Tajemnica inżyniera Skarżyńskiego [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Dorota Abramowicz

Tajemnica inżyniera Skarżyńskiego [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

Dorota Abramowicz

Budował oksywski i helski port wojenny, lotnisko w Rumi, żył w przedwojennej Gdyni. Ślad po inżynierze Józefie Skarżyńskim urwał się w pierwszych dniach wojny.

Ludzie nie powinni znikać bez śladu. A tak właśnie zaginął Józef Skarżyński, przedwojenny inżynier, m.in. budowniczy portu w Gdyni i Marynarki Wojennej w Helu, lotniska w Rumi-Zagórzu. Informacji o jego wojennych losach rodzina szukała przez Polski i Międzynarodowy Czerwony Krzyż oraz turecki Czerwony Półksiężyc. Badano tropy w Wielkiej Brytanii. Nie ma go na liście rozstrzelanych w Piaśnicy, a także na listach Polaków deportowanych z Gdyni i wysłanych do obozów koncentracyjnych.

- Dziwna sprawa - mówi 89-letnia pani Maria, jedyna córka gdyńskiego inżyniera. - W powojennej dokumentacji znajdowano nazwiska pracowników ojca, a on sam nie pojawił się w żadnym dokumencie.

Jeszcze dziwniejsza będzie relacja z powojennej rozmowy Marii z pewnym znanym z historii Gdyni ministrem. - Gdy w końcu dotarłam do jego gabinetu, powiedział, że nie może udzielić mi informacji o ojcu - twierdzi córka inżyniera. - I nie wynikało to z niewiedzy, ale z głęboko ukrytej tajemnicy.

Spod znaku jednorożca

Sygnet z szafirem z wyrytym na nim jednorożcem to jedna z niewielu pamiątek, jaka została Marii po ojcu. Herbem Bończa pieczętował się między innymi Aleksander Fredro, wódz powstania listopadowego, gen. Jan Skrzynecki, a także liczna rodzina Skarżyńskich, wśród których najbardziej znany był brat stryjeczny Józefa, Stanisław. Legendarny lotnik, pierwszy Polak, który przeleciał w 1933 r. Atlantyk, ustanawiając światowy rekord przelotu.

- Ojciec urodził się w 1889 roku w Iwaniszkach, w guberni suwalskiej - opowiada pani Maria. - Jego matka, Joanna Colonna Walewska pochodziła z rodziny, związanej przez Marię z Napoleonem. W gdyńskim domu było wiele pamiątek z epoki napoleońskiej, ordery nadawane przez cesarza, Virtuti Militari. Niestety, wszystko straciliśmy. Według relacji gosposi, Niemcy w 1939 r. wyrzucili z mieszkania książki i dokumenty rodzinne, i spalili je na placu Grunwaldzkim w Gdyni.

Józef ukończył jedną z najstarszych uczelni technicznych w Rosji, politechnikę w Petersburgu. W czasie rewolucji bolszewickiej cudem uszedł z życiem, siedział w więzieniu, prowadzono go na rozstrzelanie. Nie wiadomo, jak przedostał się na polską stronę.

W niepodległej Polsce zajął się tym, na czym się najlepiej znał, czyli budownictwem. Trafił do przedsiębiorstwa budowlano-inżynieryjnego „W. Paszkowski, F. Próchnicki i S-ka”, założonego w 1923 r. przez profesorów Politechniki Warszawskiej. Pierwszą jego budowlą był most na rzece Horyń, potem w Warszawie pracował przy budowie Kolonii Staszica.

W rodzącej się Gdyni znalazł się początkowo jako pracownik spółki, ale szybko stał się niezależnym przedsiębiorcą. Do kompletnie urządzonego mieszkania w Gdyni sprowadził też rodzinę - żonę Władysławę i ukochaną, urodzoną w 1928 r. jedynaczkę Marię.

- Pracował przy budowie falochronów i latarni przy wejściu do awanportu - opowiada Maria. - Często brał mnie ze sobą do pracy. Pozwalał mi pływać łodzią, przewożącą materiały budowlane do falochronów. Przyjeżdżała taka wielka baba, wbijająca pale w morskie dno. Byłam zachwycona tym widokiem.

Przy ulicy Lipowej w Gdyni powstała nowoczesna, jak na owe czasy stolarnia. Aż do wybuchu wojny pracowali u inż. Skarżyńskiego ci sami robotnicy (Maria pamięta nazwiska: Zatrybowski, Paluch, Łapa), z którymi stawiał most na Horyniu.

Wybuduję sobie lotnisko

Firma Skarżyńskiego początkowo nie była duża i jej właściciel musiał nawiązywać kontakty, także towarzyskie, z osobami, które mogłyby pomóc w zdobywaniu kontraktów.

