Prof. Muszkowska-Penson w Muzeum II Wojny Światowej. "Czasem było mi wstyd, że przeżyłam"

Czytaj dalej
Fot. P. Świderski
Barbara Szczepuła

Prof. Muszkowska-Penson w Muzeum II Wojny Światowej. "Czasem było mi wstyd, że przeżyłam"

Barbara Szczepuła

Cieniutkie kartki papieru przepełnione miłością i niepokojem. Listy do Joasi Muszkowskiej pisane przeszło siedemdziesiąt lat temu przez jej rodziców i wysłane do Konzentrazionslager Ravensbrück są dziś eksponatami gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej.

Stojąc przed gablotką profesor Joanna Muszkowska-Penson czyta cicho słowa przyszpilone jak motyle:

- Moje kochane, najdroższe dziecko! Siedzę przy oknie i patrzę na plac zabaw przy Okólniku łudząc się, że za chwilę zobaczę tam Twoją jasną główkę i usłyszę Twój głos…

***

Widzi pełne książek mieszkanie w centrum Warszawy, salon, w którym bywali Żeromski, Boy-Żeleński, Kaden-Bandrowski… Ojciec był bibliotekarzem i bibliofilem, profesorem Wolnej Wszechnicy Polskiej, dyrektorem Biblioteki i Muzeum Krasińskich. Był nieprawdopodobnie mądrym człowiekiem, dla córki najmądrzejszym na świecie. Wyrocznią.

Listy do obozu musiały być pisane po niemiecku, ale to nie stanowiło problemu: tata znał perfect kilka języków. Mama, która studiowała filozofię w Lozannie, znakomicie posługiwała się francuskim, w niemieckim pewnie pomagał jej ojciec. Któż mógł przypuszczać, że język Goethego będzie przydatny w tak dramatycznej sytuacji? A cierpienia młodego Wertera całkiem zblakną wobec cierpień Joasi Muszkowskiej i jej towarzyszek niedoli?


***

Muzeum II Wojny Światowej uczy pokory. Pokazuje, do czego prowadzi system autorytarny - mówi Joanna Muszkowska-Penson zwiedzając wystawę. Oprowadza ją
Archiwum rodzinne Profesor Jakub Penson (pierwszy z lewej), młoda lekarka Joanna Muszkowska-Penson (piąta z prawej). Przed budynkiem Akademii Medycznej w Gdańsku

Profesor Pensonowa w skupieniu przegląda aplikacje multimedialne przedstawiające nazistowskie obozy zagłady, w tym także KL Ravensbrück. Była tam więziona przez cztery i pół roku. Baraki, apele, dobrze odżywione i urodziwe nadzorczynie w mundurach i wyglansowanych butach, z wilczurami na smyczy. Psy rzucały się na więźniarki, które nie mając siły maszerować psuły szyk kolumny. Esesmanki biły, gdzie popadnie pejczami, takimi jak ten w sąsiedniej gablotce, z obozu Gross Rosen.

Pogryzione nogi. Zmasakrowane nogi.

Kilka kobiet wezwano do lekarza. - O co chodzi? - dopytywały się koleżanki, gdy wróciły do sztuby.

Lekarz z pielęgniarką oglądali nogi.

Piętnastoletnia Basia Pietrzyk, szczupła i zgrabna brunetka o ciemnych oczach, uczennica szkoły baletowej w Warszawie marzyła, że zatańczy w „Jeziorze łabędzim” i „Dziadku do orzechów”. Więc na paluszkach battement tandu, plié, jeté, chassé, pas de chat - tiulowa spódniczka wiruje… Obozowy lekarz przygląda się jej nóżkom, nacina łydki, coś wkłada w rany, pielęgniarka robi zastrzyk. Usypiając Basia słyszy być może muzykę Czajkowskiego…

Nogi się nie goją, ropieją, bolą, och, jak strasznie bolą. Trudno ustać.

