rozm. Marek Adamkowicz

Pomorska bezpieka: brutalna, bezkarna i... niegramotna

Wspólny przemarsz funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej, Gdańsk 1945 r. Fot. Archiwum IPN Wspólny przemarsz funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej, Gdańsk 1945 r.
rozm. Marek Adamkowicz

Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że w latach 1945-1956 nie było sfery życia, którą nie chciałaby interesować się bezpieka - mówi dr Daniel Czerwiński, historyk z oddziału IPN w Gdańsku.

Opracowań dotyczących bezpieki na Pomorzu mamy już sporo, ale Pańska książka opisuje temat chyba w sposób najbardziej kompleksowy.
Od początku takie było moje założenie. Książka bowiem jest pochodną doktoratu, w którym chciałem pokazać zarówno mechanizmy funkcjonowania Urzędu Bezpieczeństwa w dawnym województwie gdańskim, jak i ludzi, którzy w urzędzie służyli.

Wydaje się, że ten wymiar ludzki jest najciekawszy. Pokazuje, kim byli funkcjonariusze, zarówno ci, którzy trafili na Pomorze w roku 1945, jak i w okresie późniejszym.
Trzeba przyznać, że była to bardzo specyficzna grupa, której skład był bardzo zmienny. Wśród najbardziej wyrazistych postaci należy wskazać Grzegorza Korczyńskiego, byłego dąbrowszczaka i partyzanta Gwardii Ludowej, który w czasie wojny dopuścił się licznych zbrodni na ludności cywilnej. On i ludzie z jego oddziału stanowili trzon grupy operacyjnej, która pojawiła się na Wybrzeżu w kwietniu 1945 roku z zadaniem stworzenia struktur Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Tak też się stało. Bardzo szybko też zorganizowano komórki bezpieki niższego szczebla, w tym powiatowe.

Pomorska bezpieka działała w specyficznych warunkach, na terenie, który przed wojną był podzielony pomiędzy Polskę, Niemcy i Wolne Miasto Gdańsk. Do tego dodać trzeba doświadczenia ludności, które były inne niż mieszkańców Generalnego Gubernatorstwa.
Tę inność rzeczywiście widać, zwłaszcza w pierwszych latach po wojnie. Wystarczy wspomnieć, że UB kładł wtedy szczególny nacisk na rozwiązanie problemu Niemców. To znaczy, chciano się ich pozbyć jak najszybciej. Grzegorzowi Korczyńskiemu przypisywany jest nawet pomysł likwidacji Niemców w... wyzwolonym obozie koncentracyjnym Stutthof. Bestialstwo zawczasu zastopował I sekretarz KC PPR Władysław Gomułka. Niemieckich aspektów w działalności UB było oczywiście więcej, między innymi rozpracowywanie domniemanego podziemia czy też ściganie osób związanych z reżimem nazistowskim. Wachlarz zainteresowań bezpieki był jednak o wiele szerszy. W grę wchodziła walka z „reakcją”, czyli opozycją polityczną i oddziałami zbrojnymi polskiego podziemia niepodległościowego, działalność kontrwywiadowcza, zabezpieczenie - we współpracy z Wojskami Ochrony Pogranicza - strefy nadmorskiej czy też newralgicznej, z punktu widzenia kraju, gospodarki morskiej i przemysłu stoczniowego. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że w latach 1945-1956 nie było sfery życia, którą nie chciałaby interesować się bezpieka.

Tak szerokie zainteresowania musiały prowadzić do rozbudowy aparatu bezpieczeństwa.
I tak było. Na Wybrzeże ściągnięto zastępy funkcjonariuszy...

Wiadomo, kim byli ci ludzie?
Informacje można znaleźć w teczkach osobowych. Zestawiając je, widzimy, że najliczniejszą grupę funkcjonariuszy stanowiły osoby słabo wykształcone, a pochodzące ze środowisk chłopskich i robotniczych. Brakowało natomiast inteligentów, ich było naprawdę niewielu. Drogi, którymi ludzie trafiali do służby, były bardzo różne. Część osób wstąpiła do UB ochotniczo, ale wiele było też takich, które delegowały PPR czy Związek Walki Młodych. Gros osób pochodziło z „czerwonej Łodzi”, które to miasto uważano w owym czasie za partnerskie z Gdańskiem. Łodzianinem był na przykład Jan Babczenko. Po odejściu ze służby zajął się on pisaniem i to jego książki ukształtowały nieprawdziwy obraz żołnierzy podziemia antykomunistycznego, w tym majora „Łupaszki”.

W niektórych środowiskach panuje przekonanie, że znaczną część kadry tworzyli Sowieci albo osoby pochodzenia żydowskiego, albo dwa w jednym, czyli Żydzi sowieccy. Jak to wygląda w świetle dokumentów?
To tylko obiegowa opinia. W przypadku kierownictwa WUBP w Gdańsku na 22 osoby 13 było narodowości polskiej, 8 miało pochodzenie żydowskie, a w przypadku jednej użyto określenia, że posiada „narodowość radziecką”. Biorąc pod uwagę całą kadrę kierowniczą w województwie, odsetek Polaków był znacznie większy. W tym przypadku osób pochodzenia żydowskiego było około 10 procent, a wśród szeregowych funkcjonariuszy Polacy stanowili blisko 99 procent.

