Postrzyżyny w Ełganowie, czyli sceny motoryzacyjne z PRL

Czytaj dalej
Marek Ponikowski

Postrzyżyny w Ełganowie, czyli sceny motoryzacyjne z PRL

Marek Ponikowski

Analizujemy ciekawe zdjęcia, które udostępnił pan Jan Trofimowicz, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Lini

Pamięć podpowiada, że zimy były kiedyś bardziej mroźne, a lata cieplejsze, że słońce mocniej świeciło, zieleń była bardziej zielona, a kwiaty pachniały piękniej. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałem jednak też ohydny smak zupy jarzynowej, którą babcia ugotowała na tłustym ochłapie baraniny, kupionym z przydziału kartkowego (to były kartki Bieruta, a nie późniejsze, Jaruzelskiego!). Zapach baraniego łoju wywołał u mnie niemożliwe do przezwyciężenia skurcze przełyku.

Pamiętam też emocje towarzyszące przenosinom do nowego mieszkania na warszawskim osiedlu Praga II. Dwa mikroskopijne pokoiki ze ślepą kuchnią w nieotynkowanym bloku otoczonym morzem błota były pierwszym samodzielnym lokum moich rodziców, reprezentantów nędznie wynagradzanej inteligencji pracującej.

Na kliszach pamięci zachowały się wspaniałe studenckie wakacje w Krynicy Morskiej, ale też gniew i bezsilność podczas wieców w marcu 1968 roku. O tym, że świat nigdy nie był i nie jest całkiem zły, ani całkiem dobry rozmyślam oglądając zdjęcia, które udostępnił mi pan Jan Trofimowicz, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Lini. Z rodzinnego albumu wybrał te, które zawierają interesujące mnie wątki motoryzacyjne.

Postrzyżyny w Ełganowie, czyli sceny motoryzacyjne z PRL

Chronologicznie najstarsza jest fotografia, na której Jan Trofimowicz rozpoznaje swojego dziadka po kądzieli, Kazimierza Makszyńskiego. Pochodził spod Lubawy, tuż przy granicy z Prusami Wschodnimi. Był szklarzem. Podczas wojny został wywieziony do Rzeszy, pracował w Kilonii w tamtejszym porcie.

Nigdy nie wyjawił bliskim, jak udało mu się uciec i wrócić w rodzinne strony; pomogła zapewne dobra znajomość niemieckiego. Do 1945 roku ukrywał się w lasach w okolicach Iławy, potem osiadł na gdańskiej Oruni. Z dyplomem mistrzowskim bez trudności znalazł zatrudnienie w mieście, w którym oszklone okno było skarbem. Jego pracodawca z tamtego okresu został zapamiętany w rodzinie jako ZBM. Seria zdjęć, z których jedno tu zamieszczamy pochodzi z przełomu lat 40. i 50.

Na innym można odczytać fragmenty napisu na drzwiach kabiny samochodu: „Przedsię… Transportowe …Miejskiego”. Nie pasuje do skrótu. Dlaczego więc Kazimierz Makszyński pozuje na tle tej ciężarówki? Może przewożono nią szyby do szklenia gdańskich okien? Samochód to CCKW, czyli podstawowy pojazd ciężarowy armii amerykańskiej z okresu II wojny światowej. Około 17 tysięcy takich 2,5-tonówek produkcji General Motors dostarczyła do zniszczonej Polski UNRRA, czyli Administracja Pomocy i Obudowy Narodów Zjednoczonych, głównie przez port w Gdyni.

Część trafiła do transportu, inne eksploatowano jako autobusy miejskie, m.in. w Warszawie i Gdyni. Choć przysłowie głosi, że darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby, trzeba stwierdzić że „dżemsy”, jak Polacy nazywali te ciężarówki, nie bardzo nadawały się do eksploatacji w warunkach pokojowych. Były solidnie zbudowane, ale sporo z nich miało niezbyt dostosowane do polskiego klimatu otwarte kabiny. Obudowywano je więc tak, jak to widać na zdjęciu, czyli czym popadło. Można podejrzewać, że w przypadku tego „dżemsa” materiałem, którym pokryto dach i drzwiczki była zwykła papa! Sześciocylindrowy silnik CCKW o pojemności 4,5 litra i mocy 104 KM był żarłoczny. Zużywał ok. 35 litrów benzyny na szosie i nawet dwa razy tyle w terenie.