Doktor Gebhardt łamie kobietom nogi, by - jak twierdzi - wypróbować nowe metody składania złamań. Infekuje rany, potem leczy sulfonamidami. Po zamachu na obergruppenführera Reinharda Heydricha, protektora Czech i Moraw, Gebhardta wezwano do Pragi, by go ratował. Nie było wtedy jeszcze antybiotyków, ale były sulfonamidy. Nie zastosował ich i Heydrich zmarł na sepsę. Prowadząc teraz w obozie te pseudomedyczne eksperymenty (jednym kobietom podawał sulfonamidy, innym - nie) chciał prawdopodobnie wykazać, że lecząc Heydricha nie popełnił błędu.

- Oto, do czego prowadzi system autorytarny - mówi profesor Penson, sama także lekarka. - Co może zrobić z ludzi…

„Królików doświadczalnych” było siedemdziesiąt sześć. Pięć zmarło, sześć zostało rozstrzelanych, inne okaleczono na całe życie - czytam muzealną inskrypcję. A profesor Penson mówi, że Basia Pietrzyk przeszła pięć operacji. Między innymi wykonano jej nacięcia na podudziach i wycięto kości.

Któregoś dnia „króliki” zbuntowały się. Pochodem jak z obrazów Bruegela, wsparte na kulach ruszyły w stronę komendantury, by powiedzieć, że wolą śmierć od kolejnych operacji. Wlokły się po czarnej szutrowej drodze wspierając wzajemnie. Zdrowsze niosły na rękach te najsłabsze.

Basi udało się przeżyć. Wróciła do Polski, zapisała się na uniwersytet. W 1947 roku pojechała do Zakopanego, do Marii Liberak, swojej obozowej matki na wakacje. Dostała nagle wysokiej gorączki i w ciągu dwóch dni umarła. Miała dwadzieścia jeden lat.

Obozowa matka?

Dorosłe więźniarki opiekowały się małolatami. Tymi ofermami jak ja - mówi Joanna Penson. Matką Joasi była Stanisława Łuniewska, Ślązaczka. Zostawiła w domu troje dzieci mniej więcej w wieku Muszkowskiej. W obozie była blokową. Całowała Joasię na dobranoc, pytała jak się czuje, rozmawiała z nią o tym, co zdarzyło się w pracy. Obozowe matki starały się załatwić swoim obozowym córkom lżejszą robotę, chwilę odpoczynku, lepsze jedzenie, organizowały dla nich wykłady.

- Stanisława Łuniewska uratowała mi życie - nie ma wątpliwości Joanna Penson. Gdy zachorowałam na tyfus plamisty, obozowa matka odwiedzała mnie codziennie w szpitalu i przynosiła zupę. Jakoś się jej udawało zdobyć jarzyny, rozpalić ogień w piecyku tak, żeby dozorczynie nie zobaczyły dymu, a potem nakarmić chorą. Pomagała zresztą komu mogła, nie wymagając nic w zamian.

Joanna była szczupłą, niewysoką blondynką, z jasnymi brwiami i rzęsami. Wymoczek. - Wyglądasz jak piąte dziecko dozorcy - żartowały koleżanki. Że też w obozie chciało im się żartować… Chciało się, chciało - w takim miejscu może nawet bardziej niż gdziekolwiek indziej żarty były potrzebne. Dzięki towarzyszkom niedoli, które się nią opiekowały przetrwała w obozie cztery i pół roku. Czas życia w tym strasznym miejscu Niemcy określali na sześć lat, więc niewiele jej pozostało. I wspomina „Chmielesię”, chłopkę spod Warszawy, która powtarzała: Jeśli dłużej tu posiedzimy, to kominkiem wylecimy!

Patrzymy na rysunek Mai Berezowskiej, znanej malarki i graficzki, która w 1935 w „Ici Paris” opublikowała serię karykatur Hitlera pt. Miłostki słodkiego Adolfa. Niemcy jej tego nie zapomnieli. W 1942 roku przez Pawiak trafiła do Ravensbrück. Jej rysunek w Muzeum II Wojny Światowej przedstawia więźniarkę z miską zawieszoną na szyi i łyżką w ręku. To były bardzo ważne akcesoria. Nie miałaś miski - nie było do czego nalać zupy. Nie zjadłaś zupy - umierałaś z głodu.

