Jacek Wierciński

Śmierć na Żelaznej w Gdyni. Jak serce pękło

Śmierć na Żelaznej w Gdyni. Jak serce pękło Fot. 123rf
Jacek Wierciński

Powodem tragedii „tam, gdzie cały czas się biją chłopaki albo dorośli” był pistolet - straszak, zazdrość o czarne włosy pięknej Angeliki, a może zwykły przypadek? - ruszył proces w sprawie śmierci na gdyńskim Obłużu

Do głowy by mi nie przyszło, że Tomasz ma takie obrażenia jak w zarzucie. Najpierw dzwoniła do mnie Angelika. Powiedziała, że on chyba nie żyje. Nie wierzyłem. Myślałem, że znów coś ściemnia. Potem, jak po zatrzymaniu potwierdziła to policja, to myślałem: jak mogło do tego dojść? To musiał być zbieg nieszczęśliwych wypadków - zeznaje 36-letni dziś Robert T.

Według rodziny, zmarłego w wieku 35 lat Tomasza Robert zabił z zazdrości o Angelikę. Według prokuratora Mariusza Mathei z Prokuratury Rejonowej w Gdyni, 19 września 2015 roku, ok. 5.30 rano przy garażach w okolicach ulic Metalowej i Żelaznej w Gdyni dopuścił się zagrożonego karą od 2 do 12 lat więzienia umyślnego przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu. Według aktu oskarżenia, spowodował „ciężki uszczerbek na zdrowiu zagrażający życiu, obrażenia twarzy, płuc, wylewy w płucach, uszkodzenia serca, osierdzia, wielokrotne uderzanie w twarz, kopniaki obutą nogą w korpus. W wyniku przecieku krwi do worka osierdziowego Tomasz zmarł”.

- Nie przyznaję się do umyślnego popełnienia ciężkich uszczerbków na zdrowiu Tomasza M., ale nie zaprzeczam, że brałem udział w zdarzeniu, po którym Tomasz M. zmarł - mówi sam oskarżony.

Angelika, Robert, Tomek

- Na miejsce wezwano prokuratora, przeprowadzono oględziny. Policjanci będą badać, czy śmierć mężczyzny była spowodowana udziałem osób trzecich. Na tę chwilę nie możemy tego wykluczyć, ale więcej informacji przyniesie nam sekcja zwłok - relacjonował „Dziennikowi Bałtyckiemu” półtora roku temu nadkom. Michał Rusak, ówczesny rzecznik prasowy Komendy Miejskiej Policji w Gdyni. Przyznał, że do akcji użył psów tropiących, ale więcej powiedzieć nie chciał.

To sprawdzony schemat: na wstępie śledztwa nie mówić zbyt wiele i zająć się robotą. Dziennikarze nie muszą wiedzieć, że w tym czasie Robert jako „podejrzewany” siedział już „na dołku”, a 44-letnia kobieta, będąca najprawdopodobniej jedynym naocznym świadkiem zdarzenia, zeznała do protokołu: - Widziałam jakby były w tym czasie dwie odrębne bójki: jeden z mężczyzn bił drugiego mężczyznę. 165 cm wzrostu, łysy, czarna bluza, 20-25 lat. Bity był trochę wyższy, szczupłej budowy ciała. Miał bluzę z kapturem chyba czekoladową, kaptur na głowie. Ten drugi często upadał w czasie tej bijatyki. Po trwającej 5-6 minut bójce ten mężczyzna w kapturze uciekł, łysy go nie gonił.

Robert T. wkrótce po zatrzymaniu w prokuraturze: - To, co się zdarzyło z tym człowiekiem, co też ma dziecko, tak jak ja, to jest straszne. Ja muszę to sobie wszystko przemyśleć w kontekście prawa, czy ja się przyznaję.

I drugie przesłuchanie: - Przyznaję się do tego, że w tę noc, nie orientuję się, o której godzinie, Angelika dzwoniła do mnie, że chce się spotkać ze mną. Mówiła, że jest z Tomkiem. Ona kiedyś z nim była. W trakcie trwania związku, gdy wyjeżdżałem do pracy do Norwegii, ona spotykała się z Tomkiem. Było mi przykro. Z tego, co wiem Angelika zażywała narkotyki, nigdy tak późno wcześniej nie dzwoniła.

