Szli na Zachód osadnicy… Historia ucznia z Dolnego Śląska

Czytaj dalej
Fot. Fot.fotopolska.eu
Michał Turek

Szli na Zachód osadnicy… Historia ucznia z Dolnego Śląska

Michał Turek

Moja rodzina przyjechała na Dolny Śląsk z Zarzecza, niewielkiej wsi na obrzeżach gminy Łącko, po prawej stronie rzeki Dunajec. Przyjechali „za chlebem”.

Zacznijmy od początku. Zarzecze to niewielka wieś, położona na obrzeżach gminy Łącko i powiatu nowosądeckiego, po prawej stronie rzeki Dunajec. Przed wojną była bardzo biedną i przeludnioną wsią. Już wtedy co odważniejsi mieszkańcy wyjeżdżali za chlebem w świat.

Jedni z „szyfkartą” (bilet okrętowy) do Ameryki, inni do Niemiec czy Danii lub w poznańskie i na Opolszczyznę. Wsią rządził wójt i tylko on mógł udzielić zgody na wyjazd. Czynił to jednak bardzo niechętnie, gdyż w ten sposób pozbawiał się taniej siły roboczej. Gdy jednak zgodził się na czyjś wyjazd, pozostała we wsi rodzina przez dłuższy czas odrabiała pozwolenie w jego gospodarstwie.

W drogę!

Po zakończeniu II wojny światowej i powrocie do Polski ziem zachodnich rozpoczęto akcję osadniczą. Informowały o niej plakaty rozwieszane najczęściej w okolicach kościołów. Na Zachód ruszyli osadnicy z południa Polski, z gminy Łą-cko koło Nowego Sącza i z sąsiednich powiatów, w tym z Zarzecza.

Zarzeczanie masowo opuszczali wieś w poszukiwaniu lepszego życia. Wyjeżdżali przeważnie w kierunku Wrocławia i dalej za Odrę, gdzie górzysty krajobraz zdawał się przypominać im rodzinne strony. Ruszyli na dopiero co odzyskane Ziemie Zachodnie, na których obiecywano domy, ziemię, lepsze życie. Bez żalu pozostawili nędzne, rozrzucone po zboczach, małe, przykryte słomą chaty. Niektórzy jednak nie dowierzali, że można otrzymać coś za darmo. Najodważniejsi okazali się ci, którzy powrócili z przymusowych robót. Zdecydowali się w jednej chwili. Nie mieli nic do stracenia. Za nimi poszli następni, przeważnie mężczyźni.

Nowe życie

Latem 1946 r. z Zarzecza wyruszyli bracia mojego dziadka, Marcin i Józef Jurkowscy, mój pradziadek Antoni Gromala, obecni i byli sąsiedzi oraz wielu krewnych. Byli to ludzie bardzo młodzi. Zarzeczanie osiedlali się w rejonie Kamiennej Góry, Wałbrzycha, Jeleniej Góry. Tam objęli domy i gospodarstwa rolne, niektórzy znaleźli pracę w fabrykach i kopalniach.

Tamte odległe i nieco wyblakłe w pamięci lata wspomina mój dziadek, Wojciech Jurko-wski: Moi najstarsi bracia - Marcin i Józef - wyjechali na Ziemie Odzyskane latem 1946 roku. Osiedlili się wraz z innymi zarzeczanami w Ptaszkowie pod Kamienną Górą. Marcin podczas wojny przebywał na przymusowych robotach we Wrocławiu. Wkrótce poznał siostrę mojej teściowej, Stanisławę Jaworską, z którą się ożenił.

Dziadek też tak opisuje swój początek w Ptaszkowie: „Przyjechałem na Dolny Śląsk w lipcu 1957 roku, 11 lat później niż moi bracia. Miałem ukończoną szkołę, zawód w ręku i chciałem się usamodzielnić. W Zarzeczu nie widziałem dla siebie przyszłości. Bracia również zachęcali mnie do przyjazdu. Dałem się namówić. Zamieszkałem u Marcina, bardzo szybko znalazłem pracę w wyuczonym zawodzie szewca. W wolnym od pracy czasie pomagałem braciom w polu. Uczestniczyłem w życiu wsi, działając w straży pożarnej. Żony też nie szukałem daleko. Znalazłem ją w Ptaszkowie. Krysia jest córką osadnika Antoniego Gromali z Zarzecza”.