Słabe wykształcenie kadr przekładało się na działalność urzędu. Jeśli nawet nie pisze Pan o tym wprost, to wiele można wyczytać między wierszami.
Rzeczywiście, „jakość” pracy ubowców pozostawiała wiele do życzenia. Mieli braki nie tylko, gdy chodzi o wykonywaną profesję, ale wręcz byli niedouczeni. W wielu przypadkach mogli się wykazać jedynie kilkoma klasami szkoły powszechnej, w najlepszym razie gimnazjum. Żeby wyrobić sobie zdanie o poziomie funkcjonariuszy, wystarczy sięgnąć do raportów. Pisane są tak niegramatycznie, że czasami trudno zrozumieć, o co dokładnie chodzi!

Po takich ludziach trudno oczekiwać finezji. Cytuje Pan zresztą relacje, według których ubowcy przesłuchiwali w sposób niezwykle brutalny. Jak gestapo.

Gdy mówimy o brutalności, to UB niewątpliwie dorównywał niemieckiemu aparatowi represji, a może nawet przewyższał go pod względem przemocy. Co ciekawe, bicie i inne tortury oficjalnie były zakazane, podobnie jak przetrzymywanie osób powyżej 48 godzin bez zgody prokuratora. W praktyce wyglądało to jednak inaczej. Zatrzymani przez bezpiekę przez wiele miesięcy siedzieli chociażby w areszcie na Kurkowej czy też w lochach WUBP na Okopowej. Ową brutalność można po części tłumaczyć tym, że nieprzeszkoleni, nieobyci z pracą śledczą funkcjonariusze nie znali innego sposobu na wydobycie zeznań. Zostawała ślepa siła. Z biegiem czasu daje się jednak zaobserwować, że ubowcy odchodzili od przemocy fizycznej, stosując na większą skalę przemoc psychiczną. Powszechną praktyką było przetrzymywanie szczególnie „opornych” więźniów w ciasnym karcerze, w odchodach i ze szczurami, albo grożenie, że w przypadku braku współpracy zginie ktoś z najbliższych - żona czy dziecko. Niewiele osób okazywało się odpornych na taki szantaż. Oczywiście, były też inne metody pracy, uzależnione od danej sprawy. W grę wchodziły podsłuch, kontrola korespondencji, działalność agenturalna itp.

W roku 1956 Urząd Bezpieczeństwa zlikwidowano, a wielu jego funkcjonariuszy gdzieś się „rozpłynęło”.

To bardzo ciekawy wątek. Sporo ubowców przeszło do nowo utworzonej Służby Bezpieczeństwa, ale nie brakowało też takich, którzy - z różnych powodów - zostali zwolnieni ze służby. Nie pozostali oni jednak bez pomocy ze strony PZPR. Wcześniej byli „mieczem i tarczą” partii, a teraz mieliby zostać bez zatrudnienia? Na to nie było szans. Specjalną ustawą zagwarantowano zwalnianym pomoc w znalezieniu nowego zajęcia, a także przeszkolenie zawodowe. Charakterystyczne dla województwa gdańskiego było to, że ubowcy chętnie ubiegali się o pracę na statkach. Chcieli pływać i wykorzystywać swoje kontakty z czasów służby. Tu jednak napotykali na spory opór. Niewykluczone, że była to forma rewanżu za czasy, kiedy UB panoszył się w portach i na statkach. A może po prostu potrafili być jedynie funkcjonariuszami? Pewnie dlatego część z nich po krótkim czasie... wróciła do służby.

Przytacza Pan w książce drastyczne opisy działalności ubowców. Pytanie - czy któryś z nich poniósł odpowiedzialność za przypadki śmierci, do których dochodziło w pomorskich katowniach, czy za stosowanie tortur?
Niestety, ale gros oprawców uniknęło kary. Ściganiem zbrodni komunistycznych zajmuje się Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu IPN w Gdańsku. Łącznie w latach 2001-2016 prokuratorzy skierowali do sądów 12 aktów oskarżenia wobec ośmiu funkcjonariuszy UB oraz wobec jednego żołnierza WOP, który służył w grupie filtracyjnej w więzieniu w Starogardzie Gdańskim, gdzie przetrzymywano schwytanych w czasie próby nielegalnego przekroczenia granicy. Tylko w jednym przypadku orzeczono karę bezwzględnego pozbawienia wolności, trzy sprawy zakończyły się wyrokami w zawieszeniu, trzy umorzono w związku z przedawnieniem zarzucanych czynów, a pozostałe z powodu stanu zdrowia oskarżonych.
==

rozm. Marek Adamkowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.