Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Komunistyczna Korea Północna sama prosi się o wojnę

Czytaj dalej
Fot. Korean Central News Agency/Korea News Service via AP/EAST NEWS
Richard Lloyd Parry

Komunistyczna Korea Północna sama prosi się o wojnę

Richard Lloyd Parry

Niepodzielny władca Korei Północnej Kim Dzong Un gra na nosie najpotężniejszym na tym świecie i straszy świat. Politycy i wojskowi zastanawiają się: kiedy przekroczy granicę za którą jest tylko militarna rozprawa z dyktatorem.

Mieszkańcy wielu japońskich miast i Korei Południowej w strachu. Ci pierwsi z wyspy Hokkaido usłyszeli już syreny alarmowe, które ostrzegały ich przez przelatującą wysoko nad ich głowami północnokoreańską rakietą. Inni jeszcze dostawali ostrzeżenia na telefony komórkowe. Mieszkańcy Seulu z kolei wiedzą z kolei, że dalekosiężna artyleria wojsk Kim Dzong Una jest w stanie razić ich pociskami z przygranicznych pozycji. W końcu to tylko 50 kilometrów.

Kiedy Rada Bezpieczeństwa ONZ myśli o odcięciu reżimu od ropy naftowej, choć nie zgadzają się na to Chiny. Czy światu grozi konflikt nuklearny - pytają politycy i zwykli ludzie. Co na to Korea Północna? Grozi kolejnym kontrolowanym wybuchem, może równie silnym, jak ten ostatni, który był potężniejszy niż wybuchy amerykańskich bomb zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki w 1945. Jakby tego było mało reżim planuje kolejny test, prawdopodobnie rakiety balistycznej. Jej celem może być amerykańska wyspa Guam na Pacyfiku, na której Amerykanie mają wojskową bazę lotniczą. Atak na nią musiałby się spotkać z natychmiastową, surową odpowiedzią Stanów Zjednoczonych, o czym wspominał prezydent Donald Trump.

Świat z przerażeniem patrzy na poczynania dyktatora, a zachodni politycy mówią tak: trzeba wykorzystać wszystkie środki dyplomatyczne, nim będzie za późno. W tym arsenale są najsurowsze sankcje szykowane przez ONZ, w tym wspomniana kara odcięcia Pjongjangu od dostaw ropy naftowej. Tylko że poprzednie sankcje nie zmieniły postawy Kim Dzong Una. Za wspomnianym pomysłem są Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja i Wielka Brytania. Jak przypomina „New York Times”, ewentualne embargo byłoby powtórką z sytuacji z 1941 r., tuż przed atakiem Japończyków na Pearl Harbor, kiedy USA odcięło od paliw Japonię.

Eksperci podkreślają, że odcięcie Korei Północnej od ropy i paliw będzie dla tego kraju druzgoczące. Jak podkreśla w rozmowie z „Financial Timesem” profesor ekonomii na Narodowym Uniwersytecie Seulskim Byung-Yeon Kim, handel jest dla północnokoreańskiego reżimu kluczową gałęzią gospodarki. - Nowe sankcje mają zmniejszyć dochody Korei Północnej aż o jedną trzecią. To będzie olbrzymie utrudnienie dla nuklearnego i rakietowego programu reżimu - mówił ekonom.

Ale nad Koreą Północną jest rozwieszony niewidzialny chiński parasol. Oficjalnie Pekin potępia militarne szaleństwo Pjongjangu, ale od razu dodaje: trzeba rozmawiać, uderzenie na Koreę Północną nie powinno mieć miejsca. Podobnie wyraził się niedawno rosyjski przywódca Władimir Putin, który doradza Zachodowi... rozmowy. Tyle że z Pjongjangiem nie da się już rozmawiać. I nerwówka trwa. To już nie jest regionalne, ale globalne zagrożenie. Nie jest wirtualne, ale nieuniknione. Nie jest poważne, ale zagrażające egzystencji - twierdzi francuski ambasador przy ONZ François Delattre. A niemiecka kanclerz Angela Merkel dodaje, że kolejne sankcje są konieczne, aby odpowiedzieć na „rażące łamanie konwencji międzynarodowych” przez Koreę Północną.