W latach 1947-1948 mieszkający jeszcze w Ptaszkowie Niemcy zostali przesiedleni do swojego kraju, a osadnicy pozostali sami. Brakowało im jednak rąk do pracy, słali więc listy do rodzin, prosząc o przyjazd. I tak następna partia osadników znalazła się na ziemiach zachodnich. W początkowych latach osadnicy stanowili jedną, sąsiedzką rodzinę. Wszyscy pomagali sobie w pracach, wspólnie świętowali z okazji imienin czy też z innych uroczystości.

Nie wszystko złoto…

Dziadek wspomina, że przez prawie 30 lat po wojnie osadnicy nie czuli się na tych ziemiach zbyt pewnie, ponieważ bali się, że Niemcy wrócą na swoje ziemie. We wsi bywało niespokojnie, zwłaszcza nocą, kiedy rozlegały się strzały, słychać było szczekanie psów i bieganinę ludzi. To grasowały bandy szabrowników. Aby się przed nimi bronić, osadnicy założyli oddział samoobronny. W późniejszych latach przekształcił się on w ochotniczą straż pożarną. Komendantem został śp. Antoni Ćwi-kowski, nasz sąsiad i pełnił tę funkcję bardzo długo. Później komendantem został mój pradziadek, śp. Antoni Gromala.

Wspomnienia pradziadka

Interesujące dla mnie są również wspomnienia mojego śp. pradziadka Antoniego Gro-mali, zarzeczanina, który zapisał bogatą i ciekawą w wydarzenia kartę w swoim życiorysie. O tych wydarzeniach opowiedziała mi moja babcia. Pradziadek w wieku 21 lat został wywieziony na przymusowe roboty do Austrii. Przebywając tam, bardzo tęsknił za bliskimi i rodzinną wsią. Zdecydował się na ucieczkę.

Uciekł późnym latem i pieszo wędrował przez Austrię, Węgry i Słowację. Drogowskazem było słońce. Miał świadomość, że jest poszukiwany, dlatego unikał ważnych szlaków, ludzi i zabudowań. Żywił się tym, co znalazł w polu. Szedł około 3 miesięcy.

Gdy doszedł do granicy polsko-słowackiej, został schwytany przez tamtejszą policję. Za ucieczkę groziła mu śmierć lub obóz koncentracyjny. Przebywając w tymczasowym obozie, cudem nie zachorował na tyfus. Tam też zastał go koniec wojny. Po demobilizacji powrócił do ukochanego Zarzecza. Ożenił się z sąsiadką Józefą Jaworską, moją prababcią. W Łącku los zetknął go z człowiekiem o nazwisku Ka-laman, który był pierwszym kamiennogórskim starostą. Pochodził on z Sądecczyzny i często przyjeżdżał do Łącka namawiać do osadnictwa na ziemiach zachodnich.

Pradziadek wraz z grupą innych ludzi z Zarzecza wyjechali na Zachód. Wybrali miejscowość Fogelsdorf, po polsku Ptasia Wieś lub Ptaszyn. Obecnie wieś nazywa się Ptaszków. Zamieszkali wspólnie z niemiecką rodziną, którą po dwóch latach przesiedlono do Niemiec.

Czas poszukiwań lepszego życia wśród zarzeczan trwał do połowy lat pięćdziesiątych, w późniejszych latach liczba wyjazdów wyraźnie uległa zmniejszeniu, chociaż młodzi ludzie dalej wyjeżdżali za pracą po ukończeniu szkół. Było im łatwiej, bo drogę utorowali starsi krewni.

Ku pamięci

Wspomnienia o życiu ówczesnych osadników napisałem na podstawie rozmów z krewnymi pamiętającymi tamte czasy oraz informacji zawartych w książce pt. „Almanach Łącki”, wydanej pod patronatem Towarzystwa Miłośników Ziemi Łąckiej.

Członkiem tego Towarzystwa jest moja ciocia Rozalia Kulasik, która zebrała wszystkie wiadomości i na ich podstawie powstały wspomnienia o rodzinie, która tak bardzo rozproszyła się po wojnie.

Marzeniem cioci jest to, by wspomnienia te pozostały w pamięci dzieci i wnuków.

Autor jest uczniem Społecznego Gimnazjum Edukacji Europejskiej w Kamiennej Górze

Michał Turek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.