Typ odrażający. Zabił przyjaciół, żeby nie oddawać im pożyczki

Czytaj dalej
Fot. archiwum
Artur Drożdżak

Typ odrażający. Zabił przyjaciół, żeby nie oddawać im pożyczki

Artur Drożdżak

W tej poszlakowej sprawie były cztery wersje śledcze. Po odrzuceniu trzech z nich stało się oczywiste, że to Marek S. uśmiercił małżonków, by nie oddać im długu. Sąd Apelacyjny w Krakowie prawomocnie skazał go na dożywocie.

Był drugi dzień lutego 2015 roku, gdy ojciec Andrzeja wszedł do mieszkania w Kielcach. Najpierw zauważył ciało syna. Potem - jego żony.

Policjanci byli już po chwili. Technicy zaczęli zabezpieczać ślady, kryminalni - przesłuchiwać pierwszych świadków. Tak rozpoczęło się śledztwo, które po 10 dniach doprowadziło do zabójcy pary.

1: samobójstwo

Na początku nic nie było oczywiste. Po odkryciu ciał zaczęto poważnie brać pod uwagę pierwszą wersję, czyli tzw. rozszerzone samobójstwo - wiele wskazywało, że jedno z małżonków uśmierciło partnera, a potem samo targnęło się na życie.

Sceneria zbrodni zawsze budzi grozę, ale w tym przypadku mogła poruszyć nawet doświadczonych policjantów. Martwy Andrzej leżał na podłodze, nagie ciało było przykryte poduszką. Zwłoki Anny były na łóżku ledwie przysłonięte szlafrokiem. W ręce miała myśliwski nóż. Oboje mieli roztrzaskane głowy i podcięte nadgarstki.

Biegli medycy jednak nie mieli wątpliwości, że nie było możliwości, by jedno z małżonków uśmierciło drugie, a potem zadało sobie tak poważne rany głowy. Na pewno od razu straciłoby przytomność i nie byłoby w stanie się zabić. Wersję samobójstwa odrzucono.

2: przeszłość Andrzeja

Zaczęto prześwietlać życie małżonków. Pojawiła się kolejna wersja, związana z kryminalną przeszłością Andrzeja. Za kratkami spędził kilkanaście lat, ale po wyjściu na wolność zerwał z półświatkiem, wycofał się z nielegalnych interesów, ustatkował i cieszył się z 23 lata młodszej żony. Ale może świat przestępczy o nim nie zapomniał?

Wykluczono i to. Zajęto się kolejną wersją, trzecią z rzędu, która była związana z osobą Anny.

3: przeszłość Anny

Od 16. roku życia była wychowywana przez dziadków, potem zaczęła studia w Łodzi i tam poznała Adama P. Wzięli ślub. Anna z pierwszym mężem zamieszkała w lokum, które podarował jej dziadek. W pewnym momencie sprzedała mieszkanie i wróciła do Kielc, gdzie za 220 tys. zł kupiła nowe. Nieoczekiwanie niedługo potem jej mąż zmarł, ale wcześniej notarialnie przepisał jej swój majątek. Z czasem 30-letnia Anna związała się z Andrzejem i drugi raz wyszła za mąż. Rodzina nie akceptowała jej związku z kryminalistą, dziadek przestał wspierać ją finansowo i ich relacje się ochłodziły.

Po zabójstwie policja sprawdzała, czy czasem rodzina pierwszego męża Anny z nieznanych powodów nie szukała zemsty. Rozważali wynajęcie choćby płatnego zabójcy, ale i ta wersja się nie potwierdziła.

4: przyjaciel rodziny

Po tych ustaleniach śledczy zaczęli zajmować się ostatnią, czwartą wersją zbrodni. Koncentrowała się wokół osoby Marka.

52-latek z kręgów biznesowych był przyjacielem pary i dziadka Anny. Kobieta mówiła do niego: wujku.

Marek roztaczał wokół siebie aurę człowieka sukcesu, który inwestuje w wiele przedsięwzięć i czego by się tknął - przynosi zyski. Faktycznie było odwrotnie. Był bankrutem, ale skrzętnie to ukrywał. Po prowadzeniu dwóch basenów w Kielcach zostały długi, Marek miał też zobowiązania w stosunku do wodociągów, ZUS, był winny miastu podatek w kwocie 85 tys. zł. Mimo to nie przejmował się złą passą i snuł plany otwarcia w rodzinnym Radomiu zakładu opiekuńczo-leczniczego. Pomysł był dobry, ale Markowi brakowało pieniędzy.

Pożyczka

Zaczął pożyczać gotówkę od znajomych, w tym i od Mariana N., dziadka Anny. Od mężczyzny pobrał 120 tys. zł i 83 tys. dolarów. Nigdy ich nie oddał.

