Turyści w Sopocie nie są "złem" [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Fot. Przemek Świderski
rozm. Tomasz Rozwadowski

Turyści w Sopocie nie są "złem" [ROZMOWA]

rozm. Tomasz Rozwadowski

- Naiwnością jest wiara, że ograniczenie lub wyraźne zmniejszenie liczby turystów spowoduje, że mieszkańcom będzie się żyło lepiej - mówi geograf kultury prof. UG Mariusz Czepczyński.

Bezpośrednią inspiracją naszej rozmowy jest wpis na Facebooku dokonany kilka dni temu przez pisarkę i dziennikarkę, sopociankę Magdalenę Grzebałkowską. Autorka pomstuje na zatłoczony wakacyjnym tłumem Monciak i wzywa do ograniczenia ruchu turystycznego w Sopocie. Co Pan myśli o tym postulacie, sam będąc mieszkańcem tego kurortu?
Sam nie jestem wielkim fanem tłumów, dlatego, jako mieszkaniec miasta, z łatwością omijam JEDNĄ zatłoczoną ulicę. Turystyka i turyści nie są złem, są raczej błogosławieństwem dla miasta. Nie chciałbym widzieć Sopotu, w którym są tylko tak zwani sopocianie. Bez turystów, a właściwie bez przyjeżdżających, bo tak wolałbym ich nazywać, Sopot byłby miejscem atrakcyjnym w takim stopniu jak, interesujący jako miejsce zamieszkania, Pruszcz Gdański. Dzięki przyjezdnym, zarówno tym z Gdańska, Gdyni, Pruszcza i Malborka, ale także tym, którzy spędzają godziny w samochodach, pociągach, samolotach i promach, mamy całą bogatą infrastrukturę czasu wolnego: molo, kina, teatry, bary i restauracje oraz wiele innych atrakcji, w tym zaczynający się właśnie festiwal Literacki Sopot. Sopot bez przyjeżdżających, odwiedzających, dojeżdżających i wizytujących byłby trzydziestoparotysięcznym miastem satelickim, jak Sochaczew czy Myszków.

Ale może jednak, jak pisze Grzebałkowska, masa krytyczna została przekroczona?
Trudno jest to ocenić i jako naukowiec nie odważyłbym się powiedzieć, że tyle to już dość i nie możemy przyjąć ani jednego odwiedzającego więcej. Sądzę, że w Sopocie przydałyby się kompleksowe badania i monitoring ruchu turystycznego, choć mam świadomość, że określenie wielkości i struktury odwiedzających to trudne wyzwanie. Ale nie zapominajmy, że Sopot to nie tylko ulica Bohaterów Monte Cassino i molo - są całe kilometry plaż nie aż tak bardzo zatłoczonych.

Uciążliwy dla niektórych tłok dotyczy de facto niewielkiej części centrum, a wystarczy odejść kilkadziesiąt metrów na północ lub południe od deptaka, żeby spokojnie przejść lub przejechać rowerem, na przykład ulicą Chopina.

A jak z tym Pruszczem?
No dobrze, bez turystów Sopot nie byłby dziś Pruszczem Gdańskim, ale rybacką wioską, jaką był jeszcze na początku XIX wieku. Albo raczej Żabianką lub Redłowem. W pierwszej połowie XIX wieku stał się uzdrowiskiem, niewiele później eleganckim kurortem. Cały rozwój Sopotu związany jest z turystyką, rekreacją i spędzaniem czasu wolnego, co było jego racją bytu.

Dlaczego Sopot rozwinął się jako kurort?

Oczywiście z powodu korzystnej lokalizacji - nad morzem, ale i na skraju pięknych lasów, oraz, co było kluczowe, bardzo blisko Gdańska. Sopot początkowo był naturalnym zapleczem wypoczynkowym dla Gdańska, a później, wraz z rozwojem kolei w drugiej połowie XIX wieku, stał się atrakcyjnym kurortem dla mieszkańców Prus i części Imperium Rosyjskiego. Zarówno plaże, lasy, jak i bliskość Gdańska oraz rozwijająca się, głównie dla turystów, infrastruktura przyciągały licznych przyjezdnych.