Zazdrość

- Takie szemrane środowisko. Trochę kibicowskie, trochę dilerka, trochę goście, co coś tam mogą załatwić - mówią śledczy o sferach, w jakich obracali się sprawca i ofiara. Ale na słowa „gangsterzy” czy „bandyterka” kręcą przecząco głowami: - Nie ten kaliber.

Robert T. święty nie jest. W 1999 roku karany za usiłowanie kradzieży z włamaniem, w 2001 - za udział w bójce. Tu jednak jego sądowa kartoteka się urywa. Kawał chłopa. Do tego trenuje amatorsko: siłownia, bieganie, zapasy, kickboxing, ale - jak twierdzi - po urodzeniu syna zerwał kontakty ze starymi kolegami i stał się nowym człowiekiem. Dziś Szymek chodzi do podstawówki. Solidny samotny ojciec, bez dużych pieniędzy, czasem dorabiający za granicą. Wcześniej była Angelika i rozwód na cztery miesiące przed tragedią. Robert w aktach sprawy: „Prowadziła rozrywkowy tryb życia. Bardziej od wychowania dziecka zależało jej na wyjściach. Do 3 roku życia dobrze się opiekowała synem, ale potem...”. I na sali sądowej: - Już nic do niej nie czuję, bo sama sobie na to zasłużyła. Uważam, że każdy może żyć tak jak chce, ale to nie zmienia faktu, że była kiedyś moją żoną.

36-latek przekonuje, że o Tomka zazdrosny nie był i bał się tylko, że gdy była żona zabiera Szymona do siebie, to dzieją się złe rzeczy („razem z Tomaszem spożywają narkotyki lub alkohol w jego obecności. Wiem, że to się zdarzało”). Obraz zmarłego, jaki wyłania się z zeznań oskarżonego, trudno uznać za laurkę: - Generalnie ludzie się go bali, bo po narkotykach wariował. Chciał sprawiać wrażenie ważnego w środowisku chłopaków z miasta, kibiców i tym podobnych.

Do tego według Roberta, Tomek tego feralnego poranka na Żelaznej mógł mieć broń, bo „koledzy mówili, że ma pistolety”: - Wolałem się z nim spotkać w obecności innych ludzi niż zaryzykować, że złapie mnie samego. Przecież poprosiłem S. i K., żeby poszli ze mną. Myślałem, że w obecności innych ludzi i Angeliki nic mi nie zrobi.

- Jakby się naprawdę bał, to w ogóle by nie przyszedł - przekonuje z kolei ciotka Tomasza, która twierdzi, że motywem zabójstwa była zazdrość o Angelikę. Śledczy są mniej przekonani: - Motyw? Możemy się tylko domyślać, że kobieta - mówią.

Samoobrona

- Widziałam tylko, że się jacyś ludzie bili. Ja obok mieszkam, widziałam z okna. Nie była dobra widoczność. Było szaro, jeszcze były drzewa, samochody. Tam jest lampa, ale więcej nie umiem powiedzieć. Było dosyć głośno i człowiek spojrzał przez okno. To, co widziałam zeznałam na policji. Nie chcę dziś nic dodawać. Że się biło kilka osób. Dopiero jak przyjechała policja to dowiedziałam się, że człowiek zginął. To było zwykłe zdarzenie, bo w tym rejonie cały czas się biją chłopaki albo dorośli. Chyba z pięć osób było. Najpierw byli w jednym miejscu, potem się rozdzielali i mieszali - opowiada dziś przed sądem o bójce 46-letnia pracownica firmy ochroniarskiej. Nie pamięta nawet, jaka była pora roku, tylko że „śniegu nie było”. - Mam dużo swoich problemów i nie przywiązuję do tego wagi - tłumaczy.