Snując plany otwarcia ZOL-u, nakłonił Annę i Andrzeja do pożyczenia mu co najmniej 200 tys. zł. Niektórzy świadkowie słyszeli, że kwoty były wyższe, rzędu 350-400 tys. zł, ale tego nie udało się potwierdzić. Małżonkowie mieli pieniądze ze sprzedaży mieszkań w Łodzi i w Kielcach. To były ich całe oszczędności. Marek zwiódł ich obiecanymi zyskami z prowadzenia ZOL-u.

Nie był karany, ale w tamtym czasie toczył się przeciwko niemu proces cywilny i karny. Pierwszy przegrał, drugi zbliżał się do końca i groziło mu więzienie za posłużenie się sfałszowanymi wekslami na kwotę ponad 2 mln zł. Marek nie miał z czego żyć, utrzymywali go rodzice. Dawali mu pieniądze na bieżące wydatki i finansowali jego procesy. Był wiecznie niewypłacalny, a wierzyciele zaczynali dopominać się zwrotu pożyczonych sum.

Anna i Andrzej też pytali, kiedy odda im 200 tys. zł. Byli w trudnej sytuacji finansowej, brakowało im na czynsz i jedzenie. Co więcej, okazało się, że Anna ma do zapłacenia 19 proc. podatku od sprzedanego w Łodzi mieszkania. Marek zwodził ją, że ma nowy interes i atrakcyjną działkę. Anna wolała zwrot pożyczki. Nie kryła, że wie o przekrętach Marka z wekslami. Gdyby je ujawniła, mógłby zostać skazany na wieloletnie więzienie.

Marek postanowił pozbyć się małżonków. To rozwiązywało problem 200 tysięcy niezwróconej im pożyczki, a do tego odsuwało w czasie groźbę skazania za „sprawę wekslową”.

Umówił się z małżonkami na zwrot pożyczki, ale to były tylko pozory. Anna w przeddzień śmierci dzwoniła do matki i nie kryła zdziwienia, że Marek odda gotówkę, ale małżonkowie mają gdzieś jechać po pieniądze. Nie chciał do nich przyjść. Obiecywał zwrot 50 tys. zł 28 stycznia, a do końca miesiąca oddanie reszty należności.

Rano 28 stycznia Marek, tak wynikało z bilingów, rozmawiał telefonicznie z Anną. Połączenie trwało dokładnie 101 sekund. Co działo się potem - to już sfera poszlak, domysłów i przypuszczeń.

Możemy jednak przypuszczać, że Marek zjawił się w mieszkaniu na Pomorskiej i drewnianą pałką zaatakował domowników. Musiał zadawać mocne ciosy, bo krew ofiar odkryto na suficie. Później upozorował ich samobójstwo: Andrzejowi przeciął nadgarstki, gdy mężczyzna już nie żył, a Annie - gdy była w agonii.

Marek nie przyznawał się do winy, proces był poszlakowy, ale pogrążyły go dwa dowody. Pierwszy: na dywanie i na klapku Anny odkryto krew Marka. Tłumaczył się pokrętnie, że był w mieszkaniu wcześniej, przed świętami, by wymienić muszę klozetową. I wtedy musiał się skaleczyć. Biegli wykluczyli jednak, by takie ślady pozostały nienaruszone przez kilka tygodni.

Drugi: nagrania, jakie odkryto w mieszkaniu. Anna miała ukryty dyktafon. Biegły od fonoskopii rozpoznał, że jeden z głosów w rozmowie o pieniądzach i pożyczce należy do Marka S. To potwierdziło motyw, jakim kierował się zabójca.

Dożywocie

Sąd Okręgowy w Kielcach skazał Marka S. na karę dożywocia i zapłatę 200 tys. zł rodzinom ofiar. Ma też oddać 120 tys. zł i 83 tys. dolarów oszukanemu Marianowi N.

Zdaniem sądu na szczególne potępienie zasługuje pozbawienie życia wierzyciela w celu uwolnienia się od zobowiązania finansowego. To wysoce naganna motywacja, jeśli zważyć, że ofiary powierzyły mu wszystkie swoje oszczędności, ufając mu i jego uczciwości. Sąd zaznaczył, że oskarżony postanowił poświęcić ich życie dla swojego spokoju i osiągnięcia korzyści majątkowej.

W ocenie sądu okolicznością, która wywołuje odruch odrazy i silne oburzenie społeczne, jest podjęte przez Marka S. działanie mające upozorować rozszerzone samobójstwo małżonków. Zabójca pozbawił życia ofiar, ale jednocześnie skazał ich na stygmatyzację jako osoby niezrównoważone.

Sąd Apelacyjny w Krakowie utrzymał ten wyrok w mocy.

Artur Drożdżak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.