Trzymał w ramionach całą plejadę pięknych kobiet

Czytaj dalej
Fot. Bartek Syta
Paweł Gzyl

Trzymał w ramionach całą plejadę pięknych kobiet

Paweł Gzyl

Już od przedszkola jest bardzo kochliwy. Ale równocześnie nazywa siebie monogamistą. Przynajmniej przez ostatnich kilkanaście lat

Choć i tak zapisze się w naszej pamięci przede wszystkim jako sienkiewiczowski Kmicic, nie opuszcza, pomimo upływu lat, dużego ekranu. Niebawem zobaczymy go w roli Emile Amagata w filmowej biografii Marii Skłodowskiej-Curie. Czas pokaże, czy będzie to kolejna ważna rola w bogatym dorobku Daniela Olbrychskiego.

- Ktoś tam na górze musi mnie lubić. Dał mi zawodowo to, o czym nawet nie marzyłem, wybierając ten zawód. Wydaje mi się, że odwzajemniłem się losowi, że podołałem temu nadmiarowi dobrych kart - deklaruje w „Gali”. - W moim życiu jest wystarczająco dużo radości i szczęścia, czasem trochę bólu i goryczy. Mój stosunek do świata jest bliski temu, jaki miał Grek Zorba - kwintesencja radości życia, akceptacji. To jest ideał, jakiemu nie wiem, czy umiałbym sprostać. Ale to jest mój ideał.

Lekcje przy świeczce

Jego mama przed wojną zdała do szkoły aktorskiej i na dziennikarstwo. Wybrała jednak ten drugi kierunek , bo ponoć przestraszyła się, iż nie podoła wymogom teatru. Miłość do sztuki jednak ją nie opuściła. Po wojnie, kiedy przez pewien czas mieszkała z dziećmi na rodzinnym Podlasiu, prowadziła w lokalnej szkole amatorski teatr.

- Matka była drobiazgowa, precyzyjna, nie wolno się było spóźnić, tłumaczyła, że ma to z okupacji, z godzin policyjnych. Kiedy ojciec się spóźniał, bała się, że wpadł w łapankę. Ojciec nie mógł się za radośnie uśmiechnąć do innej kobiety. Już miałby cichy wieczór. Umiała po kobiecemu być bardzo dokuczliwa - wspomina aktor w „Zwierciadle”.

O ojcu też nie ma dobrego zdania, gdyż był bardzo niezaradny życiowo. Podobno nawet nie potrafił wyrobić sobie dowodu osobistego, przez co nie miał stałej pracy. Dzięki koledze z „Expressu Wieczornego” dorabiał od czasu do czasu pisząc do gazety. Nic więc dziwnego, że często w domu Olbrychskich nie było pieniędzy na opłacanie elektryczności i dzieci musiały uczyć się przy świeczkach. W końcu matka z dwoma synami zamieszkała osobno.

- Nie cierpiałem z powodu rozłąki rodziców. Na odległość szanowali się, mogli na siebie liczyć, byli ze sobą zaprzyjaźnieni. Pamiętam cudowne święta. Ojciec przyjeżdżał do nas. Często autobus nie dojeżdżał do Drohiczyna, bo śniegi zasypywały drogę, zdarzało się, że 20 kilometrów szedł, niosąc prezenty - dodaje aktor.

Kiedy mały Daniel mieszkał na wsi, zainteresował się boksem. Zwycięstwa polskich pięściarzy, o których słuchał w radiu, tak podziałały na wyobraźnię młodego chłopaka, że sam postanowił zostać bokserem. Marzenia urzeczywistniły się dopiero po powrocie do Warszawy, kiedy zaczął trenować w klubie sportowym.

