Piątka dla zwierząt Kaczyńskiego. Dla zwierząt warto pójść nawet na układ z diabłem

Czytaj dalej
Fot. archiwum TTOPZ
Dorota Witt

Piątka dla zwierząt Kaczyńskiego. Dla zwierząt warto pójść nawet na układ z diabłem

Dorota Witt

Koniec mordęgi zwierząt hodowlanych - jak chcieliby aktywiści? Nóż w plecy polskim rolnikom - jak głoszą potentaci branży futrzarskiej? A może tylko kolejna polityczna zagrywka? Czym jest „piątka dla zwierząt”, a czym być powinna? Jak trzeba zmienić polskie prawo i czy to wystarczy? Rozmowa z Piotrem Korpalem, prezesem Toruńskiego Towarzystwa Ochrony Praw Zwierząt.

Jakie interwencje najmocniej zapadają w pamięć?

Zgłosił się do mnie agent ubezpieczeniowy. Jego klienci złożyli wniosek o odszkodowanie ze względu na zalane mieszkanie. Okazało się, że mokre zacieki na suficie to mocz psa sąsiadów z góry. Zwierzę nie było w ogóle wyprowadzane na zewnątrz (zresztą to jedno z częstych zaniedbań właścicieli psów w miastach). Potrzeby załatwiało zawsze w tym samym miejscu, stąd efekt. Nie rozumiem, jak ci ludzie mogli żyć w tym mieszkaniu, jakim cudem im to nie przeszkadzało. Do dziś nie wiem też, po co był pies inteligentnemu, dobrze ubranemu mężczyźnie, ojcu rodziny, który trzymał czworonoga w mieszkaniu, do którego przez rok zaglądał tylko raz w tygodniu. Zwierzę przez ten czas ani razu nie było na spacerze. Policjanci poprosili nas o pomoc, bo mieli opory przed wejściem do mieszkania. „Pierzynka” z odchodów na podłodze we wszystkich pomieszczeniach sięgała po kostki, a lokal był zdemolowany. Jakieś 90 proc. naszej pracy to wyjazdy interwencyjne. Najsmutniejsze są momenty, kiedy odbieramy psa, bo wiemy dobrze, że jeśli zostanie w takich warunkach, jakie zgotował mu człowiek, umrze, ale wiemy też dobrze, że stan zwierzęcia jest już na tyle zły, że zabieramy je właściwie tylko po to, by je uśpić, by mogło godnie odejść.

Pies na łańcuchu - to ciągle jeszcze zwyczajny obrazek na polskiej wsi
archiwum TTOPZ Pies na łańcuchu - to ciągle jeszcze zwyczajny obrazek na polskiej wsi

„Skandalem jest zabieranie zwierząt przez organizacje” - mówił w kwietniu minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, przy okazji nazwał obrońców praw zwierząt przebierańcami, którzy lekceważą przepisy obowiązujące w związku z pandemią, bo właśnie ona miała się stać pretekstem do wprowadzenia zakazu interwencyjnego odbierania zwierząt. Dziś politycy partii rządzącej zmieniają front, w proponowanej nowelizacji ustawy o ochronie praw zwierząt - „piątce dla zwierząt” - mowa jest nawet o wsparciu przez służby organizacji prozwierzęcych podczas takich interwencji.

I to rzeczywiście mogłoby się sprawdzić – pytanie, jak wyglądałoby w rzeczywistości.

Niemal zawsze podczas takich interwencji konieczna jest rozmowa z właścicielem albo wręcz negocjacje. Stosunkowo rzadko zdarza się, że zwierzę jest celowo okaleczane, maltretowane, bite. Choć bywają i sytuację skrajne, jak wtedy, gdy zaalarmowano mnie, bo ktoś powiesił psa. Zwykle domowym czworonogom dzieje się krzywda, bo ludzie nie uświadamiają sobie ich potrzeb: nie zapewniają im ruchu, swobody, kontaktu z człowiekiem, z innymi zwierzętami… Niemal za każdym razem usiłuję uświadomić właścicielom zaniedbanego zwierzęcia, co jest mu niezbędne: przekonać ich, że pies musi jeść codziennie, że zawsze musi mieć czystą wodę, że musi mieć, gdzie się schronić przed upałem. Jednym z problemów, z jakimi mierzymy się najczęściej, to trzymanie psa na łańcuchu. To nadal zupełnie normalny obrazek na polskiej wsi. - Po co panu te psy – pytam jednego razu właściciela czterech łańcuchowych kundelków, ojca piątki dzieci, którego ani na ogrodzenie, ani na karmę dla zwierzaków nie stać.

