.

- Życie przeleciało mi przed oczami. Wyszedłem. Płakałem. Zapalałem jednego papierosa od drugiego. Ale wróciłem na SOR choć nie chciałem w to wierzyć. Zastanawiałem się, ile wziąć dni wziąć dni urlopu w pracy. Już chciał do niej wracać.

Lekarze mówili mu, że bez podjęcia leczenia zostało mu od dwóch do trzech miesięcy życia. Jeśli zgodzi się na operację i wszystko pójdzie dobrze, pozostanie mu miesiąc, rok, a być może kilkadziesiąt lat. „Wszystko pójdzie dobrze” oznaczało to, że uda się usunąć i guza w całości.

Ale tego nigdy nie wiadomo. Ryzyko? Wysokie.

Michał nawet nie zdążył się przemyśleć nowej sytuacji, poukładać jej sobie w głowie, a już leżał w szpitalnym łóżku.

Wszystko działo się błyskawicznie - badania, diagnoza, białe ściany niewielkiej sali i inni ludzie - chorzy, tak jak on czekający na operację.

We wrocławskim szpitalu chłopak spędził kilka pierwszych dni od rozpoznania. Na operację przeniósł się do szpitala św. Łukasza w Tarnowie. Stamtąd bliżej było do domu, rodziny, znajomych.

Wie pan, ja na początku pana w piachu widziałem powiedział lekarz. - Doktorze, dziękuję, że pan mi to mówi dopiero teraz

Podpis.
Lekcja nr 3

- Czekałem na korytarzu. W końcu z gabinetu wyszedł lekarz i zapytał: zaufasz mi? A ja nie miałem wyjścia, kiwnąłem głową. - To zapraszam - odpowiedział, i weszliśmy do środka - Michał wspomina pierwsze wrażenia z tarnowskiej neurochirurgii.

Za tymi drzwiami zapadła decyzja o zabiegu, który dla Michała miał być decydujący.

Lekarz przygotował go na najgorsze - wyjaśnił, że gdyby zabieg nie powiódł się, chłopakowi grozi paraliż całego ciała albo jego połowy, śpiączka lub śmierć. Ale zabieg był jedyną szansą, żeby żył.

- Nie czułem się ciężko chory, chciałem działać, wyzdrowieć, wrócić do tego, co było wcześniej - mówi. I po chwili dodaje: nie musiałem walczyć z rakiem. Po prostu bardzo chciałem żyć.

O jego dalszym losie wtedy przesądził jeden podpis.

Michał nie wahał się. Podjął się leczenia. Mówi, że tego dnia nie zapomni do końca życia. Podobnie jak dnia operacji, której termin wyznaczono na 22 listopada 2012 roku.

- Najpierw do pokoju weszła pielęgniarka i powiedziała, że czas już iść - wspomina. - Chwilę później szedłem korytarzem, mijając po obu stronach ludzi, których zdążyłem poznać w trakcie ostatnich kilkunastu dni oczekiwania na operację. Oni doskonale wiedzieli, że idę walczyć o życie, życzyli mi powodzenia, podnosili ręce i ściskali kciuki.

Sala operacyjna była tylko piętro niżej, ale dla Michała korytarz wydawał się najdłuższym, jaki kiedykolwiek przemierzył. - Próbowałem rozmawiać z pielęgniarką o pogodzie, moich planach na ferie, znajomych, ale tak strasznie się wtedy bałem - przyznaje.

Korytarz urwał się tuż przed białymi, szerokimi drzwiami sali operacyjnej.

Uczepiłem się życia, kiedy śmierć zaglądała mi w oczy
Paweł Cabała

Lampy.
Lekcja nr 4

Trudna, skomplikowana operacja trwała siedem godzin. Lekarze nie zdołali usunąć całego guza. Musieli zostawić dziesięć procent.

Rodzicom Michała powiedziano, żeby nacieszyli się synem. Zdaniem lekarzy najtrudniejszy czas miał dopiero nadejść - nie wiadomo było, jak organizm Michała zareaguje na leczenie uzupełniające.

- Wybudziłem się po operacji z przekonaniem, że teraz zaczynam od nowa - wspomina Michał. -Przyszedł lekarz, który powiedział, że ma dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że glejak trzeciego stopnia to bardzo ciężki guz. Dobra, że żyjesz. Pomyślałem: dobra, żyję. Kończę to leczenie i wracam do domu.

I walczył dalej. Już następnego dnia chciał, choć mu nikt na to nie pozwalał, biegać po szpitalnym korytarzu. A kiedy dostał pozwolenie na pierwsze samodzielne spacery, po Michale w sali nie było śladu. Odwiedzał kolegę, który był operowany parę dni wcześniej.