Jednak faktem jest, że mieszkańcy niektórych turystycznych miast wzywają włodarzy do ograniczania ruchu turystycznego. Dlaczego tak się dzieje?
Głównym problemem staje się zrównoważone i odpowiedzialne zarządzanie ruchem turystycznym. Wiele z form i zjawisk turystycznych wymyka się dostępnym narzędziom zarządzania miastem. Ostatnio niepokojące zjawiska związane z turystyką wiążą się z mediami społecznościowymi, w tym z aplikacjami, na przykład Airbnb. Za pośrednictwem tego serwisu właściciele nieruchomości wynajmują domy lub mieszkania turystom. Wynajem zazwyczaj nie jest opodatkowany, więc nie generuje przychodów dla gmin, za to odbiera klientów hotelom i pensjonatom oraz wpływa na podwyższenie cen wynajmu mieszkań także poza sezonem turystycznym, przyczyniając się do wyludniania miasta. W wielu europejskich metropoliach, między innymi w Londynie, Berlinie, Rzymie, mieszkańcy i samorządowcy podejmują próby wypracowania narzędzi zarządzania społecznościowym sektorem turystyki. I nie chodzi tu o ograniczanie dochodów mieszkańców, a raczej o szukanie kompromisu między mieszkańcami a turystami.

I udaje im się to?
Burmistrzowi Londynu udało się wprowadzić ograniczenie czasu wynajmu za pośrednictwem Airbnb do maksimum 90 dni, po czym konto zostaje zablokowane. Jeśli ktoś ma zamiar wynajmować swoją nieruchomość przez więcej niż trzy miesiące w roku, powinien zarejestrować ją jako hotel lub pensjonat i odprowadzać stosowne podatki od tej działalności. Podobne limity będą zapewne wprowadzane i w innych miastach.

Czy w Sopocie ten problem istnieje?
Istnieje, choć polski rynek mieszkaniowy jest nieco inny od rynków w wielu innych krajach i wynajmowanie mieszkań turystom nie ma aż takiego dużego wpływu na ceny wynajmu poza sezonem. Jednak i w Sopocie, podobnie jak w innych miastach turystycznych na świecie, widoczne jest to zacieranie granicy pomiędzy działalnością hotelarską a zwykłym wynajmem mieszkań.

Są w Sopocie kamienice, w których większość mieszkań jest wynajmowana krótkookresowo turystom.

I jest to problem dla stałych mieszkańców.
Często staje się problemem współżycie pracujących stałych mieszkańców z wypoczywającymi, czasami w bardzo radosny i hałaśliwy sposób, turystami. Stali mieszkańcy ponoszą stałe koszty i nie każdy chce mieszkać w otoczeniu pokoi hotelowych czy hostelowych. Czasami w niewielkim mieszkaniu nocuje kilkadziesiąt rozbawionych osób, niekoniecznie przy tym przejmujących się regułami współżycia sąsiedzkiego czy godzinami ciszy nocnej. Bywa to oczywiście uciążliwe i pozostaje bardzo trudne do skontrolowania.

Dlaczego Sopot jest tak popularnym miejscem spędzania wolnego czasu?
Ma wiele unikatowych walorów, w tym przede wszystkim AURĘ, to coś nieuchwytne, o czym się mówi, pisze, opowiada, czasami odczuwa, choć może mniej na zatłoczonym Monciaku. Tworzy ją połączenie natury i kultury - tradycja, marka, położenie, architektura, dostępność, infrastruktura. Władze Sopotu postawiły na turystykę i czas wolny, w tym na kulturę i sport, jako jeden z filarów rozwoju. Niebagatelny wpływ na popularność Sopotu ma jego dostępność komunikacyjna dzięki autostradom, szybkim pociągom, połączeniom lotniczym i promowym. Dodatkowym czynnikiem wpływającym na zwiększony napływ turystów nad Bałtyk jest sytuacja na południowym wybrzeżu Morza Śródziemnego. Te zmiany nastąpiły głównie w minionym dziesięcioleciu i są, poza inwestycjami, główną przyczyną gwałtownego wzrostu liczby odwiedzających miasto.