- No jak to, po co? - pyta on. - Jak może być gospodarstwo bez psów?

Najsmutniejsze są momenty, kiedy odbieramy psa, bo wiemy dobrze, że jeśli zostanie w takich warunkach, jakie zgotował mu człowiek, umrze, ale wiemy też dobrze, że stan zwierzęcia jest już na tyle zły, że zabieramy je właściwie tylko po to, by je uśpić, by mogło godnie odejść.

„Pies może przebywać na uwięzi nie dłużej niż 12 godzin, a łańcuch powinien mieć co najmniej 3 metry długości” – tyle ustawa o ochronie praw zwierząt jaką znamy od 1997 roku.

W teorii. W praktyce ten problem jest właściwie nierozwiązywalny. Niełatwo jest udowodnić, że pies rzeczywiście przebywa na łańcuchu dłużej niż pozwala na to prawo: jeżeli właściciel zaprzecza, mamy słowo przeciwko słowu, bo o świadków trudno, zwłaszcza że zwykle ci, którzy sprawę zgłaszają, chcą pozostać anonimowi.

Proponowana nowelizacja ustawy ma wydłużyć łańcuchy do 6 metrów.

I nałożyć na właścicieli obowiązek zapewnienia zwierzęciu trzymanemu na uwięzi 20 m kw. powierzchni, by miało względną swobodę ruchu. Tylko po co w ogóle na te łańcuchy pozwalać? Psi przodek, wilk, przemierza setki kilometrów, taka jego natura. Zwierzę trzymane na uwięzi staje się agresywne, z czasem zaczyna się go bać nawet właściciel. To proste: pies ma zakodowane dwa mechanizmy obronne - ucieczka albo atak. Jeśli od urodzenia uczy się, że uciec mu się nie uda, bo jest na uwięzi, na każde zagrożenie, na każdą nową, stresującą sytuację reaguje atakiem. Jestem psim behawiorystą, w ramach wolontariatu pomagam w schronisku „naprawić” usposobienie psów łańcuchowych, zmienić ich wyuczone zachowania, tak by mogły trafić do adopcji, by ktoś je zechciał. To bardzo trudna praca. W wielu europejskich krajach dawno już zakazano trzymania psów na łańcuchach. A u nas? Młody polityk, lekarz, lider PSL, Władysław Kosiniak-Kamysz, jeszcze niedawno powiedział: „Polska wieś nie jest gotowa na zdjęcie psom łańcuchów”.

Zdanie zmienił chyba w kampanii wyborczej, kiedy przyszło walczyć o głosy młodych.

Politycy mają swoją grę, a prawa zwierząt stają się jej elementem, bo bardzo działają na emocje i angażują. Dość powiedzieć, że kiedy w Toruniu organizowałem protest w sprawie wyboru nowego prowadzącego schronisko, przyszło 1000 osób. Baner trzymali z jednej strony działacze lewicy z drugiej – przedstawiciele organizacji narodowych. Dla polityków mówienie o losie zwierząt może więc być po prostu sposobem na przekonanie do siebie wyborców. Pamiętamy chyba wszyscy, że w sejmie pomysł podobnej zmiany przepisów, jaki pojawia się teraz, był już w 2017 roku (zresztą trzeba przyznać, że partia rządząca zawsze była np. przeciw ubojowi rytualnemu, które i proponowana obecnie zmiana przepisów znacznie ogranicza). Pamiętamy, jak za odejściem od tego pomysłu lobbował sam Tadeusz Rydzyk. Liczę się więc z tym, że „piątka dla zwierząt” może być jedynie elementem politycznej rozgrywki. Ale ja nawet z diabłem poszedłbym na układ, gdyby to miało pomóc zwierzakom. Wydaje się, że na propozycjach najbardziej skorzystają właśnie psy, bo zapisy mówiące o ich dobrostanie są chyba najbezpieczniejsze. Obawiam się, że te zakazujące hodowli zwierząt futerkowych mogą być jedynie kartą przetargową (tak mi się jakoś skojarzyło z pokerem…) rzuconą na stół po to, by było z czego zejść podczas negocjacji.

