Paweł Adamowicz: Pomyliłem się, ale odpokutowałem za to [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Fot. Przemyslaw Swiderski
rozm. Ryszarda Wojciechowska

Paweł Adamowicz: Pomyliłem się, ale odpokutowałem za to [ROZMOWA]

rozm. Ryszarda Wojciechowska

Ci samorządowcy i politycy, którzy myślą, że jeśli będą stosować zasadę tisze jedziesz dalsze ujedziesz, nie będą przez PiS ruszani, mylą się albo są, po prostu, naiwni - mówi prezydent Gdańska Paweł Adamowicz i apeluje, by już dziś budować koalicję antypisowską.

Jednak Pan stanie przed sądem.

Mam własne zdanie na ten temat, ale nie będę go upubliczniał. Szanuję wyrok Sądu Okręgowego w Gdańsku. I nadal wierzę w niezależność polskiego sądownictwa.

Ale po decyzji sądu, który nie zgodził się na warunkowe umorzenie postępowania, Pana rzecznik w oświadczeniu stwierdził, że to polityczna gra. Ciekawe, że kiedy wcześniejsza decyzja sądu była dla Pana pomyślna, to nie słychać było o upolitycznieniu. A kiedy jest niepomyślna, to mowa o politycznej grze...

Z polityczną grą mamy na pewno do czynienia ze strony prokuratury. Bo ona dzisiaj nie jest niezależna. Na jej czele stoi polityk Zbigniew Ziobro. I on lub jego zastępcy jednym telefonem mogą kierować działaniami prokuratury. Panie prokuratorki, które prowadziły moją sprawę w Poznaniu, zostały zdegradowane dlatego, że nie działały po myśli nowego prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. Sami o tym pisaliście. Powtarzam, w Polsce nie tylko w prokuraturze mamy do czynienia z czystkami politycznymi, pachnącymi czasami komunistycznymi.

Nie oceniam wyroku sądu, mówię tylko o skutkach. Dla prokuratury ta decyzja to bardzo wygodne rozwiązanie. Po pierwsze dlatego, że przez 24 miesiące aż do wyborów samorządowych w 2018 roku będzie można Adamowicza grillować. Prokurator generalny wyciągnął wnioski z czasów pierwszych rządów PiS - nie zawsze musi chodzić o skazanie czy uwięzienie, ale o permanentne grillowanie. Bo części opinii publicznej takie ruchy się podobają. A po drugie, będzie to osłabienie wizerunku urzędującego aktualnie prezydenta Gdańska.

Pan mówi tak, a Janusz Śniadek komentuje, że ta decyzja sądu świadczy o tym, że wreszcie w Polsce kończy się epoka nietykalnych.

Panu posłowi chyba jakoś niespecjalnie przeszkadza, że w tzw. mediach narodowych moralizuje osoba skazana w głośnej aferze Stella Maris, nota bene działacz SLD. Ba, pan poseł razem z nim udziela się w Radiu Gdańsk. Jestem też ciekaw, czy poseł Śniadek złoży interpelację do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, w której zapyta o działania prokuratury w sprawie opisanej przez „Newsweek”. Chodzi o sfinansowanie mitingu zorganizowanego przez Solidarną Polskę z pieniędzy unijnych oraz sięgające dziesiątek tysięcy wpłaty na tą partię rodzin i znajomych panów Kurskiego, Ziobry czy Cymańskiego. Czytam, że ktoś ma 29 tys. dochodu, a partii daje 20 tys. darowizny. Ciekawe?

Ta decyzja sądu uruchomiła już wyścig do prezydenckiego fotela w Gdańsku. Na prezydenckiej giełdzie krąży kilka nazwisk, a jeden kandydat Jarosław Wałęsa stoi nawet w blokach startowych i po raz kolejny powtarza, że chce kandydować, jeśli PO na niego postawi.

