Trzy miłości Franciszka Fenikowskiego

Czytaj dalej
Barbara Szczepuła

Trzy miłości Franciszka Fenikowskiego

Barbara Szczepuła

Sławny pisarz!- zachwycały się kobiety. Franciszek Fenikowski miał sporo wielbicielek wśród czytelniczek, chętnie rozdawał autografy.

Beatrix ma. /No, cóż?/ Poznałem urok gehenny./ W serce wbiłaś mi nóż./Kuchenny, miła. Kuchenny - pisał Franciszek Fenikowski w ostatnim wierszu dedykowanym Róży Ostrowskiej.

Róża

Oboje są młodzi i sławni.

Ona to de facto autorka jednej, ale znakomicie ocenionej książki „Wyspa”, kobieta piękna i niezwykła, za którą szaleją mężczyźni, „Róża bardziej niż z kwiatem tego imienia kojarząca mi się z krzewem bzu kwitnącego - rozświetlała wnętrze pokoju swoją barwną dziewczęcością, wiosennością. Była pasmem blasku”- pisał, zachwycony jej urodą, Wiktor Woroszylski.

On, Franciszek Fenikowski, to płodny pisarz marynista. Jego książki historyczne i reportażowe rozchodziły się - dziś rzecz niemożliwa - w setkach tysięcy egzemplarzy. - Franek albo pisał, albo czytał - wspomina Teresa Sierant-Mikicicz. Ten poznaniak z urodzenia przeniósł się na Wybrzeże z miłości do morza. Przeprowadzce sprzyjało i to, że jego babka przed wojną zdążyła wybudować tu pensjonat Uroda Morza. Władza ludowa oczywiście go upaństwowiła, ale dla spadkobiercy jedno mieszkanie w willi się znalazło. Zamieszkał tam, ale wkrótce zjawiły się jego matka i siostra, a że mama nie była osobą łatwą we współżyciu, wręcz toksyczną, próbowała dyrygować życiem syna.

- Ratował się piciem - opowiada profesor Józef Borzyszkowski, redaktor książki o Franciszku Fenikowskim, której podtytuł brzmi: „Kaszuby na nowo opisane”. I właśnie za ten jego zachwyt kaszubszczyzną profesor ceni Fenikowskiego, za to, że zaczął pisać o Kaszubach już w latach pięćdziesiątych, kiedy nawet mieszkańcy Gdańska, nie wspominając o reszcie Polaków, mało co o nich wiedzieli. Pisał życzliwie i kompetentnie, a nawet z uczuciem! O, proszę - profesor wskazuje wiersz „Kamienne kręgi”: „Ziemio Kaszubska! (…) W kamiennym kręgu mnie uwięziła/ porywająca twoja uroda”. Czyta mi wiersz „Tatk”, czyli epitafium dla starego Kaszuby, który „powoli odszedł, za siebie wciąż oglądając się smutnie” (…) i teraz „w chłodne poranki ręce grzeje nad ogniem zorzy”…

Ta fascynacja Kaszubami łączyła Franka z Różą. Oprócz powieści „Wyspa”, której akcja rozgrywa się na Wdzydzach, Ostrowska (razem z Izabellą Trojanowską) jest autorką Bedekera Kaszubskiego. To właśnie Róża zapoczątkowała tę modę na Kaszuby, ugrzęzła, ba, utonęła w kaszubszczyźnie.
Na Wdzydzach spędzała letnie miesiące, a w końcu zamieszkała niemal na stałe w starej checzy o małych okienkach i niskiej powale, zaprzyjaźniając się z jej dawnymi właścicielkami Aneczką i Helenką, stając się niemal członkiem ich kaszubskiej rodziny.

„Brzeg Róży”, „Jezioro Czarów”/- nazywasz wszystko od nowa (…) I oto ziemia niczyja/ w naszą na zawsze się zmienia” - pisze Fenikowski.

