Tak się robi wielkie imprezy

Czytaj dalej
Fot. Przemysław Świderski
Paweł Gzyl

Tak się robi wielkie imprezy

Paweł Gzyl

Robert Klatt jest głównym „winowajcą” sukcesu Disco pod Gwiazdami w Stężycy. Jako szef agencji organizującej imprezy, odpowiada za dobór artystów i stronę logistyczną tego wielkiego przedsięwzięcia.

Przede wszystkim - dlaczego po raz drugi z rzędu gospodarzem imprezy jest Stężyca? Wcześniej Disco pod Gwiazdami odbywało się co roku w innym mieście.

Myślę, że zadziałał tu urok osobisty wójta Tomasza Brzoskowskiego, który tak ujął dyrektor Polsatu, Ninę Terentiew, że zdecydowała, iż robimy „Disco” po raz drugi w Stężycy.

Podlizuje się Pan wójtowi?

Nie, proszę mi wierzyć, naprawdę tak było! Najpierw otrzymałem informację, że robimy to w innej miejscowości, po czym przyjechał do Warszawy wójt Brzoskowski i krótko potem zapadła decyzja, że Disco pod Gwiazdami odbędzie się w Stężycy. Nie wiem, jakich dokładnie argumentów użył wójt i czym, poza urokiem osobistym i charyzmą, przekonał Ninę Terentiew do Stężycy, o to już trzeba by zapytać jego lub panią Ninę.

W tym roku impreza odbyła się w dość niefortunnym czasie, mieliśmy tu straszną nawałnicę i Stężyca była bez prądu.

Wiem, to przykre, my tu się bawimy, a strażacy usuwają szkody po tej strasznej wichurze. My mamy prąd, pracują agregaty, a mieszkańcy siedzą w ciemnościach.

W wielu przypadkach nie mają dojazdu, wyjazdu ze swoich domów. Uniemożliwiają to przewrócone drzewa. My też po przyjeździe do amfiteatru w Stężycy chwytaliśmy się za głowę, widząc, co tu się nawyrabiało.

Pana agencja przygotowywała tę imprezę od tygodni. Ile z tego zniszczył żywioł?

Rano byliśmy przerażeni. Wszystkie garderoby zostały zniszczone, w lasku obok zastaliśmy przewrócone drzewa, nie było światła, nie wiedzieliśmy, czy będziemy mieli dźwięk. To było jedno wielkie pospolite ruszenie. Bardzo wiele osób zaangażowało się, żeby pomóc przywrócić to miejsce do stanu sprzed tego kataklizmu.

Czy rozważaliście odwołanie „Disco”?

Z imprezami tej rangi, o zasięgu ogólnopolskim, a nawet europejskim, bo przecież bezpośrednia transmisja w telewizji dociera do wielu krajów na świecie, wygląda to trochę inaczej. W jej organizację zaangażowanych są setki osób, a publiczność zjeżdża się z całej Polski, a nawet spoza jej granic. Odwołać taką imprezę można tylko w przypadku np. żałoby narodowej. Do ostatniej chwili czekaliśmy na wytyczne, słuchaliśmy komunikatów, ale nic takiego nie nastąpiło, więc uznaliśmy, że impreza się odbędzie.

Co jest największym wyzwaniem przy organizacji imprezy o takim zasięgu, transmitowanej na żywo w telewizji?

Od tego, żeby wszystko grało na wizji, jest cały sztab ludzi Polsatu. Oni pilnują tej części artystycznej. Tzn. - robią scenariusz imprezy i reżyserują koncert. My musimy przygotować grunt pod to wszystko, całą logistykę. Na pewno największym wyzwaniem jest scena. Musi być nie tylko ogromna, przyciągać wzrok, prezentować się dobrze w kamerze, ale też bezpieczna. W Stężycy scena staje w miejsce amfiteatru. Trzeba wypoziomować podłogę, wybudować też jak gdyby drugą część, która łączy się integralnie z dachem amfiteatru. To jest rzeczywiście największe wyzwanie logistyczne. Do tego dochodzą światła, multimedia itd. To były dwa tygodnie pracy wielu ludzi przez 12 - 16 godzin dziennie po to, aby zobaczyć produkt końcowy.

Mówi Pan cały czas o sztabie ludzi. Ile dokładnie osób pracuje na ten tzw. produkt końcowy?

120 osób z całej realizacji telewizyjnej, około 200 osób z obsługi technicznej plus artyści, więc daje to jakieś 500 osób. Wszyscy oni odpowiadają za to, żeby „Disco” miało dobry wynik.

Są jakieś minusy organizacji tak wielkiej imprezy właśnie w Stężycy?

Pewnie przeważają plusy, bo miejsce jest przepiękne i do tego fantastyczny obiekt. Minusy? Miejsca hotelowe, których w Stężycy i bliskiej okolicy brakuje. Cały czas powtarzam panu wójtowi, że musi przekonać inwestorów do budowy na tym terenie kolejnego hotelu.

Stajecie się potentatem na rynku w organizacji masowych imprez. Robicie też zdaje się Woodstock?