- Podarowanie komuś miski zupy było dowodem człowieczeństwa - podkreśla Joanna Penson.

Stale była głodna. Upiornie. I ciągle miała przed oczami talerz ciastek. Te eklerki polewane czekoladą… Ślinka leci. Talerz z ciastkami stał na stole w lokalu konspiracyjnym przy Mokotowskiej.

- W przeddzień aresztowania były imieniny Marii Karskiej, naszej komendantki. Ona właśnie te ciastka przyniosła. Nie zdążyłyśmy ich zjeść.

***

Przez KL Ravensbrück przeszło 130 tysięcy kobiet, dziewięćdziesiąt tysięcy zginęło. Część umarła z powodu chorób, część Niemcy zagazowali. Co jakiś czas do Ravensbrück przyjeżdżał pluton egzekucyjny.

Małgosia Dembowska przebywała w obozie razem z matką. Była jak Joanna łączniczką ZWZ i zostały aresztowane mniej więcej w tym samym czasie. Razem siedziały na Pawiaku i tam się poznały. Jednym transportem trafiły do Ravensbrück. Małgosia i jej matka tego samego dnia dostały polecenie: rano nie wychodzić do pracy. To oznaczało rozstrzelanie.

- Do dziś nie mogę sobie wybaczyć - mówi profesor Penson - że nie spędziłam z Małgosią tej ostatniej nocy. Nie trzymałam jej za rękę. Zabrakło mi odwagi… Były jednak dziewczyny, które się nie bały.

Egzekucje odbywały się obok bunkra pod murem. Więźniarki musiały rozebrać się do naga. Dostawały papierowe worki. Ich rzeczy trafiały do magazynu, do ponownego wykorzystania. Nic nie mogło się przecież zmarnować.

- Niech żyje Polska! - zawołała Małgosia Dembowska, nim strzelono jej w tył głowy.

Trzynastoletnia Kazia Pobiedzińska także siedziała w obozie z matką. - Gdy zostały wezwane do obozowego gestapo, odprowadziłyśmy je pod budynek. Po pewnym czasie usłyszałyśmy krzyk komendantki Langefeld: - Abtreten! Odmaszerować! Won!!! Drzwi otworzyły się gwałtownie, Kazia wybiegła na zewnątrz.

W ten sposób Langefeld uratowała dziewczynkę. Jej matkę rozstrzelano następnego dnia o świcie.

Kazia przeżyła wojnę. Wpadła w depresję, popełniła samobójstwo.

Halinka Kamińska, piękna i inteligentna, zaliczyła przed wojną trzeci rok medycyny. Siedziała razem z matką, bardzo się o nią troszczyła, trochę też opiekowała się Joasią. Matka i córka przeżyły obóz, Halinka skończyła medycynę, wyszła za mąż, miała dwoje dzieci, ale ten obóz stale w niej tkwił. Nie mieściła się w rzeczywistości. Nie chciała żyć.

***

Joanna Penson podnosi wzrok na gablotkę z listami od rodziców.

Muzeum II Wojny Światowej uczy pokory. Pokazuje, do czego prowadzi system autorytarny - mówi Joanna Muszkowska-Penson zwiedzając wystawę. Oprowadza ją
Archiwum rodzinne Rodzice Joanny Muszkowskiej. Lata 50.

By ominąć obozową cenzurę, matka posługuje się kodem zrozumiałym tylko w rodzinie. „Tak mało piszesz o Leszku, co on teraz robi?”. Leszkiem nazywano w domu Joasię. „Byłoby dla niego dobrze - pisze mama - gdyby zmienił pracę. Najlepiej gdyby dostał posadę u pani Kucharskiej”. Chodziło o to, by córka starała się o pracę w kuchni.

- Pracuję na świeżym powietrzu - odpisywała Joanna. Było to zgodne z prawdą, bo zatrudniono ją wraz z innymi dziewczynami przy rozładunku cegieł. Obóz leżał nad jeziorem, cegły na budowę domów dla SS transportowano barkami. Kobiety ładowały je z barek na ciężarówki. Poranione ręce bolały, ale co to za dolegliwość, w porównaniu z tym, co działo się wokoło.