A więc ta nowelizacja to nie „nóż w plecy polskim rolnikom” - jak mówią potentaci branży futrzarskiej?

Biznesu futrzarskiego nie da się w zadzie prowadzić w Polsce legalnie tak, by się opłacał. Już dziś na tę branże nałożonych jest sporo ograniczeń i nakazów, jak choćby wielkość klatek czy liczebność hodowli. Jeszcze kilkanaście lat temu maksymalna liczba norek na fermie wynosiła 8,4 tys. Warunkowane było to wpływem takiej fermy na środowisko. W 2004 roku te normy zmieniono i teraz hodowle mogą liczyć nawet 84 tysiące norek. Dla niektórych – ciągle za mało. Co zatem robią co sprytniejsi przedsiębiorcy? Rejestrują wiele spółek zajmujących się hodowlą zwierząt na futra pod tym samym adresem. Powstaje gigantyczna ferma, ale na papierze nie ma się do czego przyczepić. A więc jakoś nie żałuję ludzi, którym – zgodnie z propozycją zmiany prawa – daje się rok na zwinięcie futrzarskiego kramu. Bo gdyby weszła tam rzetelna kontrola Inspekcji Weterynaryjnej, pewnie musieliby go zamknąć od razu. Osobnym tematem jest właśnie ta rzetelna kontrola – stworzone do ich przeprowadzania instytucje trzeba wzmocnić, dać im narzędzia prawne do działania i pieniądze na dodatkowe etaty dla specjalistów.

Żeni, ukraiński współpracownik Stowarzyszenia Otwarte Klatki, na ponad dwa miesiące zatrudnił się w największej w Polsce fermie norek. Jego nagrania pokazują ogromne cierpienie tych zwierząt. Norka to zwierzę wodne, na fermie spędza życie w ciasnej klatce, nie widzi nawet wody. W naturze prowadzi samotnicze życie, z innymi łączy się tylko w okresie godowym, dlatego, gdy znajduje się w olbrzymiej hodowli, walczy z innymi. W efekcie norki w klatkach odgryzają sobie głowy, uszy, zagryzają się. W Europie obserwujemy dwie tendencje: albo takie hodowle są zakazywane, albo na hodowców nakładane są ogromne ograniczenia – z myślą o dobrostanie zwierząt. W pierwszej grupie jest np. Holandia – okres przejściowy potrwa tam do 2024 roku, w drugiej Niemcy, skąd przedstawiciele futrzarskiego biznesu sami konsekwentnie się wynoszą, tam, gdzie prawo takich praktyk nie zakazuje. Fundacja Viva! Akcja dla zwierząt robiła swego czasu obliczenia – zestawiła wielkość ciała lisa z wielkością klatki, w jakiej zamyka się te hodowlane. Okazuje się, że to tak, jakby umieścić człowieka w dwóch złożonych trumnach.

wyprodukowane na polskich fermach futra są wywożone na Zachód, tam przetwarzane, np. na czapki, a te eksportuje się do Azji, gdzie noszenie futer nadal jest oznaką wysokiego status społecznego. Duże hodowle zwierząt na futra są prowadzone głównie w krajach, gdzie nie dba się zbytnio o ochronę środowiska, bo takie fermy środowisko niszczą. Czy na pewno chcemy być ściekiem Europy dla chińskich pieniędzy?