Teraz czekał na radioterapię i chemioterapię, które miały ostatecznie już zniszczyć raka, jego największego wroga.

- Nie było tak łatwo, jak myślałem. Całe dni w łóżku płynęły koszmarnie wolno i wszystkie były do siebie bliźniaczo podobne. Nie wiedziałem, co ze sobą robić. Traciłem włosy, a leki, które przyjmowałem sprawiały, że zacząłem tyć. Nie zapomnę nigdy bólu uginających się pod moim ciężarem kolan - opowiada o swoich pierwszych dniach radioterapii.

Nadzieja na lepsze jutro znów mieszała się ze zmęczeniem, przychodziło znużenie, zniecierpliwienie.

- Ale chodzi o to, żeby poradzić sobie z każdą sytuacją. Życie stawia przed nami najróżniejsze przeciwności. Wszystkim trzeba stawić czoła.

Każdego dnia, dokładnie o 4 nad ranem, do sali przychodziła pielęgniarka. Włączała światło, mierzyła ciśnienie, następnie każdy dostawał dawkę chemii w tabletkach i mógł z powrotem kłaść się spać.

Michałowi z reguły nie udawało się już zasnąć i przez cztery kolejne godziny leżał, wyczekując na telefon. Gdy w końcu dzwonił, był to znak, że jest już ósma, i że może iść na dół.

Piętro niżej była strefa naświetleń.

W sumie drogę do niej przemierzał przez 42 dni.

- Cały czas wierzyłem, że wyzdrowieję. W takich chwilach najgorszą rzeczą, którą można zrobić, jest rezygnacja. Trzeba próbować.

Żyj.
Lekcja nr 5

Michał przekonuje, że choć jego ciało było słabe, to obudził się w nim duch walki. Po całym cyklu radioterapii wreszcie mógł wrócić do domu. To miał być ostatni etap choroby.

Jeden dzień w miesiącu poświęcał na wizytę w szpitalu. Jeśli wyniki badań były dobre, mógł wziąć kolejną dawkę chemii.

Wbrew obawom lekarzy, organizm Michała na takie agresywne leczenie reagował całkiem dobrze. Nie było żadnych komplikacji, terapia szła naprzód.

Po sześciu miesiącach mógł odstawić tabletki.

Od tej pory w szpitalu miał pojawiać się tylko kontrolnie, raz na pół roku.

- To się nazywa wolność - myślałem wychodząc ze szpitala po ostatniej chemioterapii - wspomina.

Kolejna data. Kwiecień 2016. Michał doskonale zapamiętał ten dzień: lekarz znów siedział jak wtedy, przed czteroma laty, podczas ich pierwszego spotkania, za biurkiem, w snieżnobiałym fartuchu i ze słuchawkami przewieszonymi przez szyję.

Podczas tej ostatniej wizyty w szpitalu neurochirurg wziął do ręki papiery z 2012 roku i położył je na blacie stolika. Obok leżały te najnowsze wyniki.

Uścisnęli sobie dłonie.

- Wie pan, ja na początku pana w piachu widziałem - powiedział lekarz. Odpowiedziałem mu: doktorze, dziękuję, że pan to mówi dopiero teraz.

Lekarz nie wysłał go na kolejne badania. Te były bowiem tak dobre, że następną wizytę ustalili na koniec 2017 roku Profilaktycznie.

- Zapytałem lekarza: doktorze, to jak mam żyć po chorobie, czy mogę trenować, skakać na bungee?

A on odpowiedział patrząc mu w oczy: - normalnie, żyj.

Po chorobie Michał Kociołek wszystko zaczął od nowa - uwielbia organizować wycieczki rowerowe, sam sporo trenuje i stara się maksymalnie wykorzystać każdą chwilę.

- To, że mogę teraz stać na własnych nogach, jeździć na rowerze, opowiadać swoją historię, jest dowodem na to, że zawsze warto walczyć do końca, nie wątpić, oraz nie słuchać podpowiedzi, że się nie uda - przekonuje dziś Michał.

I dodaje, że choroba była prawdziwą szkołą życia, nauczyła go tego, co jest najważniejsze.

Teraz o swojej historii i przemyśleniach chce opowiadać innym. Napisał książkę pod tytułem „Projekt życie. Nie zatrzymuj się”, spotyka się z ludźmi, także chorymi, zaraża ich optymizmem.

- W życiu trzeba być odważnym. Nawet wybór lodów jest pewnego rodzaju odwagą. Albo bierzesz stary, sprawdzony smak albo ryzykujesz nowy, nieznany... - mówi Michał.

Julia Kalęba

Dziennikarka działu Magazyn "Gazety Krakowskiej"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.