Szkoła w czasie pandemii koronawirusa. „Mam wrażenie, że posyłam dziecko na pole minowe”

Czytaj dalej
Fot. Karolina Misztal
Agnieszka Kamińska

Szkoła w czasie pandemii koronawirusa. „Mam wrażenie, że posyłam dziecko na pole minowe”

Agnieszka Kamińska

Na Pomorzu ponad 1,3 tys. dzieci nie chodzi do szkół – tymczasowo uczą się one zdalnie, są w kwarantannie lub izolacji. Rodzice są podzielni w sprawie otwarcia placówek oświatowych. Niektórzy mówią, że to błąd, inni - że nie da się na dłuższą metę kształcić dzieci w domach. "Obawiam się, że powstaną nowe ogniska zarazy, dzieci - jeśli nawet nie zachorują - będą przynosić zarazę do domów, do sklepów, na zajęcia dodatkowe, zakażą starszych członków rodziny." "Z epidemią przyjdzie nam żyć przez kolejne miesiące, a może i lata. Raz będzie więcej zakażeń, raz mniej. Nie da się tyle czasu izolować dzieci"

Że to będzie dziwny rok szkolny, nie mają wątpliwości uczniowie, rodzice i nauczyciele. Minister edukacji narodowej zarządził, że od 1 września normą jest chodzenie dzieci do szkół. Tylko w sytuacji rozszerzenie epidemii, możliwe jest przejście na nauczanie stacjonarne i zdalne lub tylko zdalne. Kilkadziesiąt placówek w kraju nie działa w normalnym trybie, w tym również pomorskie - podstawówka w Kiełpinie i liceum w Kościerzynie tymczasowo pracują zdalnie. Liczą one w sumie, jak podaje pomorskie kuratorium oświaty, 1326 uczniów. Ale dzieci, które obecnie nie chodzą do szkół, jest więcej. Na Pomorzu - według informacji od Pomorskiego Państwowego Wojewódzkiego Inspektora Sanitarnego - objętych kwarantanną jest 343 uczniów, w izolacji przebywa ich 43. To stan ze środy, sprzed południa. Spójrzmy na konkretny przykład.

W powiecie starogardzkim rodzice dzieci, które były na koloniach w Zakopanem, dowiedzieli się, że kolonijna opiekunka ma koronawirusa. Prawdopodobnie zaraziła się od innego opiekuna podczas tego wyjazdu. Kobieta w przeddzień rozpoczęcia roku szkolnego, choć nie musiała, obdzwoniła rodziców, by ci nie posyłali dzieci 1 września do szkół. Dzieci nie miały objawów choroby, a rodzice początkowo byli zdezorientowani. Nie byli pewni, czy mogą zatrzymać je w domach i czy sami powinni w nich pozostać. Niedługo potem sanepid zdecydował o kwarantannie. Zostało nią objętych, w tym przypadku, 109 osób, w tym 31 dzieci.

- O dodatnim wyniku badania u opiekunów dzieci przebywających w Ośrodku Kolonijnym w Zakopanem sanepid starogardzki dowiedział się od sanepidu w Kielcach. Wszyscy uczestnicy kolonii z powiatu starogardzkiego wraz z osobami wspólnie zamieszkującymi lub gospodarującymi zostały objęte kwarantanną. Osobom tym zostaną przesłane decyzje o kwarantannie. Wszystkie osoby objęte kwarantanną zostaną poddane badaniom w kierunku zakażenia koronawirusem – wyjaśnia Karolina Muchowska, rzecznik prasowy Państwowego Powiatowego Inspektora Sanitarnego w Starogardzie Gdańskim.

Wielu rodziców chce, aby dzieci uczyły się w szkołach, ale posyła je do nich z dużą obawą.

- Ta sytuacja z kolonii najlepiej pokazuje, jak niewiele brakowało, by dzieci, które kontaktowały się z osobą zakażoną, poszły do szkoły. Choć oczywiście nie wiemy, czy one są zakażone. Nie chcę, żeby syn siedział w domu, ale w szkole nauka nie będzie normalna. Mam wrażenie, że posyłam dziecko na pole minowe. Najbezpieczniejsze byłyby lekcje zdalne. Obawiam się, że powstaną nowe ogniska zarazy, dzieci - jeśli nawet nie zachorują - będą przynosić zarazę do domów, do sklepów, na zajęcia dodatkowe, zakażą starszych członków rodziny. Otwarcie szkół to błąd – mówi nam mama ucznia podstawówki z powiatu starogardzkiego.