- Bokserzy imponowali mi bardziej niż ktokolwiek inny. To były mroczne czasy, stalinizm, a nasi pięściarze triumfowali na mistrzostwach. Mazurek Dąbrowskiego płynął w eter, a nam prostowały się kręgosłupy. Nasi wygrywali z bokserami z ZSRR. „Trylogia” i jej bohaterowie? Gdzie tam. Nie, ja chciałem być taki, jak olimpijscy mistrzowie (śmiech). Wtedy zobaczyłem jak piękny to sport, a kilka lat później przekonałem się, jakimi fajnymi ludźmi są bokserzy - wyznaje aktor w Onecie.

Na kowbojskim ranczo

Miłość mamy Daniela do teatru owocowała tym, że młody chłopak bywał z nią na wszystkich warszawskich premierach. Z jednej strony trenował więc boks i planował studia na stołecznym AWF-ie, a z drugiej - grywał w szkolnych przedstawieniach, zdobywając coraz większe uznanie. W końcu postanowił dostać się do telewizyjnego studia aktorskiego prowadzonego przez Andrzeja Konica. Mimo że miał konkurencję w postaci kilku tysięcy kolegów i koleżanek, którzy szturmowali bramy studia, zdał egzamin. Sport musiał przesunąć się na bok.

- Po 1956 roku zaczęto pokazywać w kinach pierwsze amerykańskie westerny. Zobaczyłem „Indiańskiego wojownika”, główną rolę zagrał Kirk Douglas. Jeszcze nie wiedziałem, że to może być bliski mi człowiek. Zaraz potem obejrzałem „Ostatnią walkę Apacza” z Burtem Lancasterem, późniejszym moim partnerem w filmie „Przed sklepem jubilera”. To oni byli moimi pierwszymi aktorskimi idolami i obydwu dane mi było poznać - opowiada w „Zwierciadle”.

Kiedy jeszcze Daniel studiował, na korytarzu warszawskiej uczelni wypatrzył go Andrzej Wajda, który wymyślił sobie, że w jego ekranizacji „Popiołów” Żeromskiego zagrają sami młodzi aktorzy. W efekcie mając zaledwie 20 lat Olbrychski zadebiutował w filmie, którego premiera odbiła się szerokim echem nie tylko w kraju, ale i na świecie.

W tym czasie przyjechał do Polski słynny gwiazdor Hollywood - Kirk Douglas. Kiedy pokazano mu film Wajdy, od razu chciał poznać „tego młodego aktora, który tak pięknie jeździ na koniu”. Kilka miesięcy później Amerykanin i Polak spotkali się w Cannes, gdzie „Popioły” otwierały festiwal. Po raz trzeci ich drogi skrzyżowały się, kiedy Olbrychski poleciał promować do USA „Potop”.

- Kirk zabrał mnie na ranczo. Doskonale wiedział, że jestem jeźdźcem, bo przecież widział „Popioły”. Jeździliśmy trochę konno, on trochę mniej. Zapytał mnie, jak mi się siedziało w jego czarnym kowbojskim siodle. Odpowiedziałem, że piękne i że w Polsce nie mam możliwości kupić takiego siodła… Następnego dnia przed lotnisko, z którego odlatywałem, podjechała limuzyna. Wyszedł z niej mężczyzna w pięknym garniturze, który wręczył mi paczkę: „Kirk Douglas gift for you” - powiedział. I w środku było to siodło, które do dzisiaj mi służy - opowiada w Onecie.

Aktor pożądany

Międzynarodowy sukces „Popiołów”, a potem innych filmów Wajdy, w których Daniel zagrał główne role, sprawiły, że aktor mógł spróbować swych sił na Zachodzie. Zaczął pojawiać się u boku zagranicznych gwiazd i u znanych na całym świecie reżyserów. To oczywiście nie mogło się spodobać komunistycznym władzom Peerelu.

