Piosenki Eltona Johna rozpaliły Operę Leśną

Czytaj dalej
Fot. Piotr Hukało
Tomasz Rozwadowski

Piosenki Eltona Johna rozpaliły Operę Leśną

Tomasz Rozwadowski

Koncert Eltona Johna wypełnił Operę Leśną publicznością. Gwiazdor umiejętnie wymieszał nowe piosenki ze szlagierami.

Elton John odwiedził Trójmiasto po raz trzeci w swojej trwającej pół wieku karierze. Jego niedzielny koncert w Operze Leśnej był jednak pierwszym, w którym wystąpił jako Sir Elton John. Tytuł szlachecki nadawany jest najwybitniejszym Brytyjczykom, pozycja wybitnego piosenkarza w show-biznesie i w całej kulturze została więc odpowiednio doceniona, w pewnym sensie zinstytucjonalizowana.

Rzeczywiście, do bohatera sopockiego koncertu określenie „człowiek-instytucja“ pasuje wyjątkowo dobrze. Już samo to, że łączna liczba jego sprzedanych albumów przekroczyła 250 mln, musiało mieć wpływ na brytyjską gospodarkę. Jeszcze ważniejszy jest jego dorobek w sensie pozaekonomicznym. To właśnie on stworzył nowoczesny typ śpiewającego pianisty, który do dziś jest powielany w muzyce pop. Skomponował kilkadziesiąt piosenek, które rozpoznaje większość ludności świata, w dodatku wielopokoleniowa. Miał ogromny wpływ na formułę scenicznej prezentacji muzyki pop i rocka. Wreszcie, oswoił opinię publiczną z homoseksualizmem, czym przyczynił się do zmiany postrzegania mniejszości seksualnych w tej części świata, która na poważnie respektuje prawa człowieka i demokrację. Przed pełną i entuzjastycznie nastawioną widownią Opery Leśnej wystąpił jednak nie pomnik, ale żywy, utalentowany człowiek.

Mimo że zbliża się już do siedemdziesiątki przez cały, ponad dwugodzinny koncert nie tylko śpiewał, ale i grał na fortepianie. Co prawda już uderza stopami w klawisze, co było jego znakiem firmowym przed laty, ale gra pewnie i soczyście. Dobrze próbę czasu przeszedł też jego głos, brzmiący bardzo podobnie jak w dawnych nagraniach. Okazji do porównań było zresztą pod dostatkiem, bowiem połowę repertuaru stanowiły wielkie hity.

Na nie jednak trzeba było poczekać. Sopockie koncert był polską częścią światowej trasy promującej ubiegłoroczny, najnowszy jak dotąd, album Eltona „Wonderful Crazy Night“. Nowe piosenki co prawda nie odbiegają od doskonale znanego i doskonale rozpoznawalnego stylu tego artysty, równocześnie jednak wytrzymują porównanie ze starszym repertuarem także od strony jakości. Nowe kompozycje, m.in. „Looking Up“ i „A Good Heart“ były zresztą wykonane soczyście i z werwą, co daje nadzieje na kolejne płyty z kompozycjami mistrza.

Elton John umiejętnie przeplatał kolejne utwory chwilami zadumy. Przed zagraniem utworu „I Want Love“ powiedział, że ostatnie lata są smutne, pełne lęku i przemocy, a koncerty przestały być okazjami, w których bawimy się beztrosko. Ale spointował tak:

- Wszystko, co mogę zrobić jako muzyk, to zaśpiewać piosenkę i modlić się za tych, którzy stracili swoich bliskich. Chciałbym żyć w lepszym świecie. Jestem jednak optymistą i wiem, że kiedyś świat będzie lepszy. To piosenka dla wszystkich, którzy zginęli.

Po czym nastąpiła wspominania piosenka, a na telebimach wyświetlały się skróty nazw miast, w których doszło do zamachów terrorystycznych: Paryża, Berlina, Nicei, Manchesteru, Londynu. W jego przypadku takie gesty nie są zagraniami pod publiczkę: brytyjski artysta jest jednym z najważniejszych przedstawicieli kultury opartej na pokoju i tolerancji .

Wiarygodny był także, gdy zadedykował utwór „Don’t Let the Sun Go Down on Me“ pamięci zmarłego pół roku temu George‘a Michaela. Ta kompozycja Eltona ma szczególną historię - wydana po raz pierwszy w 1974 r. była singlowym przebojem numer 1 w USA, ale na stałe przeszła do historii popu dzięki ponownemu nagraniu w 1991 r. w duecie właśnie z Michaelem.

Ta piękna ballada była częścią całego pasma wielkich szlagierów, które wypełniło drugą część koncertu. Od „Rocket Man“, przez między innymi „Sorry Seems to Be the Hardest Word“, „Your Song“, „Sad Songs (Say So Much)“, wsp0omniany„Don’t Let the Sun Go Down on Me“ po zabójczą końcówkę z „I’m Still Standing“, „Crocodile Rock“, „Your Sister Can’t Twist (But She Can Rock ‘n Roll)“ i „Saturday Night’s Alright for Fighting“ aż po zagraną solo na bis balladą „Candle In The Wind“, która nie pozostawiała już wątpliwości, że z górą 120 minut z wielkim showmanem już się skończyło.

Zespół grający z Eltonem, złożony bez wyjatku z wieloletnich współpracowników (perkusista gra z nim nieprzerwanie od 1969 r!) zagrał bez zarzutu. Na wysokich trybunach, gdzie zwykle zsyłani są dziennikarze, jakość dźwięku nie była najlepsza, ale nie przeszkadzało to publiczności w owacyjnym odbiorze każdego utworu. Mistrz nie pokazał niczego nowego, ale nie zawiódł w najmniejszym stopniu.

Tomasz Rozwadowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.