Peerelowska rzeczywistość jednak doskwierała. „Chciałbym patrzeć na śliczny/ profil twojej głowy/ w królestwie Jana Straussa/ bez walki klasowej, / ankiet, norm, wypowiedzi/ bez wiejskich audycji, / frontów współzawodnictwa, /prasy, tez, milicji, /bez piosenek masowych, /wopistów, planistów, / planów, rozkładów jazdy i sabotażystów”… oto marzenia zakochanego mężczyzny we wczesnej PRL.

W ostatnim wierszu poświęconym Róży żali się: „Długo bawiłaś się/ w niebo ze mną i piekło./ Nikt nie wygrał w tej grze./ Niebo nam w mrok uciekło…”.

Teresa

Walce Straussa przypominają o słynnych balach w Grand Hotelu w Sopocie. To były wydarzenia towarzyskie co się zowie, bawił się na nich cały trójmiejski high life, pisarze, aktorzy, dziennikarze, malarze, prawnicy no i prywatna inicjatywa. Tańczono i pito do białego rana. W najpiękniejszych kreacjach występowała Teresa Sierant, historyczka sztuki z Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Kreacje były prosto z Mediolanu. W latach sześćdziesiątych?! Teresa miała koleżankę, której matka wyszła za włoskiego przemysłowca i przysyłała córce sukienki po jej przyrodniej siostrze. Na nią były jednak za ciasne, a na Teresę, która miała figurę modelki, pasowały, jak ulał.

Jak poznała Franka? Kolega brata przywiózł go na Mazury, gdzie spędzało wakacje całe ich towarzystwo, jakaś stara żaglówka, noclegi na pachnącym sianie w stodole, ryby smażone nad ogniskiem, kąpiele w jeziorze, śpiewy…

„Mgła wstaje nad ranem, /czas gna złotą chmurą…/ Dni niezapomniane, / skradzione Mazurom” - pisał Fenikowski.

Po tym, jak Róża wbiła mu nóż w serce, był sam. Związek można było pewnie naprawić, gdyby nie był taki zasadniczy, gdyby umiał zdobyć się na tolerancję.

- Róża nie potrafiła kochać jednego mężczyzny - tłumaczy mi Teresa. - Uwodziła, czarowała, fascynowała, dawała się adorować, bez tego nie mogła żyć. On tego nie rozumiał i nie potrafił zaakceptować. Zostali przyjaciółmi, widywali się od czasu do czasu, bo trudno było nie wpadać na siebie to tu, to tam, na premierach teatralnych, na wernisażach, imieninach, rozmaitych uroczystościach, skoro obracali się w tym samym towarzystwie, mieli tych samych znajomych.

Początkowo Franek cierpiał, ale co tu dużo mówić, szybko zakochał się w młodziutkiej, ślicznej Teresie. „Tyś jest mym majem i grudniem, /tyś moja noc i mój dzień, /poranek mój i południe”… pisał do niej.

Teresa z czasem zaprzyjaźniła się z Różą.

- Byłyśmy sobie naprawdę bliskie - opowiada. - Choć generalnie kobiety źle na nią reagowały. Była zbyt piękna. To zawsze niepokoi. Poza tym robiła wrażenie wyniosłej, ale gdy kogoś zaakceptowała i polubiła, była cudowna. Ciepła i dobra. Byłam z nią do końca, razem spędziłyśmy jej ostatnie lato na Wdzydzach. Pisała książkę „Mój czas osobny”, dojeżdżał do niej mąż, aktor Leszek Ostrowski. Mieliśmy nadzieję, że wyzdrowieje, niestety, jesienią nastąpiło pogorszenie...

Wróćmy do Franciszka. Toksyczne relacje z matką stawały się coraz trudniejsze do zniesienia. Pisał dużo, zarabiał sporo, bo wydawał książkę za książką, ale utrzymywał matkę, rozwiedzioną siostrę i jej córkę, bo tak życzyła sobie mama. Małżeństwo to grób miłości - powtarzał za matką, która chciała zatrzymać go przy sobie wszelkimi sposobami.

