Piotr Kupicha: Były wzloty i upadki, ale cały czas się trzymamy

Czytaj dalej
Fot. Paweł Lacheta
Lucyna Puzdrowska

Piotr Kupicha: Były wzloty i upadki, ale cały czas się trzymamy

Lucyna Puzdrowska

Piotr Kupicha dziś już „zna swoje szczęście” i lubi się nim dzielić ze swoją wierną publicznością na koncertach w kraju i za granicą. Z głosem zespołu Feel, Piotrem Kupichą rozmawia Lucyna Puzdrowska.

Panie Piotrze, jak Pan, człowiek ze Śląska, czuje się tu z nami na Kaszubach? Zna Pan ten region?

Powiem tak, wiedziałem, że Kaszuby są piękne, ale zapomniałem. Dziś, jadąc na koncert do Stężycy i widząc jak tu cudnie, nagle mnie olśniło, że już te krajobrazy oglądałem, że już w przeszłości do podobnych wniosków dochodziłem. To nie jest nasz pierwszy koncert na Kaszubach. Pamiętam Kartuzy i święto truskawki na Złotej Górze...

Truskawkobranie?

No właśnie. To był fajny koncert i super, żywo reagująca publiczność. Z podobnych powodów zapamiętałem też koncert w Sierakowicach. Takie spotkania z publicznością na długo pozostają w pamięci. Wracając do pani pytania, na Kaszubach, a zwłaszcza tu, w Kartuskiem, czuje się, że doceniacie swoją tożsamość, że pielęgnujecie historię regionu, język. Dziś w Stężycy odczucia są podobne. To miejsce ma bardzo silną osobowość regionalną. Cieszę się, że mogłem tu przyjechać i przypomnieć sobie jak piękne są Kaszuby. Zobaczyć kolejny kawałek tego powiatu, oddalony nieco od Kartuz.

Zespół Boys świętuje tu dziś swój jubileusz, a Feel od ilu lat czaruje publiczność wokalem Piotra Kupichy?

Nie wiem, czy czaruje, ale zespołowi Feel stuknęła równa dycha na scenie. Występujemy od dekady i w tym roku obchodzimy 10-lecie.

O, to robi nam się tu powoli koncert jubilatów?

Na to wychodzi, choć akurat dziś stacja Polsat świętuje z jednym jubilatem, którym jest zespół Boys. Jestem ciekaw, czy za 15 lat będziemy tak wyglądać i mieć na koncie tyle przebojów, co Boys.

Proszę nie być takim skromnym. Kilka lat temu zawojowaliście totalnie cały polski rynek muzyczny. Bałam się otworzyć lodówkę, żeby nie wyskoczył z niej Piotr Kupicha śpiewający „Jest już ciemno” czy „Jak anioła głos”, albo „Pokaż, na co cię stać”. Zdobyliście wszystko, co na naszym rynku muzycznym jest do zdobycia: Fryderyki, Superjedynki, Telekamery, Victory...

To prawda, ale porównałbym te 10 lat do stuningowanego Ferrari. Non stop były koncerty, był boom, były wzloty i upadki, ale cały czas ta grupa trzyma się kupy i cały czas nagrywa. To niezmiernie ważne, żeby utrzymywać się na rynku i mieć swoją publiczność. Tak naprawdę, możemy żyć bez nagród, blichtru i całej tej pompy, ale bez publiczności zespół nie ma szans bytu. My, na szczęście, tego problemu nie mamy. Nigdy nie pozowałem na gwiazdę, nawet kilka lat temu, kiedy faktycznie od nadmiaru popularności sodówa mogłaby uderzyć do głowy. Tak się na szczęście nie stało. Szanuję swoją publiczność, zawsze śpiewam dla niej „na żywo” i bez jakichkolwiek „poprawiaczy” nastroju. Nasi fani o tym wiedzą i dlatego przy nas wiernie trwają, czekając na kolejny przebój.

Którym ostatnio stał się „Swoje szczęście znam”.

