Gabriela Pewińska

Radziecki koniak i inne migawki, czyli Maciej Kosycarz o nowym albumie

Radziecki koniak i inne migawki, czyli Maciej Kosycarz o nowym albumie Fot. Tomasz Bołt
Gabriela Pewińska

O beretach z antenką, czynach społecznych pod krawatem, VIP-ach w Cristalu i papierosie za uchem mówi fotoreporter Maciej Kosycarz, wydawca nowego albumu z serii „Fot. Kosycarz. Niezwykłe Zwykłe Zdjęcia”.

Przed nami premiera albumu „Fot. Kosycarz. Niezwykłe Zwykłe Zdjęcia Wrzeszcza i Zaspy, część II”, czyli kolejna wycieczka sentymentalna przez miasto na fotografiach twoich i twojego ojca. Zdjęcie zrobione na Zaspie w 1973 roku wzruszy na przykład dawnych palaczy papierosów. Podpisałeś je „Sport na budowie”.

Sport, a właściwie sporty. Tak nazywały się najpopularniejsze w Polsce Ludowej papierosy bez filtra.

Twój ojciec palił?

Jak smok. Nie wyjmował papierosa z ust, nawet gdy robił zdjęcia, nawet gdy nalewał benzynę do samochodu. Za uchem nosił papieros zapasowy. Ja nie byłem lepszy. Rzuciłem 10 lat temu. Gdy wydałem pierwszy album.

Album dwunasty znów otwierają fotograficzne perełki twojego ojca. Dużo jeszcze ich zostało w archiwum?

Ledwo oddaliśmy materiały do drukarni, a już znaleźliśmy kolejne.

Archiwum Zbigniewa Kosycarza zdaje się nie mieć końca. Aż dziw, że jeszcze ponad 20 lat temu trzymał wszystko w małym pokoiku. Panował tam, by tak rzec, artystyczny nieład. Doskonale się orientował w tym rozgardiaszu.

Od 20 lat „rozgardiasz” porządkujemy. Pomaga mi w tym, od pewnego czasu, również Daniel Słoboda. Wpatrujemy się w każdą klatkę, w każdy kadr, analizujmy negatywy rok po roku.

Macie robotę do końca życia.

Niełatwą. Ja w te zbiory włożyłem całe serce. To przecież historia mojej rodziny. Część z tych odnalezionych zdjęć trafia do albumów, część do galerii. Ta, którą prowadzę z Magdą Benedą, to moje spełnione, zapoczątkowane w Paryżu marzenie. Tam miasto na starych fotografiach jest obecne tak w salonach sztuki, jak i w sklepach. Pomyślałem - dlaczego zdjęć starego Gdańska nie udostępnić w gdańskiej galerii? Najbardziej zachwycają się obcokrajowcy. Przyszedł ostatnio pewien Francuz. Mówił, że Gdańsk na zdjęciach mojego ojca jest jak Paryż na fotografiach Roberta Doisneau.

Doisneau... Najbardziej paryski ze wszystkich fotografów. Paryska ulica była dlań inspiracją, całym światem. Jak gdańska ulica dla Zbigniewa Kosycarza. Ile właściwie zdjęć zrobił twój ojciec, wiesz?

Milion. Tak zawsze mówił. Tu ciekawostka, w 2012 roku oddałem swój aparat do naprawy. W zakładzie mówią mi, że coś się zepsuło w liczniku migawki, bo zarejestrował tylko 20 tysięcy ujęć. Okazało się, że licznik przekroczyłem! Tych ujęć było w rzeczywistości… milion dwadzieścia tysięcy. Milion dwadzieścia tysięcy zdjęć w ciągu czterech lat!

Przegoniłeś ojca.

Znak czasów. W ciągu 50 lat pracy ojciec korzystał tylko z czarno-białych negatywów. Kolorowe stosował jedynie sporadycznie, to zaledwie promil wszystkich zdjęć. Ja 25 lat temu zaczynałem od fotografii czarno-białej. W 1995 roku przeszedłem na kolorową. Dwa lata później zrezygnowałem z odbitek, robiłem tylko skany, które wysyłałem do zamawiających przez internet. W 2002 roku wybrałem fotografię cyfrową. W takim tempie to wszystko się zmienia...

Właśnie wydany album jest pierwszym, w którym twoich zdjęć jest, zdaje się, więcej niż w poprzednich.