Co zrobić, by mieszkańcom Sopotu żyło się w tym mieście przyjemniej?
Sądzę, że większości mieszkańców Sopotu, w tym i mnie, żyje się w mieście całkiem dobrze. Choć naturalnie dostrzegam także pewne negatywne skutki związane z rozrywkowym charakterem centrum miasta. Naiwną jest wiara, że ograniczenie lub wyraźnie zmniejszenie liczby turystów spowoduje, że mieszkańcom będzie się żyło lepiej, Sądzę, że wręcz przeciwnie. Nie widzę żadnej potrzeby „walki z turystami”, wręcz przeciwnie - uważam, że należy zachęcać do przyjazdu i pobytu w Sopocie. To nie turyści są „złem”, ale nieodpowiednie, niespołeczne, a często patologiczne i nielegalne zachowania, zarówno mieszkańców, jak i przyjezdnych. I to z patologiami trzeba walczyć, i to bez różnicy na meldunek w dowodzie. Nie jestem zwolennikiem dzielenia użytkowników miasta na „urodzonych sopocian”, „prawdziwych sopocian”, „naszych sopocian” i „zupełnie na pewno nie-sopocian”. Zachowania aspołeczne powinny być rygorystycznie tępione, jak to się dzieje w wielu innych kurortach Europy czy Ameryki Północnej. Problemem nie jest tłum, tylko zachowania niektórych, często pojedynczych osób lub niewielkich grup. Moim zdaniem, nie tłum i nie tłok są głównymi problemami Sopotu, ale agresywne, chuligańskie zachowania niektórych sopockich imprezowiczów oraz nieprzestrzeganie prawa i norm społecznych. I jestem przekonany, że dotyczy to nie tylko „turystów”, ale także „rodowitych sopocian”.

To nie turyści są „złem”, ale nieodpowiednie, niespołeczne, a często patologiczne i nielegalne zachowania, zarówno mieszkańców, jak i przyjezdnych. I to z patologiami trzeba walczyć.

Co z tym zrobić?
Warto przede wszystkim określić, co jest problemem, a co nie. W Sopocie od kilku lat obowiązuje zakaz spożywania alkoholu na plaży i nie sądzę, że wprowadzenie go rozwiązało problemy związane z nadużywaniem alkoholu. Tydzień temu, w piękny, ciepły wieczór, spotkałem na plaży dziesiątki ludzi spokojnie sączących piwo czy wino. I nie wynikał z tego żaden problem. Może zamiast praktycznie martwego i trudno egzekwowalnego zakazu warto walczyć z realnymi problemami, wynikającymi z agresji, nie zawsze będącej konsekwencją spożycia butelki piwa. Warto ograniczyć zakazy, ale bezwzględnie egzekwować te realnie podnoszące bezpieczeństwo i porządek w mieście. Bez bezpieczeństwa i porządku zarówno rozwój turystki, przemysłu czasu wolego, jak i zamieszkanie mogą stać się problematyczne. Skuteczny sposób przywracania porządku zastosowano w Nowym Jorku w czasach rządów burmistrza Giulianiego. Teoria rozbitej szyby zakłada, że brak reakcji na łamanie mniej ważnych norm społecznych sprzyja wzrostowi przestępczości i łamaniu innych norm na zasadzie zaraźliwości. Warto, być może, wprowadzić tę zasadę na początek w kilku newralgicznych miejscach, na przykład na skrzyżowaniu ulicy Bohaterów Monte Cassino z ulicami Haffnera, Bema czy Westerplatte.

Co, oprócz hałasu i agresji, przeszkadza mieszkańcom?

