Piekarnia magistra Jasińskiego [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

Czytaj dalej
Fot. Archiwum prywatne
Barbara Szczepuła

Piekarnia magistra Jasińskiego [ARCHIWALNE ZDJĘCIA]

Barbara Szczepuła

Sekretarz PPR chodził po Wyższej Szkole Handlu Morskiego w Sopocie z pistoletem w kieszeni - Jerzy Pawlak wspomina lata czterdzieste i pięćdziesiąte w Trójmieście

Stefan Pawlak zarządzał majątkami Milicji Obywatelskiej w rejonie Mogilna w Wielkopolsce. Należał do PPS, ale okazało się, że to nie jest odpowiednia partia. W 1947 roku komendant MO Franciszek Jóźwiak wydał rozkaz, by do PPR wstępowali nie tylko funkcjonariusze, ale i pracownicy cywilni. - Mam na rozkaz zmieniać partię polityczną? - zdenerwował się Pawlak i odmówił. Za ten buntowniczy gest przesiedział w areszcie 24 godziny. Zwolniono go też dyscyplinarnie z pracy.

W poszukiwaniu posady pojechał do Gdańska. I tak Pawlakowie znaleźli się nad Motławą.

Ich syn Jerzy zdał właśnie maturę. Wybrał studia w Akademii Nauk Politycznych w Sopocie. Prywatna uczelnia, nauki polityczne w dodatku - to się nie mogło udać. Zamknięto ją jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego. Jerzy Pawlak poszedł więc do pracy w sopockim urzędzie skarbowym.

Jerzy Pawlak, kierownik III referatu Urzędu Skarbowego w Sopocie. Koniec lat 40.
Archiwum prywatne Barbara Pawlak z synami: Antkiem (w środku) i Maćkiem. Przełom lat 50. i 60

W Sopocie nie było widać śladów wojny, więc gdy docierał tu z Ołowianki w zrujnowanym Gdańsku, gdzie mieszkał z rodzicami (najpierw płynął promem, potem jechał tramwajem, a wreszcie pociągiem parowym), oddychał z ulgą. Główne sopockie ulice nosiły imiona Rokossowskiego, Stalina, Bieruta, Armii Czerwonej, ale stały przy nich niezniszczone wille i kamienice. Mieszkali w nich teraz nowi lokatorzy z Kresów i centralnej Polski. Plaże były w lecie pełne, z kina wysypywały się dzieci uradowane przygodami „Konika Garbuska” i dorośli podśpiewujący „zakazane piosenki”. Piękne dziewczyny i wycieczki zakładów pracy przechadzały się po molu, a prywatna inicjatywa i studenci Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych popijali w Złotym Ulu.

„Powojenny Sopot zmienił swoje oblicze socjalne. Z jaskini hazardu przekształcił się w miasto ludzi uczciwej pracy” - cieszył się prezydent miasta, rozmawiając z dziennikarzem „Głosu Wybrzeża”. Ludzie uczciwej pracy otwierali sklepy, masarnie, warsztaty szewskie i krawieckie, kawiarnie i cukiernie, krzątali się, by zarobić na utrzymanie swoich rodzin. Gdy już do czegoś doszli, minister Hilary Minc ogłosił „bitwę o handel”. Tłumaczył: „Zagadnienie stoi tak: albo aparat państwowy demokracji ludowej i rosnąca siła ekonomiczna państwa potrafią sobie podporządkować rynek, i wtedy nasz przemysł będzie się stopniowo stawał całkowicie i konsekwentnie socjalistycznym, albo też rynek nie będzie opanowany i żywioł rynku kapitalistycznego stanie się dominujący”.

- Prywatne przedsiębiorstwa najłatwiej było zrujnować za pomocą domiarów - wspomina Jerzy Pawlak. - Naciskano na ostre traktowanie podatników. Naczelnik urzędu nazwiskiem Iljuczek był rygorystyczny i pryncypialny. Domiary sypały się jeden po drugim.

Przy Urzędzie Podatkowym powstała specjalna komisja podatkowa, która miała prawo na podstawie „oznak zewnętrznych” ustalać wysokość podatku. To już była prawdziwa katastrofa, bo co to znaczy „oznaki zewnętrzne”? Można było tak ocenić każdy porządnie wyglądający zakład czy sklep. A gdy właścicielka miała futro? Nawet przedwojenne i pogryzione przez mole?