Obawy mają przede wszystkim rodzice dzieci, które już wcześniej borykały się z kłopotami zdrowotnymi. Córka Dagmary Witebskiej od urodzenia ma problemy kardiologiczne i obniżoną odporność. Nic dziwnego, że matka drży ze strachu o nią.

- Moja córka jest chorowita, łapie przeziębienia kilka razy w roku. Dwa lata temu przechodziła grypę bardzo ciężko. Miała powikłania, przez kilka miesięcy się leczyła. Boję się, że powrót do szkoły może być dla niej bardzo niebezpieczny. Proszę mi wierzyć, nie śpię po nocach i nie wiem, czy to chodzenie córki do szkoły wytrzymam nerwowo. Będę konsultować się z lekarzem, co zrobić - twierdzi Dagmara Witebska, matka 12-letniej uczennicy z Tczewa.

Nie brakuje rodziców, do których takie argumenty nie przemawiają. Według nich, koronawirus w kraju i tak już szaleje, a zamknięcie szkół nie ograniczy jego rozprzestrzeniania się.

- Z epidemią przyjdzie nam żyć przez kolejne miesiące, a może i lata. Raz będzie więcej zakażeń, raz mniej. Nie da się tyle czasu izolować dzieci. Nigdy nie będzie idealnego momentu na otwarcie szkół. I szkoły nigdy nie będą idealnie przygotowane na epidemię. Zakażenia nie da się uniknąć, jedyne co możemy zrobić, to dbać o odporność, żeby zminimalizować objawy i do problemu podejść ze spokojem. Moje dziecko, jeśli nie w szkole, zarazi się w sklepie albo u kolegi – uważa Tomasz Zadrych, gdynianin, ojciec 15-latka.

Wąska grupa świadomych rodziców

Podobnego zdania są rodzice, którzy popierają Ogólnopolski Strajk "Dzieci do szkół!". Grupa w mediach społecznościowych ma 2,5 tys. członków. Jej reprezentanci w połowie sierpnia manifestowali przed ministerstwem edukacji. Domagali się zakończenia izolacji dzieci, powołując się m.in. na badania Instytutu Roberta Kocha. Według nich, najwięcej osób zaraża się w swoim najbliższym otoczeniu, „a szkoły i biura nie odgrywają tu prawie żadnej roli”. Zgryźliwcy wytykają, że być może dzieci do tej pory nie zarażały się w szkołach, bo były one zamknięte. Rodzicom należącym do ruchu nie podobają się też alternatywne formy nauczania.

„Nie można zamykać szkoły z powodu choroby wirusowej. To nie jest powód do tego, żeby zabierać dzieciom normalną edukację. Liczba zachorowań i zgonów jest stosunkowo niska, a dzieci praktycznie w ogóle nie dotyka. Jesteśmy zdeterminowani, aby na wypadek ponownego wprowadzenia e-nauczania, rozpocząć akcję protestacyjną w wielu polskich szkołach” - pisze na swoim blogu Adam Mazurek, pedagog, były nauczyciel i lider Ogólnopolskiego Strajku „Dzieci do szkół!”. Według niego, możliwym scenariuszem jest normalne funkcjonowanie szkół tylko do października lub listopada.

„Powiatowe sanepidy, organy prowadzące, zapewne część mediów, rodziców i nauczycieli będzie naciskała na dyrektorów, aby zamknęli szkoły i wprowadzili e-nauczanie. Drugim najbardziej realnym scenariuszem jest kontynuowanie nauczania stacjonarnego, ale w ostrym reżimie sanitarnym. (…) W tym przypadku do głosu dojdą absurdalne wytyczne MEN, MZ oraz GIS. Szkoła będzie przypominała oddział szpitalny. Najmniej prawdopodobną opcją jest... normalność, czyli nauka w szkołach przez cały rok szkolny na zasadach sprzed 11 marca br. Niestety, zależy na tym wąskiej grupie świadomych rodziców, którzy wiedzą, że żaden wirus nie powinien dewastować państwa, w tym systemu edukacji. Milczące przyzwolenie spowoduje, że dzieci ponownie zostaną poddane izolacji społecznej, a ich edukacja i rozwój zostaną ograniczone” - twierdzi Adam Mazurek.