Aby choć trochę ograniczyć spalanie demontowano (jak na fotografii) napęd przedniej osi. Z tyłu widać inną, raczej ryzykowną modyfikację: na obu osiach są w sumie tylko cztery koła zamiast ośmiu! Nie sądzę, by uwzględniano to przy załadunku samochodu. „Dżemsy” służyły dzielnie przez kilka powojennych lat. Potem, zamęczone na śmierć, pozbawione części zamiennych, stopniowo znikły z dróg.

Postrzyżyny w Ełganowie, czyli sceny motoryzacyjne z PRL

Na drugim zdjęciu, wykonanym w latach 60. najważniejszą osobą jest Jan Trofimowicz, w przyszłości ojciec Jana Trofimowicza, od którego dostałem zdjęcia. To młody człowiek stojący w trawie obok autobusu. Po ukończeniu technikum chciał studiować w Wojskowej Akademii Technicznej.

Nie wyszło, ukończył Studium Nauczycielskie i wybrał pracę w szkole podstawowej w Sobowidzu, bo na wsi nauczycielom dawano mieszkania. Został panem od wuefu. Młodzież widoczna w głębi to jego uczniowie. Mężczyzna w ciemnych okularach jest z pewnością kierowcą autobusu. Zdjęcie wykonano podczas szkolnej wycieczki w Beskidy, a autobus ma rejestrację z województwa katowickiego, prawdopodobnie z Tarnowskich Gór. To jeden z węgierskich Ikarusów 602, sprowadzonych do Polski w połowie lat 50. Nie cieszyły się dobrą opinią, choć i tak lepszą od importowanych wcześniej Mavagów.

Postrzyżyny w Ełganowie, czyli sceny motoryzacyjne z PRL

Również na lata 60. można datować kolejne zdjęcie. Osoby widoczne na nim to nauczyciele z okolic Trąbek Wielkich, uczestnicy niedzielnej wycieczki „w plener”. Młoda kobieta to rusycystka ze szkoły w Sobowidzu, w przyszłości mama Jana Trofimowicza - juniora. Zofia Makszyńska czy już Trofimowiczowa? Bo właśnie w tej szkole los zetknął dwoje młodych nauczycieli. Pobrali się, potem długie lata pracowali razem w Ełganowie, gdzie pani Zofia została kierowniczką szkoły. Autobus służący za tło to wyprodukowany w Sanoku San H-25 A.

Miał nadwozie samonośne, podobnie jak poprzednik H-01, o którym w dokumentach jednego z przedsiębiorstw komunikacji miejskiej zanotowano: „Nadwozie wzmacniane bezskutecznie spawaniem, skorodowane, drzwi opuszczone na zawiasach, poprzeczki zawieszenia silnika popękane i kilkakrotnie spawane, szkielety siedzeń i tapicerka zniszczone, małe przebiegi po naprawach…” San H 25 A był nieco poprawiony, ale za to sporo cięższy. Do dziś przetrwał tylko jeden egzemplarz.

Postrzyżyny w Ełganowie, czyli sceny motoryzacyjne z PRL

Na zdjęciu czwartym uwieczniono postrzyżyny na podwórku szkolnym w Ełganowie. – Rodzice hodowlą dorabiali do nauczycielskich pensji – wyjaśnia Jan Trofimowicz. Mieli kilkanaście, czasem nawet trzydzieści parę owiec. Strzyżeniem zajmował się specjalista, pan Szymon z Jagatowa. Obserwującą tę operację dziewczynką jest Iza, starsza siostra Jana. Samochód specjalisty to Syrena R-20, tzw. rolnicza, produkowana w FSM w Bielsku-Białej w latach 1972-83. Na jej drzwiach widać wymagany ówczesnymi przepisami napis „Użytek własny”.

Marek Ponikowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.