Piękna ulica

Czytaj dalej
Fot. Z archiwum rodzinnego
Barbara Szczepuła

Piękna ulica

Barbara Szczepuła

Któryś z sąsiadów wszedł na strych. Na belkach wisiały ciała dwóch kobiet i mężczyzny, na podłodze leżała martwa dziewczynka.

Jan Greger przyjechał do Gdańska wiosną czterdziestego piątego roku. Nieopodal politechniki znalazł ładne mieszkanie - może to była dzisiejsza ulica Fiszera, a może Do Studzienki, gdzieś w tej okolicy w każdym razie. Długo się nim nie nacieszył, bo przepędził go stamtąd młody mężczyzna z pistoletem w ręku. Nie był to jednak, wbrew pozorom, sowiecki czeławiek, ale Polak, który na potwierdzenie swojej polskości miał na rękawie biało-czerwoną opaskę. Jednym słowem - Polak, a świnia.

- Teraz ja tu będę mieszkał! - wymachiwał bronią.

Greger nie miał pistoletu, musiał się wyprowadzić.

Znał Gdańsk z dawnych lat, bo choć urodzony i wychowany w Czersku, od szesnastego roku życia pracował w browarze, wożąc piwo do Wolnego Miasta Gdańska. Najpierw ciężką platformą zaprzężoną w dwa perszerony, potem ciężarówką. Był jedną z pierwszych osób w Czersku, które miały prawo jazdy.

Po ślubie z Leokadią Kąkolewską, ze wsi Łąk spod Czerska, przeprowadził się do Gdyni. Jeździł taksówką, niedługo przed wojną usamodzielnił się, kupił zmontowanego w Polsce chevroleta. Poszedł na to prawie cały posag żony, ale kupno auta było dobrym pomysłem, bo zarabiał całkiem dobrze.

Woził zamożnych gdynian, pasażerów schodzących na dworcu morskim z pokładu Batorego albo Piłsudskiego, czasem podpitych marynarzy z cumujących w porcie statków. Od czasu do czasu jeździł do Gdańska, bo lubił wpaść na golonkę i piwo do Kubickiego. Zostawiał wtedy auto w garażu, wsiadał na motocykl i pędził do Wolnego Miasta Gdańska, zwalniając tylko przed granicą w Kolibkach.

***

Rodzina przeżyła wojnę u krewnych w Warszawie. Po powstaniu Jan Greger trafił do obozu przejściowego w Pruszkowie, a potem do transportu, który jechał dokądś przez Toruń. Tam udało mu się uciec. W kwietniu 1945 zjawił się w Gdańsku. - Tu będą wolne mieszkania - kombinował, a jako kierowca zawsze znajdę pracę… Gdy pan Chojnicki, właściciel firmy przewozowej, u którego się zatrudnił jako kierowca autobusu, powiedział Gregerowi o wolnym mieszkaniu w suterenie willi we Wrzeszczu, w której on sam zajmował parter, Jan nie wahał się ani chwili. Na miejscu okazało się, że jest pewien szkopuł, czyli Niemka, która mieszkała w jednym z pokoi. - Niedługo wyjedzie i zostaniemy w dwóch pokojach z kuchnią - przekonywał żonę. Niemka była spokojna, małomówna, zresztą o czym można było z nią rozmawiać tuż po wojnie? Człowiek zaraz zaczynał się zastanawiać, co robił jej mąż czy brat. Wehrmacht, czy może gestapo? Gdy wreszcie mogli odetchnąć z ulgą, bo Frau po cichu wyniosła się w nocy wraz ze swoją walizką, Leokadia z przykrością stwierdziła, że współlokatorka ukradła jej kilka sztuk odzieży. Zgłosiła to na posterunku milicji, ale funkcjonariusz poradził jej, by dała sobie spokój. Ludzie nie takie rzeczy potracili w czasie wojny, a Milicja Obywatelska ma ważniejsze sprawy na głowie niż szukanie babskich fatałaszków!

Gregerowie rozlokowali się w dwóch przyzwoicie umeblowanych pokojach; pochodząca stamtąd bieliźniarka oraz stolik z nogami w kształcie lwich łap stoją do dziś w sopockim mieszkaniu Jagody Greger, córki Jana i Leokadii, która mi o powojennych latach we Wrzeszczu opowiada.