Nagle okazało się, że lata 90., kiedy na dobre zacząłem swoją przygodę z fotografią, to już prehistoria, czasy zamierzchłe na równi z tymi, które fotografował mój ojciec. Rzeczywistość sprzed 20, 30 lat to, zwłaszcza dla młodych, abstrakcja. Dopiero na tych zdjęciach widać, jak zmieniło się Trójmiasto w ostatnim czasie, jakiej metamorfozie uległy nasze życie, obyczajowość. Pięć lat temu, podczas promocji części pierwszej zdjęć Wrzeszcza i Zaspy, zgłosiła się do mnie pani z dwójką dzieci, pochwaliła się, że jej fotografia jest w tym albumie. Byłem przekonany, z racji choćby wieku tych dzieci, okoliczności, że chodzi o zdjęcie autorstwa ojca. Okazało się, że jednak o moje, właśnie z lat 90. Pani była jedną z kandydatek do tytułu Miss „Wieczoru Wybrzeża”.

Dziś moje archiwum to są tysiące nieruszonych jeszcze tematów. Odkładam je, bo ledwo się wyrabiam z bieżącą robotą. Ale, w przeciwieństwie do ojca, moje zbiory dokładnie opisuję. Świat z minuty na minutę tak się zmienia, że gdyby moje dzieci Kinga lub Konrad chciały kiedyś przejąć schedę, a zdjęcia byłyby nieopisane, miałyby z ich rozszyfrowaniem spory kłopot, na przykład niewielu młodych ludzi wie, że na Zaspie startowały kiedyś samoloty.

A stacja dawnej kolejki elektrycznej nazywała się „Gdańsk - Lotnisko”.

Za 50 lat moje zdjęcia, bez opisu, byłyby taką samą zagadką jak dziś gros zdjęć mojego ojca. Tożsamość niektórych udaje mi się ustalić przy pomocy użytkowników Facebooka.

Zdjęciem inaugurującym album jest uwieczniona w październiku 1956 roku aleja Grunwaldzka widziana z tarasu dawnej kawiarni Morska.

Widać przejeżdżający tramwaj z otwartymi drzwiami, taka ówczesna klimatyzacja. (śmiech) Spójrz, jak niewielki był ruch samochodowy! To samo ujęcie, ale z października tego roku, zamyka album. Ulicą mkną inne samochody, po torach jeździ inny tramwaj, zamiast kawiarni jest Kolonia Artystów, ale poza tym nic się nie zmieniło!

Na twoim zdjęciu jakoś mało ludzi.

Bo to sobotni ranek! Wrzeszcz przez ostatnie 50 lat zmienił się chyba najmniej. Ale po bruku alei Grunwaldzkiej w latach 50. jeździły nie tylko samochody, także czołgi. Ojciec uwiecznił defiladę wojskową. Trybunę z oficjelami, portretami Bieruta, Rokossowskiego i transparentem „Witamy przodowników wyszkolenia bojowego i politycznego” ustawiono między ulicami Konopnickiej a Marchlewskiego, dziś Dmowskiego. Naprzeciw obecnego Manhattanu.

Większość uczestników tamtej defilady pewnie już defiluje w innym świecie. Ale mieszkańcy Wrzeszcza i Zaspy mogą siebie sprzed lat odnaleźć na innych fotografiach.

Chętnie poznałbym uczestników czynu społecznego na budowie nowej linii tramwajowej na ulicy Karola Marksa, późniejszej Hallera. Łopata w ręku, ale na szyi krawat! Wszyscy wyelegantowani jak na ślub! Pantofelki pani na pierwszym planie toną w piachu, zawzięcie kopie, ale jej spódnica i sweterek są nieskazitelnie białe!

Może rozpoznają swoich tatusiów osoby rocznik 1960, urodzone w szpitalu na Klinicznej? Troszczono się tam nie tylko o przyszłe mamy. Fotograf zarejestrował miejsce odpoczynku zdenerwowanych ojców przeżywających poród swoich żon.

Ogrodowy leżak musiał działać kojąco…

O panów zatroszczyła się też dyrekcja popularnego Domu Towarowego Neptun. Fotoreporter uwiecznił dostawę kalesonów, którymi zainteresowane były, jak widać ze zdjęcia, tylko panie…

Nie wszystkie fotografie trafiały na łamy ówczesnych gazet.