Relacji Tomasza nie poznamy nigdy. To, co teraz opowiada o nim Robert, może nie być prawdą, tylko jak mawiają śledczy „przyjętą linią obrony”.

Angelika, wzywana jako świadek, na pierwszą rozprawę do sądu nie przyszła, podobnie jak S. i K.

Robert twierdzi, że feralnego ranka rozmawiali z Tomkiem, kiedy kątem oka dostrzegł przypominający pistolet czarny podłużny przedmiot w unoszącej się jego dłoni. - Ja nie przyznaję się do umyślnego działania, według mnie działałem w swojej obronie - mówi.

Umyślność

Prokurator Mariusz Mathea twierdzi, że przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu było „działaniem umyślnym”. Jego zdaniem przemawia za tym fakt, że w protokole z przesłuchania wkrótce po tragedii świadek wskazała, że mężczyźni nie bili się nawzajem, ale to jeden [Robert] bił drugiego [Tomek]. Ta sama świadek dziś: - To była zwykła taka bójka chłopaków. Wyglądało, że się bili nawzajem.

Drugi argument to zeznanie tej samej kobiety, że już po bijatyce „łysy, lepiej zbudowany, w białej koszulce [Robert] podszedł do tego bitego wcześniej i uderzył jeszcze raz lub kilka razy. Ten bity krzyknął do niego wtedy: „nic ci nie zrobiłem”.

To by już zdecydowanie nie była obrona własna.

Ale w relacji kobiety okno raz jest zamknięte, kiedy indziej - otwarte, bójka trwa 5-6 minut (to strasznie długo i nawet sędzia dopytuje, czy szamotanina może trwać tyle co 1,5-2 piosenki w radiu?), a odległość okna od miejsca zbrodni to jakieś 40 albo 100 i więcej metrów.

Z drugiej strony, zeznania tuż po zdarzeniu z reguły są bardziej wiarygodne niż te złożone wiele miesięcy później.

Obrońca Roberta przekonuje, że o jakiejkolwiek umyślności nie może być mowy, a w szamotaninie jego klient po prostu przypadkowo kolanem upadł na klatkę piersiową Tomasza. Ten przypadek mógł spowodować śmierć.

- Poszkodowany był pod wpływem alkoholu i narkotyków i to zapewne sprawiło, że jego serce było osłabione, bo w normalnych warunkach tego rodzaju uderzenia nie miały prawa spowodować śmierci. Sama Angelika zeznała, że zabrała atrapę pistoletu, która leżała przy Tomaszu i odłożyła do samochodu, gdzie znaleźli ją śledczy, a to wskazuje, że Robert T. działał w samoobronie, bo liczne dowody wskazują, że Tomasz był pobudzony i rzeczywiście mógł dysponować prawdziwą bronią palną. To był impuls i adrenalina, pytany, dlaczego po prostu nie uciekał, Robert zupełnie racjonalnie odpowiada: „bo się bałem się, że mi strzeli w plecy”. Zazdrość nie była żadnym motywem, on od miesięcy wiedział, że Angelika żyje z Tomkiem i nic z tym nie robił - twierdzi adwokat Paweł Brożek.

Na pytanie, jak to się stało, że Tomkowi pękło serce (bo tak obrazowo można podać przyczynę śmierci), odpowie Sąd Okręgowy w Gdańsku.

Śledczy twierdzą, że biegli z zakładu medycyny sądowej wykluczyli, by decydujący był fakt, że zmarły był pod wpływem, ale przyznają, że śmierć można określić jako „pechową” - cios, który zmiażdżył worek osierdziowy, był śmiertelny tylko dlatego, że Tomek akurat wykonywał głęboki wdech. Inaczej skończyłoby się pewnie na wizycie w szpitalu.

„Sprawca ponosi surowszą odpowiedzialność, którą ustawa uzależnia od określonego następstwa czynu zabronionego, jeżeli następstwo to przewidywał albo mógł przewidzieć” - czytamy w kodeksie karnym, więc kluczowa okaże się kwestia rzekomej umyślności czynu.

Jacek Wierciński

Zajmuje się głównie tematyką kryminalną.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.