- Należałam do ciekawskich dzieci - śmieje się pani Maria. - Ojciec miał w biurze piękne gdańskie krzesło, siadałam pod nim na podnóżku i słuchałam rozmów dorosłych. Kiedy było większe zgromadzenie, siadałam pod stołem. I tak, jako mała dziewczynka poznałam Eugeniusza Kwiatkowskiego i komisarza Franciszka Sokoła. W naszym domu bywał admirał Józef Unrug, który pozwolił, bym mówiła mu... po imieniu. Pierwszy raz spotkałam admirała wracając z tatusiem z Warszawy do Gdyni. Na peron wszedł dowódca Marynarki Wojennej z adiutantem, panowie porozmawiali przez chwilę przed przyjazdem pociągu, a następnie admirał zaprosił nas do swojego przedziału. Nie był to człowiek, który by ze względu wysokie stanowisko jeździł salonką lub latał samolotami... Nie pamiętam, o czym ojciec rozmawiał z admirałem podczas podróży, ale od tamtego czasu rozpoczęła się współpraca jego firmy z wojskiem.

Inżynier Skarżyński stał się jednym z budowniczych elektrowni i szpitala w porcie wojennym na Oksywiu. Pracował też przy budowie portu wojennego w Helu. Córka pamięta rozmowy między rodzicami na temat zapłaty za prace dla Marynarki Wojennej. Ponoć był to czas, gdy dowództwo MW nie miało pieniędzy na spłacenie wykonawców robót. Zamiast gotówki Józef Skarżyński otrzymał rekompensatę w... ziemi. Konkretnie - stał się właścicielem pięciu działek na Oksywskich Piaskach.

Po wojnie rodzina ziemi na Oksywiu już nie odzyskała.

Marysia miała sześć lat, gdy jej mama, ze względów zdrowotnych (nie służyło jej życie nad wietrznym Bałtykiem) przeniosła się z córką do Krakowa. Tam rodzice kupili kolejne mieszkanie. Józef pozostał w Gdyni. Mieszkał, jak wspomina córka, w „domu Górskiego”, na rogu ulic Starowiejskiej i Władysława IV. Potem zainwestował w kolejne mieszkanie przy ulicy Świętojańskiej, przy kościele Najświętszej Marii Panny. Matka i córka Skarżyńskie latem wracały do Gdyni, gdzie korzystały z uroków plażowania. Z początkiem roku szkolnego znów jechały na południe. Inżynier kilka razy w miesiącu kursował między Gdynią a Krakowem.

- Samolotem - podkreśla pani Maria. - My też korzystałyśmy z tego środka lokomocji. Lataliśmy z Rumi-Zagórza. Pamiętam olbrzymi hangar...

Nieistniejący dziś port lotniczy w Rumi-Zagórzu to także dzieło firmy Józefa Skarżyńskiego. Inżynier mówił żartem: - Doszedłem do wniosku, że nie mam czasu na jeżdżenie pociągami. Dlatego wybudowałem sobie lotnisko.

Ostatnim etapem życia zawodowego gdyńskiego inżyniera była współpraca z Francusko-Polskim Konsorcjum Kolejowym przy magistrali węglowej. Józef Skarżyński pracował m.in. przy budowie stacji w Karsznicach, Herbach Nowych i Zduńskiej Woli.

Krakowianka w Gdańsku

Na tle ceglanego muru stoi dziesięcio-, może jedenastoletnia Marysia, ubrana w strój krakowianki. Zdjęcie zrobiono niedługo przed wojną w nazistowskim Gdańsku.

- W Gdańsku i Sopocie bywaliśmy bardzo często, bo ojciec z racji wykonywania prac budowlanych miał stałą przepustkę - opowiada pani Maria. - W Kolibkach była granica, głównie przejeżdżaliśmy ją samochodem.

Ojciec był wielkim patriotą. Do klapy marynarki miał zawsze przypięty emaliowany znaczek, przedstawiający ramię, trzymające miecz.

Ręka z mieczem była od 1935 roku symbolem Ruchu Narodowo-Radykalnego Falanga. Czy Józef Skarżyński był członkiem tej nacjonalistycznej organizacji, córka nie wie. Wiadomo za to, że przed każdym wyjazdem z dzieckiem do Gdańska prosił, by Marysia nałożyła krakowski strój.

- Pamiętam, jak wypłynęliśmy z Gdyni jachtem znajomych ojca - wspomina Maria. - Po przekroczeniu wodnej granicy Wolnego Miasta kazano nam zwinąć biało-czerwoną banderę. Ojciec tego nie zrobił. Wiedziałam, że zabrał ze sobą broń, miał na nią zresztą pozwolenie. Szliśmy potem z tatą ulicami Gdańska, widziałam nieprawdopodobne ilości hitlerowskich flag, wiszących między domami. Ojciec trzymał dłoń na pistolecie w kieszeni, a mnie młodzi ludzie, ubrani w mundury Hitlerjugend pluli pod nogi.

Czuła strach? Chyba nie za bardzo. W końcu obok był człowiek, przy którym nie bała się niczego. O którym wtedy - jak to dziecko - myślała, że jest niezniszczalny.

Niewykluczone, że mimo zakupu mieszkania w Krakowie, rodzina Skarżyńskich planowała swoją przyszłość związać już na stałe z Gdynią. Tuż przed wojną kupili działkę w dobrym miejscu - przy ulicy Kasprowicza na Kamiennej Górze. Józef zgromadził nawet na niej materiały budowlane. Przygotował projekt domu. Domu, który miał nigdy nie powstać.