Na pewno nie ta zrobiona podczas nadania imienia Adama Mickiewicza Szkole Podstawowej numer 44 we Wrzeszczu na dawnej ulicy Nowotki, dziś Wilka-Krzyżanowskiego. Jak się okazuje, nawet podczas takich oficjalnych uroczystości trzeba być ostrożnym, bo niespodziewanie coś może spaść na głowę. Tu, podczas odsłonięcia tablicy pamięci wieszcza, jednemu z miejskich oficjeli spada na głowę materia osłaniająca pomnik. Komiczne…

Widok bezcenny. Harcerzowi obok udaje się jednak zachować powagę.

Twarzy milicjanta kierującego ruchem drogowym na skrzyżowaniu Kościuszki i Chrobrego, sfotografowanego w 1960 roku, nie możemy zobaczyć, bo zakrywa ją... maska gazowa. To jednak tylko ćwiczenia. Prawdopodobnie alarm po domniemanym ataku państw zachodnich na naszą socjalistyczną ojczyznę. Warto się przyjrzeć szczegółom zamieszczonym w albumie fotografii. Na jednej z nich pani z wózkiem dziecięcym. Co ciekawe, wózek ów na wypadek kolizji z innym, podobnym pojazdem, był wyposażony w specjalne zderzaki (śmiech).

Na ulicach rządzą berety z antenką.

I zwiewne chustki na głowach pań. Ta dziewczyna w chustce w groszki przegląda się w lustrze drogowym. Widać w nim i twarz fotoreportera Zbigniewa Kosycarza! Lata 60. Starałem się, aby każdy album miał małą niespodziankę związaną z naszą rodziną. Stały motyw, jak tajemniczy Artur Barciś w każdym z odcinków „Dekalogu” Kieślowskiego.

Ponoć Barciś zapytał kiedyś Kieślowskiego: „Kogo ja gram?”. Kieślowski odparł: „Nie wiem”.

Ja chciałem, by ojciec był dobrym duchem wszystkich tych albumów.

Na jednej z fotografii jest, w oddali, i twoja sylwetka.

Fotografował mój syn. Historia zatacza koło, w jednym z poprzednich albumów było też zdjęcie zrobione przez moją córkę.

Na dawnych fotografiach nie mogło zabraknąć pięknych dziewczyn. I gastronomii. Wielu na pewno pamięta słynną restaurację Pod Kominkiem.

Stała tam, gdzie dziś stoi Manhattan. Pod Kominkiem można się było napić radzieckiego koniaku i zakąsić rybą w galarecie, jajkiem, śledzikiem czy sałatką warzywną. W wielu lokalach lat 50. alkohol wolno było kupić tylko do konsumpcji.

Emocje nie mniejsze niż radziecki koniak budziły - co widać na zdjęciach - imprezy na stadionie Lechii Gdańsk. Odbywały się tam nie tylko mecze piłkarskie.

Stadion gościł bohaterów serialu „Czterej pancerni i pies”, uczestników wystawy psów, ale i Festiwal Muzyki Nastolatków. Impreza zgromadziła 20 tysięcy ludzi. Doszło do starć z milicją! Wyrywano ławki z trybun, a w drodze powrotnej z koncertu melomani zdemolowali wagony kolejki elektrycznej. Agresję wzbudził ponoć werdykt jury. Oczekiwano, że wygra Blackout, laury przyznano Skaldom.

Skoro Wrzeszcz, to i restauracja Cristal.

W latach 90. politycy i biznesmeni trafiliby do Cristalu z zamkniętymi oczami. W pokoju właściciela Ryszarda Kokoszki, ale i w sali bankietowej zapadały ważne decyzje państwowe. W Cristalu świętował jubileusz 45-lecia Zbigniew Kosycarz. Nie każdemu udaje się zgromadzić w jednym miejscu i czasie obecnego i byłych prezydentów Gdańska… Dostojnych gości sfotografowałem na tle plakatu reklamującego regularne imprezy dla samotnych pod nazwą „Wieczór intymny”. Patronował im „Wieczór Wybrzeża”. Ciekawym zdjęciem, które zrobiłem tutaj w 1993 roku, jest to, które pokazuje, jak dziwnie plecie się życie. Oto przy bankietowym stole czterech znaczących w tamtym czasie polityków…

Co dzieje się z nimi dziś?

Jeden, niestety, nie żyje. Inny ma kancelarię prawną, kolejny jest senatorem, a ten z lewej był jeszcze niedawno poszukiwany listem gończym…

Surrealizm.

Prawda? Jak pustynne krajobrazy dawnej Zaspy. Spójrz, nie trzeba było jechać do Afryki. Na tej gigantycznej plaży wokół bloków królowała gra w palanta.

g.pewinska@prasa.gda.pl

Gabriela Pewińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.