Jerzy Pawlak, kierownik III referatu Urzędu Skarbowego w Sopocie. Koniec lat 40.
Archiwum prywatne Przedsiębiorstwo Geologiczne. Dział Planowania. Jerzy Pawlak (siedzi pierwszy z prawej)

Na głównych wrogów wyrośli spekulanci i defraudanci, którzy byli traktowani jak przestępcy. W krótkim czasie liczba sklepów znacznie się zmniejszyła, zaopatrzenie się pogorszyło, przed sklepami pojawiły się kolejki.

- Po krótkim kursie zostałem kierownikiem referatu podatków obrotowego i dochodowego. Naszym rejonem był górny Sopot. Mieszkali tam między innymi Eugeniusz Kwiatkowski, były wicepremier II RP, wtedy pełnomocnik rządu ds. Wybrzeża, oraz Monika Żeromska, córka pisarza - opowiada. - Natknąłem się też na „Piekarnię magistra Jasińskiego”. Co to za piekarz, ten magister? - zdziwiłem się i poszedłem się przekonać. Poznałem tam Basię, studentkę polonistyki, a magister Jasiński został z czasem moim teściem…

Stefan Jasiński był prawnikiem, przed wojną naczelnikiem wydziału w Ministerstwie Pracy w Warszawie. Po wojnie znalazł się w Sopocie jako dyrektor Urzędu Inwalidzkiego. Dostał piękne mieszkanie przy ulicy Rokossowskiego. Po zjednoczeniu PPS i PPR został bez pracy, więc otworzył piekarnię, bo w czasie okupacji uzyskał uprawnienia piekarnicze.

- Na szczęście z mieszkania go nie wyrzucili - dodaje Maciej, syn Jerzego Pawlaka i wnuk Stefana Jasińskiego. - Ojciec w to mieszkanie się wżenił, żeby mieć bliżej na uczelnię - śmieje się.

Bo w 1948 roku Jerzy zdecydował się na studia w Wyższej Szkole Handlu Morskiego. To była prestiżowa uczelnia. - Marzyłem o podróżach, dalekich rejsach, zagranicznych placówkach - mówi. - Egzamin wstępny był trudny, 10 osób na jedno miejsce. Miałem tę przewagę nad innymi kandydatami, że oprócz angielskiego, znałem świetnie niemiecki. A premiowano dwa języki. Skąd niemiecki? To historia, której przez lata nie opowiadałem. Proszę sobie wyobrazić, że moja rodzina spotkała podczas wojny dobrych Niemców.

***

W styczniu 1940 roku hitlerowcy wyrzucili Pawlaków z Pelplina. Trafili do obozu przejściowego, a stamtąd do Stralsundu w północnych Niemczech. Tamtejsi bauerzy wybierali ludzi do pracy w swoich gospodarstwach. Jeden z nich wziął Pawlaków. Gdy podczas kolacji dowiedział się, że Stefan jest urzędnikiem i ani on, ani żona nie pracowali nigdy w gospodarstwie, odwiózł ich do Arbeitsamtu. W poszukiwaniu pracy Pawlak pielgrzymował po wszystkich przedsiębiorstwach w mieście i wreszcie dotarł do elektrowni. Jej dyrektor zamknął się z nim w gabinecie: - Pochodzę z Torunia. Proszę, by mi pan opowiedział, jak wyglądał Wrzesień ’39 na Pomorzu. Nic panu nie grozi, chodzi mi o prawdę.

Stefan Pawlak w nienagannej niemczyźnie, bo kończył szkoły jeszcze w zaborze pruskim, opisał przebieg kampanii wrześniowej i okrutne mordy w Pelplinie, Bydgoszczy i innych miastach… Dyrektor Buchholtz przyjął go do pracy w dziale finansowym.

W 1942 roku całą rodzinę wezwano przed specjalną komisję. Zmierzono im czaszki i uznano, że są „zdolni do zniemczenia”, a jeden z esesmanów zaproponował Stefanowi Pawlakowi podpisanie volkslisty. Odmówił. - Ma pan dzieci, niech pan pomyśli o ich przyszłości - nalegał esesman. - Dziękuję, ale jesteśmy Polakami i tej propozycji przyjąć nie możemy… Byli jedynymi Polakami z tego rejonu, którzy odmówili podpisania tak zwanej trzeciej grupy. Represje, których się spodziewali, jednak nie nastąpiły. Stefan Pawlak pracował nadal w elektrowni, dzieci chodziły do szkoły. Jerzy uczył się w gimnazjum, choć Polaków z zasady nie przyjmowano do szkół średnich. Rodzina zaprzyjaźniła się z księdzem Walterem Proske i to on właśnie załatwił Jerzemu przyjęcie do prywatnego gimnazjum. Tak drogiego, że Stefana Pawlaka Jerzego nie było stać na czesne. Kto więc płacił? Mimo że kontakty z księdzem Proske trwały przez lata, nigdy na ten temat się nie mówiło. Sponsor pozostał anonimowy. Jerzy uczył się znakomicie, w 1943 roku otrzymał medal za osiągnięcia w nauce, przyznawany celującym uczniom, a ustanowiony przez szwedzkiego arystokratę von Reinchenbacha, bowiem Stralsund wraz z całą prowincją przez dwieście lat, do roku 1815, należał do królestwa Szwecji.