Ta sama reguła powinna być stosowana za śmiecenie i załatwianie się w miejscach publicznych. Myślę, że przy sprawnym systemie monitoringu miejskiego nietrudno byłoby doprowadzić Monciak i otaczające ulice to porządku. Nie jestem zwolennikiem zaostrzania przepisów, byleby tylko ich egzekwowanie było nieuchronne i wymierzone przeciwko tym, którzy nie potrafią się zachować, i byle były one rzeczywiście stosowane, a nie martwe. Być może warto się także zastanowić nad sensownością częstych samochodowych patroli policyjnych po ulicy Monte Cassino i zastąpieniem ich, dużo bardziej skutecznymi, patrolami pieszymi.

Podkreśla Pan racjonalizm działań, a przecież część mieszkańców podchodzi do turystycznego boomu emocjonalnie.
Przecież turyści są naszym skarbem! Czy potrafi pan sobie wyobrazić Gdańsk czy Sopot bez przyjezdnych? To dzięki turystom, ale także tysiącom osób z regionu, które codziennie nas odwiedzają, nasza metropolia rozwija się tak dynamicznie. Chodzimy po tych samych ulicach, do tych samych restauracji, klubów i barów, do tych samych sklepów, kin i teatrów. Zarówno dla „miejscowych” i dla „przyjezdnych” są organizowane imprezy kulturalne i sportowe. Poznajemy się nawzajem, spotykamy, często rozmawiamy, pływamy i bawimy się wspólnie. Nie budujmy sztucznych murów.

Zaczęliśmy od Sopotu, mówimy o całej metropolii.
I słusznie, bowiem Sopot jest integralną częścią metropolii gdańskiej, liczącej 1,2 miliona mieszkańców. Bez całego Gdańska i Gdyni (nazywanych czasami żartobliwie, jak sądzę, przez prezydenta Karnowskiego - „przedmieściami Sopotu”) nie byłoby Sopotu w obecnym kształcie. Administracyjnie kurort jest niezależnym miastem, faktycznie jest dzielnicą funkcjonalną metropolii. Od dziesiątków lat pełni funkcje rozrywkowo-wypoczynkowe, tak było w okresie międzywojennym, PRL, tak jest teraz, tak, mam nadzieję, będzie w przyszłości.

Ale pomyślmy, co by się stało, gdyby Sopot zaczął się wycofywać z tej swojej turystycznej specjalizacji?
Turyści z łatwością znaleźliby inny, bardziej przyjazny dla użytkownika „nowy Sopot” - na Mierzei Wiślanej czy Helskiej, w Brzeźnie czy Karwi. Ale nie sądzę, że władze i mieszkańcy stracą aż tyle zdrowego rozsądku, aby „walczyć z turystami”. Sopot przyciąga nie tylko Polaków, ale także tysiące obcokrajowców, w tym z coraz to bardziej dalekich krajów. Część z nich, zauroczona i/lub oczarowana, chce tu pozostać na dłużej, zainwestować, zamieszkać i pracować.

Czy można zatem pogodzić mieszkańców i turystów?

Miasta od początków swojego istnienia były miejscami, gdzie spotykali się ze sobą obcy sobie ludzi. Spotykali i potrafili współżyć. Miasta to były przestrzenie kompromisu. I wzajemnego szacunku. Cieszmy się z napływających szeroką falą do Sopotu gości, ale mamy także prawo oczekiwać od nich szacunku i przestrzegania naszych reguł współżycia. Gdyby ulicą Monte Cassino przechadzali się tylko mieszkańcy, byłaby to pusta, martwa ulica. A wracając do Pana pytania, to nie sądzę, żeby w jakiś specjalny sposób trzeba było „godzić” mieszkańców i turystów. Przecież nie jesteśmy ze sobą skłóceni ani pogniewani. Lubimy się (w zdecydowanej większości) i dogadujemy się (może z małymi wyjątkami). Sopot taki, jaki znamy, tworzą RAZEM mieszkańcy miasta i odwiedzający, zarówno z dużych sąsiednich gmin, jak i z dalekich krajów, i to ten sopocki melanż, czyli mieszanka lokalno-nielokalna, tworzy tak dobre, mimo wszystko, do życia, zabawy, odpoczynku miasto. Moje ulubione.

tomasz.rozwadowski@polskapress.pl

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
rozm. Tomasz Rozwadowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.