Był inteligentny i sympatyczny, z poczuciem humoru. - Sławny pisarz! - zachwycały się kobiety, miał sporo wielbicielek wśród czytelniczek, chętnie rozdawał autografy. - Marynista - rozczulały się władze, którym zależało na podkreślaniu polskości Pomorza.

- Nie przeczytałam wszystkich jego licznych książek - uśmiecha się Teresa. - Były oderwane od rzeczywistości, w której żyliśmy, a zresztą wtedy czytało się głównie Marqueza i Cortazara, bo panowała moda na literaturę iberoamerykańską.

Gdy pod koniec lat sześćdziesiątych mama Franka zmarła, zaproponował Teresie małżeństwo. Pisał: „Tu na wydmach błękitnych/ w mlecznej smudze blasku/ spotkałem cię i tu cię/ zatrzymam przemocą,/ próżno białe twe dłonie/ w mych rąk potrzasku/ jakby schwytane mewy/ trwożliwie łopocą…

Ale już było za późno. Spotkała Romana Mikicicza, mężczyznę swojego życia, i wyszła za niego za mąż. Franek na pierwszej stronie „Czarodziejskiej góry” Manna napisał dedykację: „Pamiętaj, że łatwiej wejść na czarodziejską górę niż z niej zejść”. Pomylił się. Nigdy nie zeszła. Są na jej szczycie z Romkiem od 45 lat. Nieustająco szczęśliwi.

Irena


Irenę poznał przez przypadek. Był samotny i smutny, chciał się komuś pożalić, bo trochę za dużo wypił. Zatelefonował do znajomej i pomylił numer. Odebrała warszawianka, Irena Orzechowska.

Był schorowanym, starzejącym się mężczyzną, z pociągiem do alkoholu. Ona, samotna wdowa (syn właśnie wyfrunął z domowego gniazda), jakby na niego czekała. Imponował jej ten sławny pisarz, opiekowała się nim, prowadziła do lekarzy, odzwyczajała od picia. Niebawem została panią Fenikowską. Dla niej przeprowadził się do Warszawy, zostawił swoje ukochane morze i Pomorze. Jednak dedykując jej „Kamienne kręgi”, pisał tak: „jeśli nie chcesz mojej zguby/ pojedź ze mną na Kaszuby,/chcę by Ci się co noc śniła/ ma pomorska ziemia, Miła”.

W 1976 roku wyznawał w wierszu „Próba bilansu” poświęconym Irenie: „Miałem ja ziemię tę całą /i zorzę w technikolorze/ i gwiazdy…/ Cóż mi zostało?/ Jedynie ty, noc i morze”. W innym wierszu pytał: „Czy można życie/ raz jeszcze zacząć od nowa?”.

Chyba mu się udało, bo nie opuszczał go humor.

Miałem nocą przywidzenie:

Przyśnił mi się Iljicz Lenin

I przykazał dać Irenie

Podarunek w dzień imienin.

- Jaki? - gdym go o to spytał

Bez ogródek u snów bramy

- Nie wiesz? - mruknął - No, „Kapitał”

Marksa! Innych już nie mamy.

Lecz, że brak nasennych środków

- dodał ginąc w mgłach pomału

- przyda się jej. Zaśnie słodko

Po dwóch kartkach „Kapitału”.

W innym wierszu już poważnie prosił Irenę, by „była z nim do końca, aż do ostatniej chwili, /gdy krąg sczernieje słońca”…

Z oddaniem opiekowała się nim w ciężkiej chorobie. Zmarł w 1982 roku. Pochowała go w Warszawie, a na pomniku kazała wyryć napis: „Był słońcem mojego życia”.

b.szczepula@prasa.gda.pl

Barbara Szczepuła

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.