Chciałaby naturalnie pracować u „pani Kucharskiej”. Kto by nie chciał! Te, którym udało się tam zahaczyć, uchodziły za obozową arystokrację. Mogły więcej zjeść i wynieść jeszcze trochę zupy czy kawałek chleba dla chorych, osłabionych i zmaltretowanych. Niezła była też praca w pralni. Można było wyprać zawszawione łachy, to raz, po drugie było tam ciepło.

Zatrzymujemy się na chwilę przed rysunkiem Marii Hiszpańskiej „Tępienie wszy w obozie Ravensbrück”. Walka z nimi była nieskuteczna, bo w obozach wszy znajdowały idealne warunki. Były wszędzie - czytam. Malarka Maria Hiszpańska za działalność konspiracyjną trafiła do Ravensbrück w roku 1942. Utrwalanie na papierze obozowej rzeczywistości uważała za formę oporu.

Dobra była też praca przy szyciu futer. Z całej Europy zwożono norki, karakuły, popielice, a więźniarki wszywały futra między brezent. Ciepłe kurtki wysyłano żołnierzom walczącym na froncie wschodnim.

W jednym z listów mama pyta Joannę, czy dostała paczkę z ciepłymi rzeczami i z jedzeniem. „U nas wszystko w porządku, całe nasze życie, to czekanie na Ciebie”. O wszach Joasia oczywiście rodzicom nie pisała. A nawet gdyby… Byli zachwyceni każdą kartką, bo skoro pisze, to znaczy, że żyje.

Listy pomagała pisać więźniarka z Pomorza dobrze znająca niemiecki. Były podobne do siebie, bo przecież przechodziły przez obozową cenzurę: jestem zdrowa, pracuję, nie martwcie się, co u was słychać? Prawdą było tylko to, że pracowały. Ciężko, bardzo ciężko, ponad siły, niezależnie od tego, ile która miała lat. Joasia ledwie przekroczyła dwudziestkę, tuż przed wojną zdała maturę, wybierała się na studia medyczne. Do konspiracji w Związku Walki Zbrojnej weszła, a właściwie wbiegła jak na skrzydłach. Polska, dla Polski, o Polsce…

***

Wreszcie otwierają się bramy obozu.

Muzeum II Wojny Światowej uczy pokory. Pokazuje, do czego prowadzi system autorytarny - mówi Joanna Muszkowska-Penson zwiedzając wystawę. Oprowadza ją
Archiwum rodzinne Joanna Muszkowska po wyjściu z KL Ravensbrück

Wychodzą piątkami, obok idą dozorczynie, widać, że pod mundurami mają sukienki w kolorowe kwiaty. Niebawem znikają gdzieś za zakrętem… Ale zdarzały się też samosądy. Jedne dziewczyny krzyczą: - Nie ruszać ich, postawimy je przed sądem! Ale inne biorą odwet za lata upokorzeń, za śmierć bliskich, za okrucieństwo.

Wolność. Radość. Niedowierzanie, że idą do domu. Idą w pasiakach i śmieją się, a w przeciwną stronę wystraszeni Niemcy na wozach wypchanych dobytkiem uciekają przed Armią Czerwoną. Teraz oni się boją! Gdzie ich buta, gdzie przekonanie, że są lepsi, że wszystko im wolno? W popłochu zostawiają na kuchniach garnki z gorącą zupą. W opuszczonych gospodarstwach kobiety jedzą te niemieckie obiady, już nie z obozowych blaszanych misek, wyjmują z szafek fajansowe talerze. W kopcach są kartofle, w piwnicy smalec, po posiłku wystawiają do słońca blade twarze. Do domu, do domu, jak najszybciej do domu…

Niemcy są już niegroźni, ale nadciągają Sowieci. Pijani sołdaci wpadają którejś nocy do stodoły, w której ułożyły się do snu. - Tyfus, tyfus - krzyczą starsze panie, młodsze zagrzebują się w sianie, siedzą jak myszy pod miotłą. Tyfusu żołnierze się boją, więc wynoszą się ze stodoły. Zajmują dom, gdzie kuli się ze strachu niemiecka rodzina, która nie zdążyła uciec. Słychać przeraźliwe krzyki, potem zapada cisza.