Mówiąc o kryzysie rakietowym w Korei Północnej pamiętajmy o Kubie. Łatwo zlekceważyć groźby Pjonjangu traktując je jako zwykłą retorykę, pisze Daniel Finkelstein. Wojenna historia uczy nas, byśmy traktowali rzecz jak najbardziej serio. Z kolejnych doniesień wynika bowiem, że ktoś grozi wybuchem wojny nuklearnej. Ci ludzie (w Pjongjangu) mają mordercze skłonności. Nic ich nie obchodzi. To dziwacy. Przeprowadzili próbę nuklearną i buńczucznie zapowiadają, że są w stanie wojny z sąsiadem.

Ktoś mnie słucha? Całkiem możliwe, że nie. Bo wojna nas nie interesuje. Drużyna Sunderland ma nowego trenera. To nasz świat.

Łatwo pominąć groźby Kim Dzong Una pod adresem Korei Południowej i całego świata. Wszak reżim chętnie podgrzewa tego typu retorykę, z której później zazwyczaj nic nie wynika. I nawet ludzie, których nie wzrusza, że - z przyczyn ideologicznych - miliony ich rodaków umierają z głodu, nie chcą wystawiać siebie na śmierć. A tym skończyłby się konflikt nuklearny. Poza tym - jeśli uznamy, że Koreańczycy z północy mówią serio, to co możemy zrobić?

Sądzę, że powojenna historia uczy nas, iż taka postawa jest błędna. Błędem jest lekceważenie gróźb. I takim samym błędem jest mówienie, że nic nie da się zrobić.

Pierwsza lekcja płynie z historii Osamy bin Ladena. Przytoczmy jej pierwsze przesłanie: „Jeśli ktoś nieustannie grozi, że cię zabije, to w końcu może cię zabić. Ignorowanie nie jest tu dobrym pomysłem.”

Między rokiem 1996 a 11 września 2001 - zamachy na WTC - szef Al-Kaidy nieustannie powtarzał, że zamierza zaatakować Amerykanów. „Póki żyję spokoju nie zazna żaden wróg islamu!” Jednym z nich były oczywiście Stany Zjednoczone. Fakt - nie tak do końca przeoczono i zlekceważono te groźby. Warto jednak zauważyć, że odpowiednie środki działania podjęto dopiero wtedy, gdy bin Laden zabił tysiące ludzi.

Pjongjang nie przejmuje się coraz bardziej ostrymi sankcjami. Te najnowsze mają odciąć dostawy ropy naftowej

Północna Korea, podobnie jak on sam i jego organizacja, brała udział w wielu pomniejszych aktach wojennych. Wysadziła południowokoreański samolot, ostrzelała należącą do sąsiada wysepkę, storpedowała południowokoreańską fregatę. Wszystko to przy akompaniamencie pogróżek, że prawdziwy atak dopiero nastąpi.

W tych przypadkach nie użyto oczywiście broni nuklearnej. Dochodzimy tu jednak do drugiej lekcji z powojennej historii. Tej, jakiej dostarczyła postawa NATO w czasie zimnej wojny. Gdyby Rosjanie zdecydowali się na uderzenie siłami konwencjonalnymi na Europę, odnieśliby zapewne sukces. Z pewnością ich wojska przewyższały nasze pod względem liczebności. Strategia NATO polegała na odwiedzeniu - odstraszeniu - ZSRR od takiego zamiaru groźbą użycia broni nuklearnej.

Profesor Keir Lieber Georgetown University twierdzi, że dokładnie taką sama strategię - chociaż z katastrofalnie różnym skutkiem - może stosować Korea Północna. Sprowokowawszy wojnę konwencjonalną rządzące w Pjongjangu elity mogłyby dojść do wniosku, że jeśli będzie ona trwać dalej, zagrozi im samym. W takim wypadku, gdyby wojna zbliżała się do ich własnych progów, użyłyby broni nuklearnej jako swoistej ryzykownej zagrywki.

Powszechnie przyjmuje się, że próby atomowe Korei Północnej stanowią sygnał czy sposób wysłania przesłania. Istnieje jednak także inna bardziej prozaiczna interpretacja. Może po prostu sprawdza czy broń ta działa. A to dlatego, że sądzi, iż może jej potrzebować.

Czy zatem w ogóle możemy coś zrobić w chwili, gdy sytuacja już stała się niestabilna i nieprzewidywalna?