***

Jerzy Pawlak, kierownik III referatu Urzędu Skarbowego w Sopocie. Koniec lat 40.
Archiwum prywatne Pochód 1-majowy w Sopocie. Rok 1948

Wróćmy do Sopotu. Rok 1948 nie był dobry dla Wyższej Szkoły Handlu Morskiego. Usunięto jej rektora i założyciela uczelni profesora Władysława Kowalenkę, który mawiał publicznie, że „z prądem płyną tylko zdechłe ryby”. Wyrzucono także Eugeniusza Kwiatkowskiego, wykładającego historię gospodarczą świata. Jerzy Pawlak pamięta ostatni wykład Kwiatkowskiego, aula była pełna. Studenci chłonęli jego słowa, bo uznawali jego autorytet, a sława budowniczego Gdyni dodawała mu blasku. Takiego człowieka wyrzucić nie tylko z uczelni, ale z Wybrzeża, to niewyobrażalne! Na szczęście niektórzy profesorowie się ostali. Ekonomikę żeglugi i technikę handlu morskiego wykładali profesor Ocioszyński i profesor Darski, wybitni znawcy tej problematyki. Obaj byli po 1956 roku ministrami żeglugi. Ekonomikę portów morskich wykładał profesor Bolesław Kasprowicz, znakomity praktyk, przed wojną dyrektor Rady Interesantów Portu w Gdyni.

Szarą eminencją na wydziale był Romuald Dobrzyński, sekretarz PPR, który chodził po uczelni z pistoletem w kieszeni. Ekonomii marksistowskiej uczył Michniewicz, adwokat z Wilna. Nie był nawet ekonomistą, ale to widać nikomu nie przeszkadzało. Jerzy Pawlak przypomina sobie, że gdy podczas zajęć jeden ze studentów odniósł się krytycznie do niektórych praktyk gospodarczych, Michniewicz zarządził: zabraniam krytykowania decyzji partii! Studenci uczyli się z partyjnych broszur tłumaczonych z rosyjskiego, a nawet z kalendarzy robotniczych. Podręcznikiem była też książka Schaffa „Wstęp do teorii marksizmu”. - Jedynym egzaminem, który oblałem - wspomina Jerzy Pawlak - był ten z marksizmu-leninizmu. Egzaminator pytał mnie, dlaczego w Polsce zwyciężyła rewolucja socjalistyczna. Udzielałem odpowiedzi zgodnych z tym, co wyczytałem w propagandowych skryptach, ale on ciągle był niezadowolony. Wreszcie wpisał mi niedostateczny i powiedział: - Dlatego że w Polsce były wojska radzieckie!

Pojawiły się naciski, by wstępować do Związku Walki Młodych, potem do Związku Młodzieży Polskiej. Za opowiadanie dowcipów politycznych można było trafić do więzienia. Dwóch studentów, którzy byli maklerami okrętowymi, wyrzucono ze szkoły z wilczym biletem za krytykę systemu. Doniósł kapitan statku, z którym rozmawiali - być może uznał ich za prowokatorów. Na zebraniach krytykowano zgniły kapitalizm i imperializm amerykański, wychwalano „przodujący ustrój polityczny”. Niektórzy składali samokrytykę, były przykłady wyrzekania się „wrogich klasowo” rodziców.

- Nie było atmosfery naukowej, a tylko polityczno-partyjna. Mój entuzjazm do studiowania systematycznie malał - dodaje.

***

Po zaręczynach wyjechali z Basią do Stryszawy koło Suchej. Nie sami oczywiście. Mama Basi była przyzwoitką. Wynajęli dwa pokoje: jeden dla Basi i jej mamy, drugi dla Jerzego. - Dobrze, że była to kobieta pobożna - wspomina Jerzy. - Codziennie chodziła na mszę, mieliśmy trochę czasu dla siebie.

