Tak trudno jest zapomnieć twarze cierpiących dzieci

Czytaj dalej
Fot. Dorota Abramowicz
Dorota Abramowicz

Tak trudno jest zapomnieć twarze cierpiących dzieci

Dorota Abramowicz

O takich jak on mówiono - filantrop. Nazwa pochodzi od greckiego słowa philánthropos, czyli kochający ludzkość. Profesor Wojciech Majewski wraz z żoną Haliną przekazał w ubiegłym roku gromadzone przez lata oszczędności, ćwierć miliona złotych, na pomoc dla najmłodszych podopiecznych gdańskiego hospicjum

Miniony czwartek, Teatr Szekspirowski w Gdańsku, finał pierwszego Festiwalu Twórczości Wrażliwej. Na scenę zapraszani są ludzie wyjątkowi. Oddani innym, pomocni, niezastąpieni. Wśród laureatów kategorii Człowiek Wrażliwy 2017 jest starszy, elegancki pan. Lekko zażenowany odbiera statuetkę z rąk Grażyny Torbickiej. Krótko dziękuje za wyróżnienie.

Świat dzieciństwa

Pierwsze wspomnienie trzyletniego Wojtka pochodzi z 1935 roku. Patrzy przez okno mieszkania na tłumy na ulicy, w kondukcie idą ubrani w mundury wojskowi, podniosły nastrój. Rodzice tłumaczą Wojtusiowi i starszemu o rok Jurkowi, że do Wilna przybyło serce wielkiego Polaka, Józefa Piłsudskiego. Serce spocznie w grobie matki na cmentarzu na Rossie.

- Ojciec, Stanisław Majewski, był najpierw zawiadowcą stacji w Czeremsze, potem został przeniesiony do dyrekcji kolei w Wilnie - wspomina profesor Majewski. - Pracując, uczył się. Zdał najpierw małą, a potem dużą maturę. Mama po ukończeniu seminarium nauczycielskiego pracowała w szkole, potem zajęła się naszym wychowaniem.

Zaradny ojciec wybudował tuż przed wojną przy ul. Rzecznej duży dom z czterema mieszkaniami. Jurek i Wojtek mieli dobre dzieciństwo. 1 września 1939 roku Wojtek poszedł do szkoły. I skończyło się poczucie bezpieczeństwa.

- To, że jest wojna, odczuliśmy dopiero kilkanaście dni później, po ataku Rosji Sowieckiej - wspomina. - Pamiętam łzy spływające po policzkach mamy, gdy patrzyła na żołnierzy sowieckich wkraczających do Wilna.

Początkowo Sowieci przekazali miasto Litwinom. Ojciec nadal pracował na kolei, a Wojtek z Jurkiem, idąc do szkoły, musieli uważać na litewskich podrostków, którzy - przy akceptacji Rosjan - czaili się w podwórkach na polskich uczniów. W czerwcu 1940 r. wrócili Sowieci. Rozpoczęły się wywózki. Rodzice spakowali najpotrzebniejsze rzeczy, nocą nasłuchiwali, czy pod ich domem nie zatrzymuje się ciężarówka wywożąca polskie rodziny.

Przetrwali.

- Po wkroczeniu wojsk niemieckich w 1941 r. ojciec zdobył nielegalnie dokumenty świadczące o fikcyjnym zatrudnieniu i zajął się handlem - mówi profesor Majewski. - Dla polskich dzieci okupant przewidział zakończenie nauki po czwartej klasie, więc w naszym domu zorganizowano tajne nauczanie. Wracałem z zajęć szkolnych i siadałem do nauki ze starszym bratem i innymi dziećmi. W kompletach uczestniczyło 6 uczniów.

Tak trudno jest zapomnieć twarze cierpiących dzieci
Archiwum rodzinne Fotografia rodziny Majewskich: rodziców Stanisławy i Stanisława oraz synów - od lewej - Jerzego i Wojciecha zrobiona jeszcze przed opuszczeniem Wilna

Tamte wojenne lata zostawiły w pamięci profesora wspomnienie, które wraca do dziś. To twarze żydowskich mieszkańców Wilna, pędzonych przez uzbrojonych żołnierzy obok ich domu na miejsce kaźni w Ponarach. Rozpacz w oczach mężczyzn i kobiet, matki błagające przechodniów, by zabrali i uratowali przed śmiercią chociażby ich maleńkie dzieci. I bezradność patrzących na ten dramat ludzi, którzy wiedzieli, że wyciągając ręce po żydowskie dziecko, wydają na siebie wyrok. Niemcy strzelali do każdego, kto chciał pomóc.

W Ponarach rozstrzelano co najmniej 50 tysięcy Żydów.