Mieszkanie w suterenie było oczywiście skromne w porównaniu do tego, co zastał w swoim apartamencie pan Chojnicki. W jego wysokich pokojach stały ciężkie gdańskie meble, a nawet fortepian. Bardzo elegancko było też na pierwszym piętrze, które zajmował pan Wieczorek z rodziną. Kim byli Niemcy, którzy tu przed nimi mieszkali? O tym się nie mówiło, bo jakie to teraz miało znaczenie? Najważniejsze, że poszli już z Polski precz.

***

- Tata oglądał publiczną egzekucję strażników i strażniczek ze Stutthofu. Ludzie wyszli z wojny okaleczeni, więc mało kogo wtedy to widowisko szokowało. Pamiętam jednak, że raz po raz do tego wracał, choć mama go uciszała, nie chciała, byśmy z siostrą tego słuchały. Słuchałyśmy jednak wielokrotnie tego, co nie było przeznaczone dla naszych uszu. Dorośli spotykali się często przy wspólnym stole, przychodzili wujkowie i ciocie, na imieninach i innych uroczystościach bywali także sąsiedzi, piło się wódeczkę, jadło ze smakiem dania przyrządzone przez mamę (jako panienka odbyła praktykę w dobrej restauracji w Bydgoszczy) i rozmawiało godzinami, nie przejmując się dziećmi. Musieli z siebie wyrzucić wojnę. Musieli dzielić się tym, co usłyszeli w Radiu Londyn. Musieli komentować rzeczywistość, która skrzeczała i skrzypiała. Omawiano przypadek pani Z., matki dwojga dzieci, która zmarła po skrobance. Nikt jej nie potępiał, żałowano dzieci, które zostały bez mamy.

***

Ulicę po wojnie nazwano Piękną, bo też urody jej nie brakowało. Profesor Jakub Szczepański w „Wędrówkach po Wrzeszczu” pisze, że domy, które zaczęto budować w tej okolicy pod koniec XIX wieku, były najwspanialsze i najdroższe w Gdańsku. Piękna nosiła wtedy nazwę Hermannshöffer Weg. „Inspiracje czerpano z architektury angielskiej, przodującej w ówczesnym budownictwie mieszkaniowym. Rezygnowano ze sztywnych, symetrycznych planów mieszkań i kompozycji elewacji, zastępując je bardziej swobodnymi, wygodnymi i malowniczymi rozwiązaniami”. Dom z numerem 8 został zbudowany dla profesora Hansa Mangoldta, pierwszego rektora Technische Hochschule, którą w 1904 roku otworzył sam cesarz Wilhelm II. Tego wybitnego matematyka na peryferie cesarstwa ściągnięto aż z Aachen. Willa musiała być okazała i elegancka, położona niedaleko uczelni, ot, kwadrans spacerkiem. Niewykluczone, że obok zamieszkali inni uczeni, bo była to w istocie bardzo prestiżowa dzielnica. Willę przy ulicy Sobótki 8 projektował profesor Albert Carsten, ten sam, który wykonał projekt kompleksu gmachów Technische Hochschule. Przyciągały wzrok detale niderlandzkiego renesansu, podobne do tych, jakie znajdujemy na gmachach politechniki. Architekt Schade z kolei wzniósł przy ulicy Jaśkowa Dolina 10 dom z czerwonej cegły z neogotyckimi i neorenesansowymi motywami na elewacji. I tak dalej. Jednym słowem - szyk i elegancja.

Po wojnie zamieszkali tu także profesorowie politechniki, oczywiście Polacy. Jagoda Greger wspomina, że wszyscy mieszkańcy ulicy Pięknej wiedzieli, iż dwaj tajniacy w długich płaszczach, stojący godzinami na rogu ulic Pięknej i Pileckiego, śledzą profesora, którego nazwiska Jagoda, niestety, nie pamięta, choć bawiła się z jego córeczką Danusią i jej psem. Mówiło się „pan profesor”, i tyle. Któregoś dnia zniknął. Sąsiedzi bali się pytać, co się stało, bo to było niebezpieczne, a i tak nikt pomóc mu nie mógł.

Znajomy rodziców Jagody, inżynier ze stoczni, z którego córką także bawiła się Jagoda, również przepadł któregoś dnia. Gdy Jagoda przyszła z mamą do żony inżyniera, zastały drzwi mieszkania ledwo przymknięte, w całkiem ogołoconych pokojach wiatr rozwiewał podarte papiery.