O tym, że nie tylko on tak myśli, świadczy fakt, że do samorządów wpływają pierwsze pisma od rodziców, którzy nie zgadzają się na pomiar temperatury u ich dzieci i stosowanie przez nie środków dezynfekujących. Powołują się przy tym na prawa obywatelskie i konstytucję. W przestrzeni publicznej funkcjonuje również inna grupa rodziców. Przyświeca jej hasło „Dom nie jest filią szkoły”. Zwolennicy tej inicjatywy są przeciwni nauce zdalnej, ale w swoich przekonaniach są mniej radykalni.

- Zamieszanie wokół pandemii jest mocno przesadzone. Obecnie nie dzieje się nic takiego, aby wprowadzać obostrzenia. Jednocześnie uważam, że nie ma czegoś takiego jak nadmiar ostrożności wobec dzieci. Trzeba zachować rozsądek. W niektórych sytuacja edukacja zdalna będzie konieczna. Ale nie może być też tak, że nauczyciel będzie tylko przesyłał dzieciom materiały i mówił: „sami się uczcie”. Nasza akcja powstała jeszcze przed pandemią. Jesteśmy za tym, aby obowiązek szkolny był realizowany w szkołach, a nie w domu, bo dom jest miejscem wypoczynku, realizowania zainteresowań i pogłębiania więzi rodzinnych - mówi nam Mariusz Słomkiewicz, założyciel inicjatywy „Dom nie jest filią szkoły”, jest tatą tegorocznej pierwszoklasistki.

Firma badawcza United Surveys przeprowadziła sondaż. Wynika z niego, że 68,4 proc. Polaków poparło wysłanie dzieci do szkół. Przeciwnego zdania było 27,2 proc. ankietowanych. Z kolei w sondażu dla „Rzeczpospolitej”, 43,1 proc. badanych było za nauką dzieci w szkołach. Natomiast 33,3 proc. zapytanych osób powiedziało, że nauka stacjonarna to błąd. Z innego badania (IBRiS dla WP ) dowiadujemy się, że 42,4 proc. ankietowanych uważa, iż szkoły nie są przygotowane, aby zapewnić ochronę uczniom przed koronawirusem.

Ten cały koronawirus mi wisi

Co na to wszystko uczniowie? Starogard Gdański, przystanek autobusowy, 2 września. Kilku zakapturzonych chłopaków pali jednego elektronicznego papierosa. Któryś z nich z komórki puścił hip-hopowy kawałek. Starsza kobieta karci ich wzrokiem, gdy w piosence padają wulgaryzmy, ale nic nie mówi. Chłopak zaciągnął się i wydmuchnął chmurę dymu. Papierosa podał koledze. Zmrużył oczy i z wyrazem twarzy znawcy stwierdził, że ta cała epidemia to wymysł jakiejś zagranicznej organizacji, która chce przejąć kontrolę nad światem. A on – jak powiedział - nie zamierza ślepo poddawać się wrogiemu dyktatowi. Kilkanaście dni temu świętował osiemnastkę, na której byli jego kumple.

- U jednego ziomka stwierdzili koronawirusa, ale ten ma to gdzieś i się z tego śmieje. Imprezuje, jeździe po Polsce i dobrze się bawi. W kwarantannie nie siedzi, nikt go nie kontroluje, do budy nie musi chodzić. Mi też wisi ten cały koronawirus – mówi, nie zwracając uwagi na przysłuchujące się emerytki, które z powodu dymu sugestywnie kaszlą. Widać, że chętnie wyszłyby spod przystankowej wiaty, ale zaczął padać deszcz. Stoją więc pod zadaszeniem, maksymalnie oddalone do nastolatków.
- Pani słyszała, co mówi młodzież? No to już po nas – powiedziała jedna do drugiej, wchodząc do autobusu, który właśnie nadjechał.