Tu dochodzimy do trzeciej lekcji powojennej historii. Kubański kryzys rakietowy z 1962. Przez 13 dni października tamtego roku John F. Kennedy i jego doradcy łamali sobie głowę, co zrobić z rakietami wyposażonymi w głowice nuklearne, jakie ZSRR rozmieścił na wyspie. Te pociski balistyczne średniego zasięgu mogły dotrzeć do terytorium USA. Zaatakować czy zastosować całkowitą blokadę wyspy, w kierunku której już płynęły kolejne transporty radzieckiego sprzętu wojskowego.

W tym kluczowym momencie pojawił się list sekretarza generalnego KPZR Nikity Chruszczowa. Jego treść niosła pewną nadzieję na pokojowe rozwiązanie kryzysu. Jednak w ciągu zaledwie paru godzin światło dzienne ujrzało następne pismo. Zawierało ono sztywniejsze stanowisko i stawiało żądania nie do spełnienia.

Prezydent Kennedy - za radą swojego brata Roberta i amerykańskiej ambasadorki w Moskwie Llewellyn Thompson - zdecydował się odpowiedzieć na pierwszy z listów. Drugi całkowicie zignorował. Biały Dom wypowiedział się przeciw uderzeniu z powietrza i udzielił Rosjanom zapewnień, które pozwoliły im wycofać pociski. Dziś wiemy wystarczająco dużo, by mieć pewność, iż tego typu atak wywołałby konflikt nuklearny.

Kim Dzong Un, podobnie jak Nikita Chruszczow, wysyła dwa sprzeczne sygnały. Dyktator oscyluje między chęcią większego otwarcia - głębsze więzi handlowe z USA, Disneyland i Kentucky Fried Chicken - a wypowiedzeniem wojny.

- Żądam rozmowy telefonicznej z Barackiem Obamą. Ale wpierw żądam telefonu - głosi dowcip, którego bohaterem jest przywódca Korei Północnej. Znakomicie oddaje on przepaść, jak istnieje między militarnymi aspiracjami tego państwa a katastrofalnym stanem jego gospodarki.

Oba te czynniki stanowią rzeczywistość Pjongjangu.

Ameryka winna odpowiedzieć na pierwszy list. Powinna szukać sposobu pokazania północnokoreańskiej elicie, iż ta nie znajduje się w pułapce. Nie tkwi w sidłach. Że nie musi skończyć jak Saddam Husajn czy Muammar Kadafi. Że istnieje droga odwrotu. USA winny pokazać, jakie korzyści przyniesie większa otwartość.

Ameryka powinna także na nowo wyciągnąć wnioski z Wietnamu. W taki samym stopniu, w jakim ona sama nie chciała dopuścić, by kraj ten zjednoczył się pod rządami komunistów, Chiny nie chciały pozwolić, aby stał się on obiektem jej dominacji. Taka sytuacja doprowadziła do krwawego pata, a ostatecznie do porażki USA.

Chiny nie pozwolą na upadek północnokoreańskiego reżimu, jeśli miałby on doprowadzić do zjednoczenia obu państw koreańskich przy - ich zdaniem - widocznej dominacji Ameryki. A bez udziału Chin nie sposób rozwiązać problemu Korei Północnej.

Administracja Donalda Trumpa mówi o kluczowym znaczeniu stosunków z Azją. Taka postawa oznacza, między innymi, konieczność przekonanie Chin, że Ameryka może zająć się problemem północnokoreańskim nie zagrażając temu, co Pekin uznaje za swojej fundamentalne interesy narodowe. I ostatnia lekcja historii ery powojennej. Płynącą właśnie z obecnego przypadku Korei Północnej. Może lepiej i prościej byłoby zrobić coś z nuklearnymi ambicjami złych dyktatorów, zanim w ogóle weszli w posiadanie tego typu broni. Zanim gotowi na wszystko szaleńcy wymierzyli broń i ogłosili stan wojny. Może.

Mimo wszystko - miłego dnia w pracy. I dobrego snu w nocy.

Tłumaczenie: Zbigniew Mach

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Richard Lloyd Parry

plus.dziennikbaltycki.pl

2 bilety na koncert Maryli Rodowicz 27.11.2017

Prenumerata cyfrowa + bilety na koncert Maryli Rodowicz w Filharmonii Bałtyckiej

110,00 220,00

Prenumerata cyfrowa na kwartał + gratis 2 bilety na koncert Maryli Rodowicz „DIVA TOUR” 27.11.2017 r, o godz. 19.00 Polskiej Filharmonii Bałtyckiej

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Monitorujemy anonimowo aktywność na stronie, korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.