Jarosław Zalesiński

Teatr z czasów wojny

Teatr z czasów wojny Fot. mat.prasowe GTS
Jarosław Zalesiński

W Gdańskim Teatrze Szekspirowskim trwa Tydzień Ukraiński. Kultura naszych wschodnich sąsiadów żyje w cieniu historii.

Każdy ze spektakli, pokazanych przez trzy pierwsze dni Tygodnia Ukraińskiego w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim, nosił na sobie, mniej lub bardziej dostrzegalne, ślady najnowszej historii Ukrainy. Znamy to z własnej, nie tak dalekiej przeszłości: sztuka nie mogła nie odnosić się swojego czasu.

Hiob wśród ruin

Najdyskretniej widać było te ślady w oryginalnej, oratoryjnej wersji biblijnej Księgi Hioba, odegranej przez grupę śpiewaków i muzyków. Muzykę na śpiew, preparowany fortepian, wiolonczelę i perkusję ułożyli Roman Grygoriv i Illia Razumeiko, wyreżyserował ten raczej performance muzyczny niż spektakl Vlad Troitsky. Tak muzyka, jak i reżyseria sprowadzały się co prawda do zaledwie kilku powtarzanych przez ponad godzinę chwytów, ale gdzie zawodziły muzyka i reżyseria, tam zawsze spieszył z pomocą wygłaszany, w archaicznym przekładzie, tekst Księgi Hioba, ograniczony do jednego wątku - próby, jaką Bóg dopuścił na tym sprawiedliwym mężu. Gdzie tu najnowsza ukraińska historia? W ubarwiających performance wizualizacjach, w których przeplatały się religijne drzeworyty, a dalej rzucane na ekran obrazy filmowanego na żywo przedstawienia i wreszcie - budzące grozę obrazy powojennego zniszczenia. Wypalone domostwa pewnie bardziej niż frontowe obrazy unaoczniały absurd zła, które niczego po sobie nie pozostawia.

W Księdze Hioba na koniec wszystko się odwraca: sprawiedliwy mąż sprostał próbie, za co Bóg obdarza go na nowo życiową pomyślnością. W przedstawieniu w finale śpiewacy wchodzą pomiędzy publiczność, wydobywając z trzymanych w rękach perkusyjnych talerzy niepokojący, niski dźwięk. Brzmi to raczej jak memento, które ma uświadomić słuchaczom, że ta dramatyczna historia stale może się powtarzać, niż jak uspokajające zakończenie.

Lewiatan u Big Brothera

Ciekawostką spektaklu „Eryk XIV” Strindberga w wykonaniu Narodowego Akademickiego Teatru im. Iwana Franki w Kijowie był występ na scenie... ministra kultury Ukrainy, bohatera Majdanu i aktora kijowskiego teatru. W ustach ministra Jewhena Nyszczuka słowa Strindbergowskiego króla Eryka, że wojna jest zawsze okrutna, a kto tego nie przyjmuje, może sobie siedzieć na zapiecku - na Ukrainie brzmią pewnie ze szczególną siłą...

„Eryk XIV” w reżyserii Stanisława Mojsejewa jest jednak praktycznie pozbawiony aluzji do obecnej sytuacji na Ukrainie. Jedynym takim nawiązaniem jest imponujący, ukośnie biegnący przez scenę most oparty na rdzewiejących palach - aluzja do mostu w Kijowie, budowanego tak długo, że zanim ukończono inwestycje, most zdążył zardzewieć. Dramat Strindberga jest tak przenikliwą analizą mechanizmów władzy, które zawsze, niezależnie od intencji uczestniczących w grze postaci, prowadzą do coraz większego okrucieństwa, że dopisywanie do tekstu jakichś aktualizacji tylko osłabiałoby efekt.

Spektakl kijowskiego Teatru im. Franki na pewno nie jest nowatorski, miało się raczej wrażenie hołdowania przez reżysera dawniejszym teatralnym modom. Ale ta tradycjonalność, w połączeniu z aktorską rzetelnością, wcale źle tekstowi Strindberga nie robiła. Reżyser usunął się jakby w cień, by tym wyraźniej pokazać to, co wydaje się sednem Strindbergowskiego dramatu. Jego bohaterowie kierują się raz nikczemnymi, a raz szlachetnymi pobudkami. Także tytułowy władca czasami ulega odruchom dobra, a niekiedy pozwala, by dochodziły w nim do głosu najgorsze instynkty. Efekt tak w pierwszym, jak i w drugim przypadku okazuje się ten sam: wszystko krok po kroku prowadzi do coraz większych zbrodni.

Czasami król Eryk dialoguje z jakimś głosem, któremu wydaje polecenia. Głos brzmi tak, jakby odzywał się Wielki Brat. Niby słucha on rozkazów, ale tak naprawdę wszystko dzieje się pod jego dyktando. Nie wiemy, czym albo kim jest ta anonimowa siła, którą uosabia głos. Dający do myślenia element spektaklu.

Dzienniki Majdanu

Wprost do najnowszej historii Ukrainy odsyłały słynne już „Dzienniki Majdanu” Natalii Vorożbyt, wyreżyserowane w teatrze im. Franki przez Andrija Maja. Majdan stał się już dzisiaj jednym z symboli XXI-wiecznej historii. W tekście Vorożbyt ten wielki symbol pokazywany jest poprzez świadectwa najprostsze, nazwyczajniejsze. Słuchając opowieści starszej pani, pomagającej fabrykować koktajle Mołotowa, albo telewizyjnej reporterki niejako wbrew niej samej, na zasadzie jakiejś dziwnej, przyciągającej ją siły, wciągniętej w sam środek bitwy z Berkutem, zastanawiamy się, co dawało ludziom Majdanu moc potrzebną do takiego zwyczajnego i jednocześnie niesamowitego bohaterstwa?

Ze wszystkich tych wspomnień przebijało jedno: ludzie czuli się wtedy całkowicie wolni i zarazem solidarni ze sobą. Coś jak za naszego karnawału Solidarności. Kiedy na koniec spektaklu nad publicznością rozchylił się otwierany dach teatru, powietrze zrobiło się rześkie. Jak wtedy w Polsce...

Jarosław Zalesiński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.