A ja powtórzę raz jeszcze tym, którzy dzisiaj eksplodują swoimi indywidualnymi ambicjami, mniej czy bardziej uzasadnionymi, że my jako obóz prodemokratyczny powinniśmy szukać wspólnych kandydatów na prezydenta Gdańska i innych miast. Szukajmy takich rozwiązań, które by nie rozpraszały głosów antypisowskiego elektoratu. To wyzwanie na dzisiaj. Najpierw mówmy o zasadach kształtowania list wyborczych i o kryteriach, jakie powinien spełniać dobry kandydat na prezydenta, a nie zaczynajmy od karuzeli nazwisk. Wyborcom w Gdańsku powinniśmy się zaprezentować jako wspólny, polityczny front. Bo tylko taki front da gwarancję, że w Radzie Miasta Gdańska większość mandatów zdobędą radni z Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej, KOD-u czy innego ugrupowania, a nie radni PiS. Już teraz widać, że koalicja wyborcza jest niezwykle istotna, bo zdobycie większości przez jedno ugrupowanie będzie trudne, a może nawet niemożliwe.

Może łatwiej byłoby o wspólny front, gdyby Pan teraz określił się jasno, czy będzie kandydować za dwa lata, czy też nie będzie?

Ja jestem czynnikiem stabilności w mieście.

A co to znaczy?

Mnie się nigdzie nie spieszy. Odpowiadam za bieżące zarządzanie, rozwój Gdańska i jego przyszłość. I nie mogę się dzisiaj wikłać w personalną rozgrywkę pod hasłem, który kandydat jest lepszy, a który gorszy. W odpowiednim czasie zabiorę głos. To byłoby politycznie niemądre opowiadać się w tej chwili.

A nie jest Pan zmęczony rządzeniem? W końcu to już osiemnaście lat.

W moim przypadku to 26 lat pracy w samorządzie.

Ta historia z sądem przeczołga Pana życiowo, więc może lepiej byłoby powiedzieć dość.

Decyzję o tym, czy wystartuję w kolejnych wyborach już dawno podjąłem, ale powtarzam - na jej ogłoszenie jeszcze za wcześnie. To media zaczęły prognozować, kto mógłby wystartować w tym prezydenckim wyścigu. A partie niejako przez was, dziennikarzy zostały zmotywowane, żeby nie powiedzieć zmuszone, do wypowiadania się w sprawie kandydatów. Ja w tych personalnych puzzlach nie chcę występować. Znam Gdańsk od wielu lat i wiem, że ten prezydencki fotel nie jest tak wygodny i bezpieczny jak fotel parlamentarzysty czy europarlamentarzysty.

Ale jakoś Pan prezydent nie chce się od niego odkleić.

Posługuję się tym porównaniem, żeby wskazać, że mówienie o potencjalnym gospodarzu Gdańska to rzecz niezwykle poważna. I dlatego sprowadzenie tematu do kolażu nazwisk jest niepoważne.

A może gdyby Pan dzisiaj powiedział - nie będę kandydować, zszedłby Pan z linii strzału dla PiS? Bo ciągle Pan powtarza, że jest na ich linii strzału z powodów politycznych.

Ci samorządowcy i politycy, którzy myślą, że jeśli będą stosować zasadę tisze jedziesz dalsze ujedziesz, nie będą przez PiS ruszani, mylą się albo są, po prostu, naiwni. Dzisiaj, kiedy PiS demontuje demokratyczne państwo prawa, gdzie prezydent i premier łamią konstytucję, nie publikując orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego, a prezydent nie powołując trzech prawidłowo wybranych sędziów TK, nikt nie powinien stać z boku i udawać, że nic się nie dzieje. Zgadzam się z Ludwikiem Dornem, który przypomina słynną PRL-owską tezę, że walka klasowa zaostrza się w miarę budowy socjalizmu. Można to przenieść na nasz grunt, mówiąc, że im mocniej PiS będzie się utwierdzać we władzy, tym walka polityczna będzie się bardziej zaostrzać.

Wyobraża Pan sobie Gdańsk za dwa lata bez prezydenta Adamowicza?

Wszystko sobie wyobrażam.

To kto mógłby zatrzymać PiS w tym marszu po władzę?

Rozmawiałem ostatnio z marszałkiem Bogdanem Borusewiczem, który uśmiechnął się na myśl, że jego kolega partyjny, nie rozmawiając z nim zresztą na ten temat, wymienił go w mediach jako kandydata na prezydenta Gdańska. Ja to nawet rozumiem, że kiedy dziennikarz pyta, to polityk zmusza się do sformułowania propozycji, która potem opisana w mediach i powtórzona wiele razy, staje się niemal faktem. I Bogdan Borusewicz jako człowiek z poczuciem humoru i dystansem do siebie, pytany o to wskazanie, odpowiedział, że owszem jest zainteresowany kandydowaniem na prezydenta, ale... Polski. Chyba jednak nie do końca zostało to odebrane jako dowcip. I myślę, że za chwilę kilku kolegów dowie się, że chcą konkurować na przykład z Donaldem Tuskiem. W ten sposób nakręca się spiralę emocji, które nie mają żadnego związku z rzeczywistością.