W dyskusji o zakazie hodowli zwierząt pada też taki argument: dziś zamykamy fermy norek, jutro czeka nas zakaz hodowli świń…

Trzeba zadać sobie pytanie, kto kupuje futra? W Europie nie ma na nie zupełnie popytu, ten biznes nie ma zatem racji bytu. A jednak wyprodukowane na polskich fermach futra są wywożone na Zachód, tam przetwarzane, np. na czapki, a te eksportuje się do Azji, gdzie noszenie futer nadal jest oznaką wysokiego status społecznego. Duże hodowle zwierząt na futra są prowadzone głównie w krajach, gdzie nie dba się zbytnio o ochronę środowiska, bo takie fermy środowisko niszczą. Czy na pewno chcemy być ściekiem Europy dla chińskich pieniędzy? A mięso? Ludzie je jedzą i będą jedli, odchodzą od niego bardzo powoli, więc nie obawiałbym się o losy ubojni czy ferm drobiu.

„Piątka dla zwierząt” to ma być ukłon też w stronę zwierząt cyrkowych, ale cyrkowe lobby nie jest chyba tak silne jak to futrzarskie, bo z tej strony raczej nie słychać echa.

Cyrk, jak futra, jest już passe. Na szczęście. Chyba każdy ma świadomość tego, że nie sposób inaczej nauczyć słonia tańczyć na tylnej nodze, jak tylko elektrowstrząsami...

Znowelizowane przepisy dobrze będą chronić bezdomne zwierzęta?

Tu byłbym ostrożnym optymistą. W nowelizacji mowa jest o tym, że schroniska dla zwierząt mogą prowadzić osoby niekarane za przestępstwa umyślnego znęcania się nad zwierzętami, co jest mało precyzyjne, dodatkowo – że mogą to robić organizacje. Założenie organizacji pożytku publicznego zajmuje jakieś 30 minut, to koszt 150 zł. Żadna to przeszkoda dla chcących prowadzić nieuczciwy biznes. Żeby prawo faktycznie chroniło zwierzęta, trzeba je napisać tak, by to dobrostan zwierząt był osią, do której się wszystko odnosi, a nie forma prawna podmiotu prowadzącego schronisko.

Pies na łańcuchu - to ciągle jeszcze zwyczajny obrazek na polskiej wsi
archiwum TTOPZ - Najsmutniejsze są momenty, kiedy odbieramy zwierzę, bo wiemy dobrze, że jeśli zostanie w takich warunkach, jakie zgotował mu człowiek, umrze, ale wiemy też dobrze, że stan zwierzęcia jest już na tyle zły, że zabieramy je właściwie tylko po to, by je uśpić, by mogło godnie odejść - mówi Piotr Korpal

Dlaczego w Polsce jest tak wiele bezdomnych zwierząt?

Mam taki zwyczaj (inni mówią: manię), że będąc na wakacjach, odwiedzam schroniska. Kiedy byłem w Oxfordzie, miasteczku porównywalnym wielkością z Toruniem, w tamtejszym schronisku spotkałem 24 psy. U nas jest ich ponad 200. Ale tam zwierzęta są obowiązkowo czipowane i... kosztują. Już tłumaczę. Pierwszym krokiem w walce z bezdomnością czworonogów jest sterylizacja i kastracja. Ale to nie stanie się powszechne, dopóki za wyrzucenie czy oddanie do schroniska kolejnego miotu kociąt, nie będzie właściwie nic groziło. Pies, także schroniskowy, powinien kosztować, tylko wtedy ludzie będą mieli poczucie odpowiedzialności. Jeśli ktoś wziął szczeniaka za pół litra wódki od przypadkowej osoby pod sklepem, a zwierzak zachoruje, właściciel nie zdecyduje się zapłacić kilkuset złotych za jego leczenie. Gotowe rozwiązania możemy czerpać od innych krajów.

W Wielkiej Brytanii za posiadanie psa trzeba zapłacić sporą sumę gminie, ale jest możliwość zwolnienia z opłaty – pod warunkiem, że jest szansa, że pies nie przysporzy gminie kosztów, bo został zaszczepiony, wykastrowany, zaczipowany (co działa na wypadek ucieczki i w cudowny sposób zapobiega też porzucaniu zwierząt…). Ale Anglia, gdzie funkcjonują nawet ubezpieczenia zdrowotne dla psów, to jeszcze nie jest przykład z naszej półki.

Dorota Witt

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.