Kiedy w 1944 r. znów weszli Rosjanie, Stanisław Majewski został kierownikiem transportu repatriacyjnego do Polski. - Rodzice szybko podjęli decyzję o repatriacji - opowiada profesor. - Dobrze wiedzieli, czym grozi pozostanie pod władzą sowiecką i litewską.

Latem 1945 roku rodzina Majewskich ruszyła w nieznane, zostawiając w Wilnie dom i większość majątku.

Trzy pióra

Zatrzymali się w Bydgoszczy, gdzie Jurka i Wojtka przyjęto do II klasy gimnazjum. - Tam rozpoczęła się moja przygoda z harcerstwem - mówi profesor. - Wstąpiliśmy z bratem do VI drużyny harcerskiej im. Tadeusza Kościuszki.

Harcerstwo kształtowało charaktery. Czternastoletni Wojtek był jednym z trzech (na pięćdziesięciu) chłopców, którzy zdobyli wyjątkowo trudną sprawność „trzech piór”. W pierwszym dniu próby obowiązywał nakaz całkowitego milczenia. W kolejnym dniu trzeba było skutecznie ukryć się przed oczami ludzi. W trzecim - przeżyć, jedząc tylko to, co można było znaleźć w lesie. - Dostaliśmy płachty namiotowe, kromkę chleba i poszliśmy w las - uśmiecha się do wspomnień prof. Majewski. - Spałem na mchu, o świcie wróciłem do obozu.

Po powrocie z wakacji rodzina przeniosła się do Gdańska, gdzie Stanisław Majewski dostał pracę w dyrekcji kolei państwowych, a jego synowie rozpoczęli naukę w V Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącym. Już rok później obaj chłopcy zostali drużynowymi drużyn harcerskich przy oliwskich szkołach podstawowych. Był to czas, kiedy w jednej szkole obok ZHP działały samorząd szkolny, czerwony Związek Młodzieży Polskiej, Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Radzieckiej i... Sodalicja Mariańska. Powoli jednak pluralizm się kończył.

- Pod koniec lat 40. harcerstwo w Polsce zaczęło robić się coraz bardziej czerwone - opowiada Wojciech Majewski. - Odchodzono od skautingu, próbując zmienić nas w coś na wzór organizacji pionierskich rodem z ZSRR. Odszedłem... Zresztą już od 1950 r. musiałem poświęcić czas na studia na Wydziale Inżynierii Lądowej i Wodnej Politechniki Gdańskiej.

Dziś profesor mówi, że tamte pięć lat w ZHP nauczyło go samodzielności i rozwiązywania problemów, czasem uznawanych za nie do pokonania.

Mentor liczy budżet

Studia to czas intensywnej nauki i... sportu. Już wcześniej mierzący 180 cm Wojtek grał w szkolnych drużynach w siatkówkę i koszykówkę. Mając 16 lat, trafił do pierwszego zespołu koszykarzy Gedanii, a następnie do drużyny GKS Wybrzeże. Sport, jak mówi, ustrzegł go od nałogów i otworzył okno na świat. W międzynarodowych zawodach w Chinach gdańszczanie zajęli - tuż za gospodarzami - drugie miejsce, pokonując Rosjan.

Koszykówka nie kolidowała ze studiami. Zaledwie 22-letni Wojciech Majewski został asystentem na Wydziale Geodezji. Prowadził m.in. zajęcia ze studentami kierunków zaocznych, którzy byli w wieku jego ojca.

Po 1956 r. rektorem PG został prof. Wacław Balcerski, mentor młodego naukowca, wysokiej klasy specjalista budownictwa wodnego, przed wojną projektant i budowniczy zapory i elektrowni w Rożnowie. - Prof. Balcerski, choć bezpartyjny, został „z klucza nauki” posłem na Sejm - wspomina prof. Majewski. - Stracił stanowisko po jednym z głosowań budżetowych w Sejmie. Był to człowiek skrupulatny, który przed głosowaniem policzył dokładnie wpływy i wydatki państwa, a następnie zabrał głos w „kwestii formalnej”, ogłaszając z trybuny sejmowej, że bilans się w tym budżecie nie zgadza.

W tym czasie Wojciech Majewski pracował już w Instytucie Budownictwa Wodnego PAN - instytucji naukowej, której po latach został dyrektorem i gdzie do dziś, po 61 latach nadal ma swój gabinet. - W rozwoju naukowym pomogły mi międzynarodowe stypendia - mówi. - W 1962 r. dostałem się na roczny staż naukowy British Council na Uniwersytecie w Glasgow, gdzie przy okazji dobrze opanowałem język angielski. Pięć lat później, już po obronie doktoratu wyjechałem na roczny staż podoktorski National Research Council w Kanadzie.

Przed wyjazdem do Kanady spotkał kobietę swego życia - Halinę. Absolwentkę stomatologii, późniejszą konsultant wojewódzką ds. ortodoncji, pracującą w Wojewódzkiej Przychodni Stomatologicznej w Gdańsku. Na świat przyszedł ich jedyny syn, który otrzymał imię po starszym bracie profesora, Jerzym. I który, tak jak ojciec, obronił doktorat na Politechnice Gdańskiej.