No dobrze, ale Pan też podczas spotkania z dziećmi ukraińskimi, pytany przez nie - czy jest Pan prezydentem tego kraju, odparł: - Jeszcze nie.

To była rozmowa z dziećmi i to z zagranicy, więc ten typ humoru nie jest zabroniony.

Sądzi Pan, że takie partie jak Platforma czy Nowoczesna zgodzą się na wspólnego kandydata na prezydenta? Że nie wolą mieć każda własnego?

Patrząc na sondaże wyborcze i sytuację polityczną w kraju, zwracam się publicznie z apelem do tych ugrupowań - spróbujcie usiąść do stołu i rozmawiać. Im szybciej dogadamy się przed wyborami, tym mniej będzie iskrzyć po wyborach, kiedy trzeba będzie wybierać, na przykład, wiceprezydentów.

W jakiej roli Pan widziałby siebie przy budowaniu takiej koalicji?

Służę wiedzą i doświadczeniem.

Ależ Pan wędruje zakolami w tych odpowiedziach.

A Pani pyta jak prokurator. Moje ambicje nie są dzisiaj najważniejsze. Nie chcę nimi zaprzątać głowy mieszkańcom Gdańska, tak jak to robią inni od kilku dni. Zastanówmy się lepiej wspólnie nad tym, jak wywalczyć pieniądze na S6 czy jak obronić niezależność Regionalnej Izby Obrachunkowej, bo jest przygotowywana nowa ustawa, która spowoduje, że prezydenci i rady miast znajdą się pod ogromną kontrolą RIO, której szef będzie wybierany przez premiera. To byłby powrót do PRL. Brońmy niezależności Lotosu, bowiem ta karuzela stanowisk, jaką obserwujemy, źle wróży tej firmie na przyszłość. I grozi całkiem realnym połączeniem Lotosu z Orlenem. Spróbujmy się dogadać, bo wiem, że przy całej polaryzacji politycznej udaje się robić wspólnie coś sensownego. Muszę przyznać, że minister infrastruktury Andrzej Adamczyk i wiceminister Kazimierz Smoliński zachowali się profesjonalnie, wspierając budowę mostu łączącego nas z Wyspą Sobieszewską. I ja im za to publicznie dziękuję.

Powtórzę swoje pytanie do Pana sprzed kilku miesięcy. Nadal Pan śpi spokojnie?

Śpię spokojnie. Ale...

Z otwartym okiem?

Każda nagonka, te Himalaje kłamstw w tzw. telewizji narodowej, prowadzonej przez propagandzistę Jacka Kurskiego chyba dla nikogo nie byłaby miła. To jest przykre przede wszystkim dla mojej starszej córki, która już rozumie otaczający ją świat. Prowadzę z nią długie rozmowy, żeby jej tłumaczyć te mechanizmy kłamstwa i propagandy. Ale mam też wiele gestów wsparcia. Przytoczę tylko jednego SMS-a: „To już komuniści robili bardziej subtelną propagandę. Życzymy wytrwałości”. Dziękuję Danuto i Tomku.

No tak, ale gdyby te oświadczenia były dobrze wypełnione i nie było w nich haczyków, to dziś nie musiałby Pan się tłumaczyć przed sądem i córką.

Mogę tylko odpowiedzieć tak, że ja w odróżnieniu od ministra Mariusza Kamińskiego nie nadużywałem władzy, nie łamałem prawa w skali niespotykanej, nie zostałem skazany w pierwszej instancji wyrokiem bez zawieszenia i nie zostałem też ułaskawiony w sposób tak bezprecedensowy jak on przez swojego kolegę partyjnego, prezydenta RP. Z otwartą przyłbicą mówię, że moje winy, do których się przyznaję, są niczym w porównaniu z winą Mariusza Kamińskiego. Owszem, pomyliłem się i poniosłem za to karę, odpokutowałem za to z nawiązką. Bo dla osób, które funkcjonują publicznie nie ma większej kary, jak takie długotrwałe, systematyczne grillowanie na oczach całej Polski.

rozm. Ryszarda Wojciechowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.