Tak, od kilku lat. To podobne wyzwanie jak „Disco”. Czasem trudniejsze, czasem trochę łatwiejsze. Poza tym organizujemy Festiwal w Ostródzie oraz Pożegnanie Lata w Iławie, a najmłodszym dzieckiem jest Festiwal Piosenki Weselnej w Mrągowie. Coś mi mówi, że będzie to strzał w dziesiątkę. Mnóstwo imprez organizujemy i wiele programów.

Jak Pan godzi kierowanie agencją , pracę przy organizacji imprez, z występami w jednym z najpopularniejszych zespołów muzyki disco polo, Classic?

Bywa ciężko. Przykładem Stężyca, gdzie możemy wystąpić tylko pierwszego dnia, bo za dużo czasu zabiera mi praca przy produkcji koncertów. Natomiast fajne jest to, że poza adrenaliną, stresem wynikającym z roli organizatora, mam też muzyczną odskocznię, czyli pisanie piosenek i występy z Mariuszem Winnickim w zespole Classic.

Muzyka disco polo od lat przeżywa wielki come back, choć wiele osób uważa ją za nie nadającą się do słuchania.

To skąd w takim razie te tłumy na koncertach, miliony odsłon na YouTube, sprzedające się na pniu płyty? Wiele osób krytykuje disco polo, ale jakoś większość zna słowa największych przebojów i świetnie się na weselach przy tej muzyce bawi. Jak w każdym gatunku, tak i w disco polo są lepsze i gorsze kawałki. Jednak finansów, sprzedanych płyt, zazdroszczą muzykom disco wszyscy inni artyści. Recepta na sukces finansowy jest prosta - szanować gust publiczności i robić taką muzykę, której chce słuchać. Raz bywa lepiej, raz jest gorzej, ale zawsze do przodu.

Czy w środowisku disco polo są przyjaźnie pomiędzy artystami, czy jednak mimo wszystko dominuje rywalizacja?

Jak najbardziej mam przyjaciół w tej branży, jak również serdecznych znajomych. Szczypta zdrowej, koleżeńskiej rywalizacji też jest wskazana, ale bez przesady.


Duety, które Classic wykonuje z innymi muzykami, świadczą o przyjaźni? Mam tu na myśli chociażby wielki hit nagrany z Marcinem Millerem z grupy Boys „Niebo za rogiem”.

Jak najbardziej. Z Marcinem znamy się od lat i udało się razem wykonać kilka, chyba sześć, fajnych kawałków. „Niebo za rogiem” należy do tych ambitniejszych. To w sumie nie jest nawet muzyka disco polo, ma ciekawą linię melodyczną i tekst. Nie jest też wcale łatwa do zaśpiewania. Od kilku lat zapowiadamy, że nagramy je wspólnie na płycie, ale kalendarz Marcina i nasz jest tak pełen koncertów, że trudno nam zgrać terminy, żeby wejść do studia. Mam nadzieję, że w końcu do tego dojdzie, tym bardziej, że nawet fani zaczynają nam wchodzić na ambicje i dopytują kiedy ten materiał wydamy.

Wracając do Disco pod Gwiazdami, jako agencja World Music macie też wpływ na dobór artystów?

Oczywiście. Są to dosyć długie rozmowy, negocjacje z gwiazdami i oczywiście z TV Polsat, która musi tę listę wykonawców zatwierdzić. Zazwyczaj dochodzimy do kompromisu, o czym świadczy już piąta edycja tej imprezy. Gdyby się nie podobała i nie byłoby oglądalności, to albo nie byłaby transmitowana, albo całkowicie wypadłaby z letniej ramówki Polsatu. Póki co, impreza twardo się trzyma i oby tak dalej.

Ta edycja „Disco” różni się nieco od wcześniejszych doborem wykonawców, zwłaszcza w dniu polskim. Na tej samej scenie występują gwiazdy muzyki pop, rock i disco polo.

Bo właśnie o to powinno chodzić podczas takich masowych imprez, żeby sprostać gustom wszystkich odbiorców. Szacunek do publiczności powinien być priorytetem.

Każdy chce się latem zabawić, jedni przy muzyce pop, inni przy rockowych brzmieniach, jeszcze inni przy disco polo. Każdy ten gatunek muzyczny zawiera utwory taneczne, łatwo wpadające w ucho, przy których można się bawić. I to właśnie jest kluczem tej konkretnej imprezy - muzyka taneczna. Nie tylko dynamiczna, ale też refleksyjna. Taka, żeby można pomarzyć pod gwiazdami, zrelaksować się. Tu wszyscy wykonawcy posiadają w swoim repertuarze wielkie hity, przy których bawiono się na dyskotekach. Jeśli chodzi o dzień zagraniczny, to są to utwory i wykonawcy znani w Europie i na świecie. Niektórzy mają na swoim koncie miliony sprzedanych w wielu krajach płyt. Stąd taka mieszanka. Możemy posłuchać zespołu Akcent i Zenka Martyniuka obok Kayah, Rynkowskiego, Urszuli, De Mono czy London Beat i Ryana Parisa. Muzyka ma łączyć, a nie dzielić.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.