***

W parku, który zaczynał się zaraz za płotem, obozowało wojsko sowieckie. Żołnierze z bronią, odziani w długie peleryny, chodzili tam i z powrotem po alejkach. Wydawali się Jagodzie smutni i nieszczęśliwi, ale mama jakoś się nie przejmowała ich losem, rozmawiała z sąsiadkami o tym, co robili z kobietami w Łąku, i o cioci Józi, która kilkanaście godzin przesiedziała w szambie, unikając w ten sposób najgorszego. Mówiły też szeptem, że te gruzy przy ulicy Grunwaldzkiej to sprawka Sowietów. Że już po wojnie metodycznie podpalali domy.

W dni powszednie Jan Greger czekał na pasażerów w swoim Wandererze na postoju taksówek przy rogu Grunwaldzkiej i Konopnickiej, ale niedziela była dla rodziny. Wkładał najlepszy garnitur, kapelusz i szli do kościoła garnizonowego przy ulicy Matejki. Leokadia stroiła córki, wyglądały jak laleczki. Sama też ubierała się wizytowo. Niedzielna msza święta była atrakcją w dzielnicy. Z koszar przy ulicy Słowackiego maszerowali czwórkami żołnierze, poprzedzani orkiestrą grającą marsza. Zatrzymywali się przed kościołem, dowódca mówił: spocznij, i wtedy wchodzili do środka. Zgrabni, przystojni, wyprostowani, budzili zachwyt panien.

Po obiedzie dzieci bawiły się w swoich ogrodach, bo na ulicę matki nie pozwalały im wychodzić. Jagoda i Zosia Greger bawiły się z Elżbietką i Urszulką, córkami pana Chojnickiego, i z Jasiem, zwanym Niuńkiem, synem pani Wieczorkowej. Piękny ogród był teraz podzielony między trzy rodziny. Państwo Chojniccy zajęli ogród różany, państwo Wieczorkowie warzywny, dla pani Gregerowej został spory kawałek gruntu za domem. Sąsiadował z niezwykle wypielęgnowanym ogrodem, pełnym skalniaków i egzotycznych roślin, którego pilnował stary, garbaty ogrodnik Niemiec. Krzyczał, gdy dzieci zbliżały się do płotu. Bardzo się go bały.

- Nie bawimy się z tobą! - wołały z kolei do dziewczynki, która zamieszkała z rodzicami vis-á-vis i bardzo chciała się z nimi zaprzyjaźnić. Nie lubiły jej, bo dziwnie mówiła. Pochodziła z Kresów i zaciągała. Była obca.

***

Mała Jagoda ogląda album ze zdjęciami. Podoba jej się szczególnie to, które przedstawia młodą kobietę w białej sukni i w welonie oraz mężczyznę w wojskowym mundurze. Wychodzą z kościoła przy ulicy Matejki. Rozpromienieni, szczęśliwi. Na drugiej fotografii widać małą, może dwuletnią dziewczynkę. Kto to? - pyta mamę. - To Niemcy, którzy mieszkali w tym domu przed nami. - Gdzie są teraz? - Nie mam pojęcia. Nigdy ich nie widzieliśmy.

Któregoś dnia sąsiad wchodzi na strych. Strych jest wielki, ma dwa piętra i liczne zakamarki. Wysoko na belce wiszą młoda kobieta z fotografii, jej matka i ojciec. Obok leży ciało dziewczynki. Otrutej, jak się niebawem okaże. Wszystko wskazuje na to, że to matka podała jej truciznę przed popełnieniem samobójstwa.

Gdzie jest ojciec dziewczynki, ten młody człowiek w mundurze, stojący na stopniach kościoła? W jakim był mundurze na tym ślubnym zdjęciu? - usiłuje sobie przypomnieć Jagoda Greger. - Wehrmachtu? Gestapo? Trudno rozpoznać kolor na czarno-białym zdjęciu, ale raczej nie był to czarny mundur. Co zrobił ten oficer, że jego żona i teściowie, a może rodzice, nie uciekali, jak ich rodacy, na Zachód, ale zdecydowali się na ten straszny krok? Tak kochali Führera? A może sami zachowywali się tak okrutnie, że nie mogli liczyć na litość zwycięzców?

Album ze zdjęciami szczęśliwej niemieckiej rodziny mama Jagody wrzuciła do pieca centralnego ogrzewania, gdy Gregerowie wyprowadzali się z domu przy Wassowskiego. Tak teraz nazywa się ulica Piękna.
=

Barbara Szczepuła

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.