Pożegnanie na dworcu

Całe lato 1939 roku rodzina Skarżyńskich spędziła w Gdyni. Była piękna pogoda, chodzili na plażę. W ostatnich dniach sierpnia nisko nad ich głowami przelatywały niemieckie samoloty. Można było zobaczyć twarze pilotów. Robiło się coraz groźniej.

28 sierpnia na gdyńskim dworcu Józef Skarżyński żegnał ukochaną żonę i jedyną córkę, wyruszające do Krakowa.

- Wówczas pierwszy raz w życiu widziałam płaczącego ojca - mówi pani Maria.- Straszne uczucie dla młodej dziewczyny...

Tatuś obiecywał, że zaraz po powrocie do mieszkania przy Świętojańskiej spakuje pamiątki rodzinne i wyśle je do Krakowa. Obiecywał, że niedługo się zobaczymy.

To był ostatni raz, gdy go widziała.

Najpierw, przez kolejne lata wojny łudziły się myślą, że skoro poradził sobie z bolszewikami, na pewno da radę hitlerowcom. Dopiero później, gdy umarła nadzieja, że ocalał, uciekł Niemcom, przedostał się statkiem na Zachód, Władysława i Maria próbowały zrekonstruować losy Józefa. Jeździły po ludziach, pisały listy, pytały...

Ktoś widział, jak zakleja szyby papierem, by nie popękały podczas ostrzału miasta.

Ktoś opowiadał, że znalazł się wśród gdynian, wywiezionych do Piaśnicy i tam rozstrzelanych.

Ktoś inny zapewniał, że Józef miał dołączyć do gdyńskich kosynierów, biorących udział w obronie Gdyni oddziałów ochotniczych utworzonych przez Polską Partię Socjalistyczną. Wprawdzie endekowi, jakim był prawdopodobnie Skarżyński, daleko było do ideałów PPS, ale niewykluczone, że w sytuacji zagrożenia ojczyzny wcześniejsze spory ideologiczne zostały odsunięte na bok. Kosynierzy najpierw budowali umocnienia wokół miasta, potem walczyli na przedpolach Gdyni, by wreszcie wycofać się na Oksywie. Nazwiska? Najgłośniej było o Kazimierzu Rusinku, wielu innych pozostawało anonimowych.

Trop udziału w walkach kosynierów gdyńskich był, ze względu na świadków znanych rodzinie, bardzo wiarygodny. Jednak przez wiele lat nie mogły nawet podjąć próby jego weryfikacji.

Tli się nadzieja

W momencie rozpoczęcia wojny Władysława i Marysia zostały bez środków do życia. Utrzymywała je najmłodsza siostra mamy, Helena Brodowska, która znalazła pracę podczas okupacji.

Marysia uczyła się na tajnych kompletach. Po wojnie zdała maturę, skończyła studia biologiczne i rolnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Kilka lat później, gdy podjęła pracę w Instytucie Geografii Polskiej Akademii Nauk, poznała osobę, która załatwiła jej spotkanie z ówczesnym ministrem kultury i sztuki, Kazimierzem Rusinkiem. Tym samym, który po wojnie - zresztą niezgodnie z prawdą - twierdził, że był dowódcą gdyńskich kosynierów. W rzeczywistości pełnił funkcję adiutanta dowódcy, płk. Stanisława Wężyka.

Tak czy inaczej, jeśli brał udział w walkach, musiałby rozpoznać wśród - w końcu nie tak licznej grupy walczących - inżyniera Skarżyńskiego. Lub chociażby o nim usłyszeć.

Maria pamięta swoją wizytę w gabinecie dygnitarza. Opowieść o losach rodziny. I najważniejsze pytanie: - Czy wie pan, co stało się z moim ojcem?

- Nic pani nie powiem.

- Ale wie pan? Był z wami? Przeżył? Zginął? Błagam...

- Nic nie powiem.

Długo po tym zastanawiała się nad tamta rozmową. I motywami, które kierowały Kazimierzem Rusinkiem, który zamiast odpowiedzieć krótko „nie widziałem, nie było go tam”, postanowił milczeć.

Dlatego pani Maria dziś jeszcze, zapewne po raz ostatni opowiada światu o pewnym zdeterminowanym gdyńskim inżynierze, który świetnie znał się na budowie mostów, domów i falochronów. Który kochał swoją rodzinę i nie bał się pływać pod biało-czerwona banderą do obwieszonego faszystowskimi flagami Gdańska. Który miłość do ojczyzny okazywał przez pracę dla niej.

Tajemnica inżyniera Skarżyńskiego [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]
Archiwum prywatne

Maria: - Boję się, że jest już za późno. Szansa na odkrycie, co stało się z moim ojcem, na znalezienie miejsca, gdzie leży pochowany, gasła z każdym rokiem. Pamięć ludzka się zatarła. Odeszli i nadal odchodzą ci, którzy mogliby nam pomóc.

Tylko nadzieja jeszcze gdzieś się tli.

dorota.abramowicz@polskapress.pl

Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.