Ślub wzięli w roku 1951, w kościele Świętego Jerzego. Zamieszkali przy ulicy Rokossowskiego, dziś Bohaterów Monte Cassino. W 1952 roku urodził się Antek, potem Maciek.

***

Jerzy studiował zaocznie prawo na Uniwersytecie Warszawskim. - Tam byli prawdziwi profesorowe - ocenia. - Koranyi, Sawicki, Czachórski, Kurowski, Stelmachowski, Gintowt, Resich… Ale na przykład prawo karne wykładał sympatyczny, lubiany przez studentów profesor Igor Andrejew. Później okazało się, że po wojnie był sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego, który za rzekomą współpracę z Niemcami skazał na karę śmierci generała Emila Fieldorfa („Nila”), szefa Kedywu.

- Atmosfera na UW była owszem, naukowa, ale i tam panował serwilizm nie do zniesienia. Bez przerwy i na okrągło cytowano Stalina, szczególnie chętnie cytowano jego „pomnikową” pracę na temat językoznawstwa…

***

Jerzy pracował wtedy w dziale finansowym Zjednoczenia Budownictwa Miejskiego. Roboty nie brakowało. W gruzach leżały ciągle zabytki, budynki mieszkalne. Szefami zjednoczenia byli fachowcy, inżynierowie Janczukowicz i Tołwiński. Ale pewnego dnia dyrektorem naczelnym mianowano murarza, który o zarządzaniu nie miał zielonego pojęcia. W jego imieniu rządziła egzekutywa PZPR. Powołano też „Wydział specjalny”, w którym rezydowali funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa poszukujący akowców.

- Z inżynierem Pawłem Janczukowiczem spotkałem się potem w Przedsiębiorstwie Gospodarki Komunalnej „Północ” w Gdańsku - ciągnie Jerzy Pawlak. - Powierzono mu organizację tego przedsiębiorstwa, a dyrektor Janczukowicz zaproponował mi stanowisko kierownika Wydziału Planowania i Organizacji. To był dziwny zespół. Po pierwsze - nikt tam nie należał do PZPR! Po drugie - co równie zdumiewające, ale nawet ważniejsze - nie było w nim żadnego geologa! Janczukowicz był inżynierem budownictwa, głównym geologiem został inżynier rolnictwa, były właściciel ziemski, wysokie stanowiska zajmowali przedwojenni oficerowie, a kierowcą był hrabia Tyszkiewicz. Jeśli dodać do tego brak pieniędzy, to było jasne, że przedsiębiorstwo dobrze działać nie mogło. Wymieniano więc dyrektorów…

Gdy z czasem Jerzy Pawlak został przewodniczącym Rady Robotniczej, to jego zobowiązano do wystąpienia do ministerstwa o zdjęcie z funkcji dyrektora.

- Stanąłem przed dylematem moralnym - wspomina. - Miałem 25 lat, a dyrektor był człowiekiem przyzwoitym, w dodatku bohaterem, pilotem RAF, ale przedsiębiorstwem geologicznym zarządzać nie potrafił.

***

Przenosimy się na koniec do roku 1972. Odbywają się wybory do Sejmu, a kilku młodych ludzi rozrzuca na ulicach ulotki z hasłem „Nie głosuj na morderców Grudnia”. Ulotki odbito na dziecięcej drukarce Antka Pawlaka, aktywnego członka tej grupy. Milicjanci złapali chłopców na gorącym uczynku. Rewizje, aresztowania, proces. W 1973 roku wszyscy zostali skazani „za rozpowszechnianie fałszywych wiadomości mogących zaszkodzić Polsce Ludowej”. Antoni Pawlak na półtora roku z zawieszeniem na trzy lata.

A Jerzemu Pawlakowi zaproponowano w tym samym czasie stanowisko wiceprezydenta Gdańska!

- Byłem przekonany, że nic z tego nie wyjdzie, bo skojarzą ojca z synem i mianują kogo innego. Ale premier Jaroszewicz podpisał nominację.

- Dlaczego więc nie został pan wiceprezydentem?

- Otrzymałem inną propozycję. Stanowisko dyrektora departamentu w Centralnym Urzędzie Geologii w Warszawie. Ale w końcu dyrektorem też nie zostałem, bo nie wyraził zgody Wydział Kadr KC PZPR. Byłem członkiem Stronnictwa Demokratycznego, a zgodnie z nomenklaturą stanowisko powinien był objąć pezetpeerowiec. Zostałem jednak wicedyrektorem, bo na to zgoda KC nie była już potrzebna. A Antek na dobre zaangażował się w opozycję. I mój młodszy syn Maciek także.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Barbara Szczepuła

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.