Rano po podwórku krząta się sowiecki oficer. Jest w dobrym humorze, strzela do wieprzka, który chrząka w chlewiku, to prezent dla Polek na dalszą drogę. Chmielesia i inne panie pochodzące ze wsi fachowo mięso kroją i gotują, smażą, topią tłuszcz, dziewczyny obierają kartofle, jedzenia mają tyle, że ho, ho.

Joasia po niedoleczonym tyfusie ledwo idzie, koleżanki ją podtrzymują, pani Chmielewska wytrzasnęła skądś konika i rozklekotaną bryczkę, słabsze kobiety sadowią się w niej, ale zaraz napotkani czerwonoarmiści zabierają im konia…

***

Dociera wreszcie pod Warszawę, gdzie spodziewa się spotkać rodziców, ale dowiaduje się, że są Łodzi. Ojciec organizuje tam uniwersytet. Państwo Muszkowscy zakwaterowani są w Grand Hotelu. Gdy w obozowym pasiaku wchodzi do holu z czerwonymi dywanami i lustrami w złotych ramach, portier bierze ją za żebraczkę. Jakoś dostaje się na piętro, drzwi otwiera pani Żeleńska, wdowa po Boyu, kładzie palec na ustach: cicho, mama jest chora.

Czeka na ojca siedząc na tym czerwonym dywanie już przebrana w sukienkę mamy, która oczywiście jest za duża, ale jakie to ma znaczenie, zaraz rzuci się ojcu na szyję. Córeczka tatusia.

- Jestem szczęśliwy, że żyjesz - mówi wzruszony. Oboje płaczą.

- To wspaniale, że w tych okropnych czasach znalazłaś tylu dobrych ludzi.

***

- Tylu moich rówieśników zginęło - zamyśla się profesor Pensonowa. - Czasem było mi wstyd, że przeżyłam. Na przykład, gdy spotkaliśmy się z panem Juliuszem Kaden-Bandrowskim i jego żoną, którzy stracili dwóch synów.

***

Od jednej z ravensbrüczanek Joanna dostaje wiadomość: - Langefeld jest w Krakowie!

To nie była zła kobieta. Mimo wszystko zachowała w obozie człowieczeństwo, pomagała „królikom”, uratowała Kazię, dla innych Polek też była życzliwa. Aresztowali ją Amerykanie i wydali Polsce. Siedzi w więzieniu. Ravensbrüczanki piszą listy w jej obronie. Nie ma jednak możliwości zwolnienia komendantki obozu koncentracyjnego. Z pomocą dawnych więźniarek Johanna Langefeld ucieka. Znajdują jej schronienie, pomagają wyrobić polskie dokumenty. Przez kilka lat udaje ciotkę nauczycielki, u której mieszka. Do Niemiec przedostaje się dopiero w 1958 roku. Spotyka z synem.

Jest całkowicie zrujnowana psychicznie.

***

Kończymy zwiedzanie Muzeum II Wojny Światowej, choć zdołaliśmy zobaczyć ledwie niewielki fragment wystawy. Dyrektor Paweł Machcewicz dziękuje profesor Pensonowej za przekazanie muzeum cennych eksponatów.

Dzień później minister kultury odwołuje go z funkcji dyrektora. Oficjalna wersja: w związku z powołaniem nowej placówki muzealnej połączonej z muzeum na Westerplatte. I inne spojrzenie na wojnę.

- Jak można twierdzić, że wojna to piękna przygoda, która rodzi bohaterów, hartuje charaktery i uczy patriotyzmu? - pyta pani profesor Pensonowa. - Kto tak mówi, nie wie, jak jest okrutna i brutalna.

Barbara Szczepuła

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.