Naukowiec ratuje Włocławek

Przełom roku 1981/1982. Polska, zmrożona ogłoszeniem stanu wojennego, zostaje dotknięta największą w dziejach katastrofalną powodzią zatorową, do której dochodzi na Wiśle między Wyszogrodem a Włocławkiem.

Grudniowe mrozy odpuszczają na krótko, potem znów spada temperatura. Kryształki lodu zbite w masę tworzą śryż, którego dwumetrowa warstwa wymieszana z pokruszoną krą płynie w dół Wisły, tworząc zator lodowy powyżej stopnia wodnego we Włocławku. Zator ma już ponad 50 kilometrów długości, w niektórych miejscach jego grubość przekracza sześć metrów. Płock zostaje częściowo zalany, podmyte tory kolejowe sprawiają, że wykoleja się pociąg Brodnica - Kutno, 115 rannych trafia do szpitali. Władze ogłaszają stan klęski żywiołowej, rozpoczyna się ewakuacja zalewanych przez Wisłę miejscowości.

Pewnego styczniowego dnia 1982 r. dr Wojciech Majewski, wcześniejszy uczestnik programu hydrologicznego UNESCO, trafia przed oblicze generała LWP kierującego akcją przeciwpowodziową w tym rejonie. Generał oznajmia, że zamierza wysadzić zaporę we Włocławku.

- Powodem nie była wcale chęć ratowania kolejnych miejscowości, ale zagrożenie rurociągu Przyjaźń, przechodzącego nad Płockiem - opowiada profesor. - Płynęła nim ropa, z której korzystały wojska radzieckie zgrupowane w ówczesnej NRD. Uznano, że bezpieczeństwo militarne Sowietów warte jest ceny jakiejś tam budowli wodnej w Polsce oraz kilkudziesięciu wiosek i miasteczek zalanych wodą z zapory.

Naukowiec spokojnie i rzeczowo tłumaczy generałowi, że wysadzanie zapory nie ma sensu. I że dotychczasowe działania wojska - kruszenie lodu trotylem - nie przyniosą oczekiwanych rezultatów. Proponuje szybkie przeprowadzenie badań, które ustalą, jakie jest zagrożenie, pozwolą znaleźć przyczyny powodzi zatorowej i sprawią, by taka sytuacja już się nie powtórzyła. Generał daje się przekonać - przekazuje naukowcom śmigłowiec do zrobienia zdjęć z powietrza, wyznacza kilkudziesięciu żołnierzy, którzy pomagają w wykonaniu niezbędnych pomiarów na zatorze.

Były to pionierskie prace, które pozwoliły na opracowanie matematycznego modelu do prognozowania tego typu zdarzeń. Stały się one także podstawą pracy habilitacyjnej profesora, którego badaniami zainteresowały się światowe ośrodki naukowe. Przez dwie kadencje profesor był przewodniczącym Sekcji Problemów Lodowych w Międzynarodowej Asocjacji Badań Hydraulicznych. Opublikował w renomowanych pismach naukowych ponad 300 prac. Zorganizował Ogólnopolską Szkołę Hydrauliki. Po katastrofalnej powodzi w 2001 r. projektował system przeciwpowodziowy dla Gdańska. Mimo ukończenia 85 lat nadal pracuje naukowo.

Skąd ta wrażliwość?

Decyzja o przekazaniu majątku nieuleczalnie chorym dzieciom dojrzewała od lat. Państwo Majewscy znają Alicję Stolarczyk, kierującą Fundacją Hospicyjną. W prywatnych rozmowach często wracał temat najmłodszych podopiecznych fundacji, którym los nie pozwala na beztroskie dzieciństwo, w zamian oferując cierpienie.

- Rozmawialiśmy o tym od dłuższego czasu - mówi profesor. - Nie mamy wnuków, w ubiegłym roku zmarł na serce nasz jedyny syn... Postanowiliśmy więc najpierw przekazać na pomoc dla dziecięcego hospicjum pieniądze. A kiedy już nas zabraknie, niech w otoczonym ogrodem domu, który w ramach mienia przesiedleńczego po przyjeździe z Wilna dostali moi rodzice, znajdą dom mali podopieczni hospicjum. Oglądaliśmy w telewizji twarze nieuleczalnie chorych dzieci. Odwiedziliśmy hospicjum. To, co tam zobaczyliśmy, trudno zapomnieć.

Tak jak trudno mu jest do dziś zapomnieć twarze dzieci, niesionych na rękach przez zrozpaczone matki, pędzone na śmierć w Ponarach. Bo tak już mają ludzie wrażliwi, że niełatwo zapominają.

Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.