Tak i właśnie tym „swoim szczęściem” chciałbym się podzielić tu, w Stężycy, z naszymi kaszubskimi fanami.

Dzielić można się czymś, co się posiada. Może Pan powiedzieć dziś o sobie, że jest w pełni szczęśliwym człowiekiem?

Takie odnoszę wrażenie. Nie, co ja mówię, jestem o tym przekonany, ale przecież tak do końca nie wiemy czym jest szczęście i czy życie nie przyniesie nam innych, kolejnych chwil, które uznamy za szczęśliwsze? Może jak zostanę dziadkiem? Pojawią się wnuki? Nie wiem. Na tę chwilę na pewno czuję się bardzo szczęśliwym człowiekiem.

W życiu prywatnym przeszedł Pan kilka zawirowań o których w swoim czasie głośno zrobiło się w mediach i na portalach typu...

Proszę nie wymieniać. Moje życie prywatne to moja osobista sprawa. Nie wypowiadałem się w mediach na temat rozwodu z żoną, dopóki one nie zaczęły tworzyć własnych historii, które nijak miały się do rzeczywistości. Agatka, moja pierwsza żona, jest wspaniałą osobą i mamy ze sobą dobry kontakt. To przecież oczywiste, skoro jesteśmy rodzicami i razem wychowujemy dwóch moich ukochanych synów Pawła i Adasia. Nigdy nie ukrywałem, że ci dwaj mali mężczyźni są sensem mojego życia. Nic się pod tym względem nie zmieniło.

Teraz pojawiła się jeszcze Jagoda...

Tak, Jagódka, to moje małe szczęście, ale niestety nie jest jeszcze partnerką do rozmów dla moich synów. Za duża różnica wieku. Pewnie trzeba jeszcze kilku lat, żeby poczuli się prawdziwym rodzeństwem, takim, że jedno może liczyć na drugiego. W każdym razie, gdy patrzę na tę moją trójcę, przyglądając się jak te bąbelki rosną, to i serce rośnie. Jestem przekonany, że tak jak dziś jestem z nich dumny, tak w przyszłości będę miał do tej dumy jeszcze więcej powodów.

A śpiewają? Mają jakieś talenty po tatusiu?

Wszyscy śpiewają, cała trójka, łącznie z malutką i to cieszy serce, bo... i to tyle. Więcej na ten temat nic nie powiem.

Co się stało?

Ależ nic, po prostu przez chwilę się zagalopowałem, a nie chcę rozmawiać o życiu prywatnym więcej niż muszę. Jeden etap życia już mi nie do końca wyszedł, więc na ten drugi wolę chuchać i dmuchać.

Jak znosi Pan krytykę?

Źle znoszę tylko wredne akcje. Konstruktywna krytyka mnie nie boli. Dzięki niej mogę się rozwijać i na przykład wciąż grać dobre koncerty.

Gdyby nagle skończyła się popularność, ludzie przestali przychodzić na koncerty... Wiem, to abstrakcja, ale ma Pan jakiś alternatywny pomysł na siebie?

Gdyby coś nie wyszło? Jestem inżynierem po Politechnice Śląskiej. Przez trzy lata, aż do września 2007 roku, kiedy Feel zdobył Bursztynowego Słowika i Słowika Publiczności na Sopot Festival, pracowałem jako trener w firmie szkoleniowo-doradczej. Może bym tam wrócił? Na pewno próbowałbym żyć z komponowania piosenek, pisania tekstów czy robienia aranżacji.

Kiedy kolejna płyta?

Prawdopodobnie we wrześniu lub październiku. To będzie Feel The Best, czyli podsumowanie tych minionych, wspaniałych dziesięciu lat. Taki nasz prezent dla fanów. Na płycie znajdą się wersje koncertowe w nowych aranżacjach naszych największych przebojów z orkiestrą Collective Art, która nagrała piękne smyki i nie tylko.

Rozm. Lucyna Puzdrowska

Lucyna Puzdrowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.