W latach 70. publiczną tajemnicą był jego romans z piosenkarką Marylą Rodowicz

- Długie lata na Zachodzie nie grałem, bo Film Polski, reprezentujący naszą kinematografię, w rzeczywistości komórka UB czy KGB, pilnował, by żaden polski artysta nie zrobił tam kariery. Jak potem się okazało, w pierwszej połowie lat 70. miałem stamtąd mnóstwo propozycji, które do mnie nie dotarły. Szukał mnie Schlöndorff, Bertolucci do „Wieku XX”, gdzie miałem partnerować de Niro. Ostatecznie „moją” rolę zagrał Depardieu, wówczas aktor mało komu znany - wyznaje Olbrychski w „Nowej Trybunie Opolskiej”.

Ale i tak, jak na realia PRL-u, często bywał za granicą. Pewnego razu lecąc samolotem do Aten przeżył dramatyczną przygodę. Jeden z pasażerów nagle rzucił się na stewardessę i chciał się dostać do kabiny pilotów. Olbrychski dzięki swym bokserskim umiejętnościom obezwładnił go i ocalił w ten sposób 150 osób przed śmiercią, gdyż napastnik był chory psychicznie i planował popełnić samobójstwo, doprowadzając do katastrofy lotniczej.

W ramionach gwiazd

Gdy nastał stan wojenny, przebywał za granicą. - Była wtedy wokół mnie cała plejada gwiazd. Grałem rolę u boku Moniki Vitti, Angeli Winkler w „Blaszanym bębenku”, Schygulli w „Miłości w Niemczech”, Barbary Sukovej, Liv Ullmann, a we Francji - Jeanne Moreau, Isabelle Hupert. Brałem w ramiona prawie wszystkie europejskie aktorki z mojego pokolenia. A z Amerykanek - samą Andie Mac Dowell w serialu „Tajemnice Sahary” - dodaje.

W życiu Olbrychskiego nie mogło więc zabraknąć romansów. Pierwszy poważny związek stworzył z koleżanką po fachu - nieżyjącą już dziś aktorką Moniką Dzienisiewicz. Jego owocem jest jego pierworodny syn - Rafał. Chłopak co prawda nie dorastał przy ojcu, ale odziedziczył po nim artystyczne skłonności. Najpierw był wokalistą rockowego zespołu Reds, potem próbował sił w aktorstwie. Dzisiaj prowadzi sezonowy bar. - Zabrakło mu wytrwałości i pokory, niemniej w dalszym ciągu komponuje - podkreśla ojciec.

Córką obdarzyła aktora dziennikarka Zuzanna Łapicka.

- Weronika od ośmiu lat zajmuje się modą, ukończyła szkołę projektowania w Nowym Jorku. Wynajmuje mieszkanie na Manhattanie, przy Central Parku, jest absolutnie samodzielna, została jednym z dyrektorów znanej firmy Proenza Schouler - chwali się dumny tata.

Ale to nie koniec dzieci. Na planie „Róży Luxemburg” Olbrychski wdał się w romans z niemiecką gwiazdą - Barbarą Sukovą. W efekcie na świat przyszedł jego drugi syn - Victor Longo. I on wychowywał się u boku matki. Z ojcem ma sporadyczne kontakty - tak jak Rafał jest muzykiem. Obaj bracia od czasu do czasu razem koncertują.

W latach 70. dużo mówiło się o romansie Olbrychskiego z piosenkarką Marylą Rodowicz. Wcześniej podobno zakochany w aktorze był poeta Jerzy Iwaszkiewicz. Pisał do niego listy i namiętnie oglądał „Hamleta”, gdzie Olbrychski biegał po scenie Teatru Narodowego z gołym torsem. Obecnie gwiazdor jest żonaty od trzynastu lat z teatrolożką Krystyną Demską.

- Mnie się w ogóle kobiety podobają. Kilka razy byłem głęboko zakochany. Kochałem się już od przedszkola. Bardzo byłem kochliwy. Ale też monogamiczny. Chyba że się zakochiwałem potem w kimś innym. Ale nie co miesiąc! W moim życiu było kilka ważnych kobiet. To nie jest tak dużo na 70 lat - śmieje się aktor w rozmowie z magazynem „Polska The Times”.

Alfabet Daniela Olbrychskiego

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.