Licealiście Antkowi co prawda „koronawirus nie wisi”, ale ma on mieszane uczucia. W domu, w czasie zdalnej nauki, było w porządku. Sam sobie rozkładał naukę, czasem robił coś w nocy, czasem wcześnie rano. Nauczyciele go chwalili. Tyle tylko, że boleśnie odczuł niemal nieprzerwaną obecność rodziców w domu.

- Rodzice pracowali zdalnie, prawie nie wychodzili z domu i o wszystko się czepiali, głównie o sprzątanie. Staruszkowie są spoko, ale ta sytuacja była nie do wytrzymania. Gdyby nie to, nauka w domu byłaby dla mnie idealna. Teraz zdalnie pracuje tylko tata, dlatego cieszę się, że chodzę już do szkoły. Oczywiście boję się zakażenia, jak każdy myślący człowiek, ale nie będę panikował. Mam świetnych nauczycieli, ufam im. Najbardziej martwi mnie to, że mogą być wprowadzane modyfikacje w systemie nauki, że ciągle będą coś zmieniać – twierdzi Antek, uczeń jednego ze starogardzkich liceów.

Psie pieniądze i mięso armatnie

Nauczyciele oficjalnie mówią o misji kształcenia i powołaniu do pracy w szkole - również w trudnych czasach. Podkreślają, że w dobie pandemii konieczne jest zdroworozsądkowe podejście do pracy i odpowiedzialność za wykształcenie młodych Polaków. W nieoficjalnych wypowiedziach pedagogów wybrzmiewają zupełnie inne tony.

- Czuję się fatalnie, bardzo źle, jak mięso armatnie. Jestem przerażona, bo pracuję m.in. z trudną młodzieżą, która nie przestrzega żadnej dyscypliny. Będę robić wszystko, żeby iść na zwolnienie lekarskie. Dla mnie praca w tym momencie jest zbyt ryzykowna, wszystkie ideały prysły. Tym bardziej, że dostajemy psie pieniądze, a wrześniowe podwyżki są wręcz śmieszne. Użeranie się z rodzicami, uczniami, dyrekcją, jest ponad moje siły – mówi nam pedagog z jednej z pomorskich szkół.

Od września nauczyciele zarabiają o 200 zł brutto więcej. Minimalna stawka wynagrodzenia zasadniczego nauczyciela stażysty (z tytułem licencjata, bez przygotowania pedagogicznego) wynosi teraz 2,8 tys. zł brutto. Nauczyciele dyplomowani, którzy są najwyżej w hierarchii, według wyliczeń MEN, dostaną 4046 zł brutto. To pensje podstawowe, do których dolicza się też dodatki. Nauczyciele mają świadomość, że w Niemczech zarobiliby sześć razy tyle, co w Polsce.

- Chętnych do zawodu brakuje, a starsi zwalniają się z obawy przed koronawirusem. I raczej nie zmienią tej sytuacji wrześniowe podwyżki – piszą związkowcy na stronie Związku Nauczycielstwa Polskiego.

ZNP od tygodni wskazuje, że rząd nie przygotował odpowiednio szkół na powrót dzieci. Związkowcy uważają, że przesunięto odpowiedzialność za organizację nauki i zabezpieczenie dzieci na dyrektorów.

„Dlatego domagamy się zwiększenia nakładów na finansowanie szkół i zadań edukacyjnych. Wychodzimy bowiem z założenia, że nie można tego przerzucać na dyrektorów i organy samorządowe. Nie ulega bowiem wątpliwości, że dyrektorzy będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie: skąd wezmę środki na realizację decyzji dotyczących epidemii, które podejmę” - pisze w mediach społecznościowych Sławomir Broniarz, szef ZNP.

Związek domaga się też m.in. doprecyzowania przepisów w zakresie organizacji pracy szkół i wytycznych sanitarnych oraz, aby dyrektorzy mogli decydować o nauczaniu hybrydowym (stacjonarnie i zdalnie) bez konieczności uzyskania pozytywnej opinii sanepidu. ZNP zaapelował do rządu o doposażenie szkół w środki ochrony osobistej oraz m.in. o dostęp do bezpłatnych testów na koronawirusa i szczepień na grypę dla pracowników oświaty. Chce też automatycznego przechodzenia na nauczanie zdalne szkół znajdujących się w czerwonych strefach.

Agnieszka Kamińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.