Otwarcie, ale co dalej?

Czytaj dalej
Fot. Karolina Misztal
Jarosław Zalesiński

Otwarcie, ale co dalej?

Jarosław Zalesiński

Jutro Muzeum II Wojny Światowej otwiera swoje podwoje dla zwiedzających. To nowy rozdział w historii tej placówki, z niewiadomym ciągiem dalszym

Czy II wojna światowa rozpoczęła się od strzałów na Westerplatte, czy może od bomb zrzuconych na Wieluń? A może zaczęła się na moście w Tczewie? Odpowiedzi na te pytania pojawiają się rozmaite. Odpowiedź na pytanie, kiedy rozpoczęła się bitwa o Muzeum II Wojny Światowej, wydaje się natomiast jedna: 15 kwietnia 2016 roku, gdy Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego opublikowało rozporządzenie o zamiarze połączenia Muzeum II Wojny Światowej oraz Muzeum Westerplatte i Wojny 1939.

Resentyment

Tyle że batalia rozpoczęła się wcześniej - za pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości, w latach 2005-2007. PiS przygotowało wówczas wstępną koncepcję Muzeum Pola Bitwy na Westerplatte. Gdy władzę przejęła Platforma, ta koncepcja poszła do kosza. Rząd Donalda Tuska postawił w 2008 roku na własny muzealny projekt - Muzeum II Wojny Światowej.

Rzecz nie w tym, by dzisiaj dywagować, który muzealny projekt był i jest lepszy. Za każdym z nich przemawiają poważne atuty. Idzie o to, by pamiętać, że podglebiem obecnego konfliktu jest taki oto mechanizm - wy kiedyś wycinaliście nas, a teraz my możemy wycinać was. Tym „podglebiem” jest zatem resentyment, potrzeba rewanżu. Elity PiS zapowiadały co prawda, że po wygranych wyborach nie będą się tą potrzebą kierowały, ale - tak to określmy - nie całkiem się to udało. Muzeum II Wojny Światowej jest tego pojedynczą, ale wymowną ilustracją.

Polski punkt widzenia

Oczywiście, w przestrzeni publicznej spotykaliśmy się z inną argumentacją, trojakiego typu. Argumentacja nr 1 próbowała przedstawić dyrekcję muzeum jako defraudantów, którzy np. wydali o wiele więcej pieniędzy, niż przewidywał pierwotny budżet. Zarzut notabene mający oparcie w faktach, bo budowę bardzo podrożyła konieczność uporania się z problemami hydrotechnicznymi. Kto był na ogłoszeniu wyników konkursu architektonicznego na siedzibę muzeum, pamięta może jeszcze, że przedstawiciele zwycięskiej pracowni zapewniali wtedy (w odpowiedzi na indagacje przegranej konkurencji), że problem wód został gruntownie zbadany. No ale rzeczywistość tego potem nie potwierdziła... Do kosztorysu budowy trzeba było dorzucić zapłatę za zainstalowanie wielkiej betonowej „wanny”. Wszystko to prawda - tylko że wina dyrekcji jest tu żadna.

Argumentacja nr 2 jest również ekonomiczna: ministerstwo przekonuje, że nie ma racji bytu utrzymywanie w jednym mieście dwóch osobnych muzeów o bliskim sobie profilu. Można by stwierdzić w odpowiedzi: skoro to ekonomicznie nieracjonalne, to po co ministerstwo utworzyło Muzeum Westerplatte? Lepiej jednak odpowiedzieć: czy to nie argumentacja bałamutna? Dzisiaj jest to zarzut główny, ale przecież przez długi czas obowiązywała argumentacja nr 3, której linię wyznaczył prezes Jarosław Kaczyński na konwencji PiS w Sosnowcu jeszcze w 2013 roku. Stwierdził wówczas, że PiS chce zmienić kształt Muzeum II Wojny Światowej, tak żeby wystawa w tym muzeum „wyrażała polski punkt widzenia”. O to przecież zawsze szło: nie o ekonomię, tylko o ideologię, o rzekomy uniwersalizm wystawy głównej i zapoznawanie przez nią chwały polskiego oręża. To, że argumentacja ta po cichu wyszła z użycia w sporze o muzeum, to notabene wielki sukces autorów wystawy. Zarzuty nie ostały się w konfrontacji z jej zawartością.

Ślad po poprzednikach

Od jutra Muzeum II Wojny Światowej staje się wreszcie dostępne dla publiczności. Każdy, kto jest tym zainteresowany, może się przekonać, na ile ciekawie i mądrze opowiada o polskim losie, splecionym z losami innych narodów.

Sam, będąc pod mocnym wrażeniem tej ekspozycji, nie czuję się powołany do roli jej bezkrytycznego piewcy. Weźmy np. finalny akcent: film złożony z migawek ilustrujących największe światowe konflikty po 1945, w takt protest songu Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat”. O czym ma nas ten film przekonać? Że każda wojna jest zła? Na pewno każda? Nie prowadzono żadnej wojny w słusznej sprawie? Naiwny pacyfizm tej prezentacji nie trafił mi do przekonania.

Wystawa powinna się teraz stać przedmiotem publicznej debaty na argumenty. Należy się jednak, niestety, spodziewać, że skończy się to tym samym co zawsze polskim sporem. Kto będzie chwalił, będzie „z tamtymi”, kto nie jest „z nimi”, będzie musiał krytykować. Do bólu to przewidywalne.

Najważniejszy problem dotyczy jednak czego innego: dalszych kroków obozu władzy. Prof. Paweł Machcewicz, dyrektor muzeum, zagrał na nosie prof. Piotrowi Glińskiemu, otwierając muzeum, zanim ten zdążył zwolnić go ze stanowiska. Dyrektora broni teraz wartość ekspozycji. Minister musiałby znaleźć jakieś specjalne argumenty, by coś w niej naruszać. Czy będzie ich szukał?

W boju pomiędzy IV i III RP obowiązywała dotąd logika, że ślady po poprzednikach trzeba wypalać. W różnych dziedzinach logika ta pokazała już swoją nieracjonalność i destrukcyjność. Zobaczymy, jak będzie tym razem.

Jarosław Zalesiński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.