Marek Ponikowski

Ostatni kurs i zagadkowy Citroen

Ostatni kurs i zagadkowy Citroen
Marek Ponikowski

W roku 1963, gdy gdyński kryminał w reżyserii Jana Batorego wszedł na ekrany, społeczna pamięć o czarnych Citroenach z funkcjonariuszami UB w środku była wciąż żywa.

No i co? - zapytałem.- Nic. Jak dotąd nic. Ale znowu kogoś przesłuchiwali. Sprawa toczy się swym nieuchronnym trybem. To już tylko kwestia godzin... Wydaje mi się, że jestem śledzony.

- E, to chyba złudzenie... - uśmiechnąłem się, ale dreszcz przeszedł mi przez krzyże.

- Chyba nie - odparł. - Ciągle jeździ za mną czarna „cytryna”. Czasami, jak idę chodnikiem, sunie powoli przy brzegu o parę kroków z tyłu.

Wszyscy znali czarne Citroeny, pędzące często przez miasto. Były to szybkie samochody i świetnie trzymały się drogi…

Akcja mikropowieści Jerzego Stawińskiego „Sprawa holenderska” rozgrywa się w roku 1950. Dwa lata wcześniej sprowadzono do Polski sporą partię tych aut, głównie modelu BL 11, kupionych we Francji w barterze za polski węgiel. Niektóre przydzielono wojewodom, większość trafiła do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. W państwie, w którym wedle powtarzanej szeptem reguły społeczeństwo dzieli się na tych, który siedzieli, siedzą albo będą siedzieć, widok takiego samochodu budził lęk. Po roku 1956 złowrogi skrót UB zastąpił inny, na pozór mniej groźny: SB. Wrogowie ustroju znacznie rzadziej trafiali za kraty. Wyeksploatowane Citroeny posprzedawano na przetargach.

***

Na początku lat 60. zespół filmowy Syrena wziął na warsztat powieść kryminalną Joe Alexa (pod tym pseudonimem krył się pisarz i tłumacz Maciej Słomczyński) noszącą tytuł „Śmierć i Kowalski”. W powstałym na jej podstawie scenariuszu wprowadzono kilka zmian. Jedna miała szczególną wymowę: główny bohater książki, gdyński taksówkarz, jeździ rozklekotanym Oplem, który trafił do Polski podczas niemieckiej okupacji. W filmie Opel zmienił się w Citroena. Nie chodziło o żadne proste skojarzenie, ale o dodatkowy dreszczyk: w roku 1963, gdy „Ostatni kurs” wszedł na ekrany, społeczna pamięć o czarnych „cytrynach” wciąż była żywa.

***

Szumna kampania reklamowa towarzyszyła w 1934 roku premierze nowego Citroena - rewolucyjnego - jak podkreślano przy każdej okazji. Nie bez podstaw. Nowością był przedni napęd, nowością - resorowanie z użyciem drążków skrętnych, hamulce hydrauliczne i precyzyjna, zębatkowa przekładnia kierownicza, a także lekkie i sztywne nadwozie samonośne, którego intrygujące kształty wyrzeźbił genialny Flaminio Bertoni. Niski, szeroki samochód wprost kleił się do jezdni. Po wojnie upodobali sobie Citroena, nazywanego potocznie „Traction Avant” (napęd przedni), francuscy gangsterzy. Aby skutecznie ich ścigać, policja musiała przesiąść się do takich samych aut. W żadnym filmie kryminalnym znad Sekwany nie mogło w tamtych czasach obyć się bez dramatycznych pościgów z udziałem czarnych Citroenów.

***

Reżyser „Ostatniego kursu” Jan Batory starał się przenieść na peerelowski grunt konwencję klasycznego kryminału brytyjskiego, w którym zagadkę zdobi odrobina czarnego humoru. Główny bohater, Henryk Kowalski (Stanisław Mikulski), staje się podejrzanym o zabójstwo swego zmiennika. Jest to kolejne już morderstwo taksówkarza w Trójmieście. Ale śledztwo, podjęte przez porucznika Szymańskiego z MO (Wieńczysław Gliński), prowadzi do nocnego lokalu, w którym występuje demoniczna piosenkarka Krystyna (Barbara Rylska). Henryk przypadkowo poznał Krystynę, gdy pewnego wieczora obronił ją przed grupą opryszków. Narzeczona taksówkarza (Magdalena Sokołowska) podejrzewa Henryka o romans z Krystyną. Dzięki bystrości porucznika Szymańskiego wychodzi na jaw, że taksówkarze ginęli jako niewygodni świadkowie. Szajka pod kierunkiem Krystyny zwabiała do willi w Orłowie aferzystów pragnących opuścić Polskę. W zamian za wysokie wynagrodzenie obiecywano im ucieczkę zagranicznym statkiem. W istocie byli uśmiercani. Henryk stał się kolejnym świadkiem, któremu Krystyna i jej pomagierzy zamierzali zamknąć usta…

***

Po premierze recenzenci na ogół przychylnie ocenili „Ostatni kurs”, chwaląc go za dobry scenariusz i sprawne poprowadzenie akcji. Dodatkowym walorem filmu Jana Batorego były piosenki z tekstem Agnieszki Osieckiej śpiewane przez Barbarę Rylską, doskonałą w roli gwiazdy dancingu. A widownia trójmiejska odnajdywała na ekranie grających w epizodach aktorów Teatru Wybrzeże. Stanisław Michalski był milicyjnym wywiadowcą ścigającym złoczyńców na motocyklu Junak 350, Ryszard Ronczewski i Lech Grzmociński zagrali bandziorów, przed którymi obronił Krystynę dzielny Henryk, zaś Tadeusz Gwiazdowski i Leon Załuga wcielili się w gdyńskich taksówkarzy.

***

W tekstach dotyczących „Ostatniego kursu” powtarza się informacja, że w filmie zagrał Citroen BL 11. Wydaje się to bardzo prawdopodobne, bo właśnie ta wersja „Traction Avant” sprowadzana była do Polski pod koniec lat 40. Litera B oznacza tu nadwozie typu berlina, czyli sedan, a L pochodzi od słowa „légère” - lekki, o mniejszej masie niż nieco dłuższa wersja BN - „normale”. Citroen BL 11 był rzeczywiście lekki: 1088 kg to na samochód o 291-centymetrowym rozstawie osi bardzo niewiele, choć pamiętać trzeba, że dzisiejsze wymogi dotyczące sztywności nadwozia, stref kontrolowanego zgniotu itp. są inne od tych sprzed 80 lat. Liczba 11 oznaczała w przypadku Citroena, że napędza go czterocylindrowy silnik o pojemności 1911 centymetrów sześciennych i mocy 56 KM. Ale hobbyści aktywni na internetowej stronie IMCDB (Internet Movie Cars Database) mają wątpliwości co do identyczności filmowego „Traction Avant” z modelem BL 11. Na przykład białą, dwuszprychową kierownicę widoczną na fotosach stosowano od rocznika 1953, kiedy też wycieraczki przeniesiono znad szyby przedniej pod jej dolną krawędź, a wygięte zderzaki zastąpiono prostymi o większej szerokości. Nie pasują też ozdobne dekle na kołach: te, które widać, stosowano w sześciocylindrowym, wydłużonym modelu 15 CV. Również obramowanie chłodnicy pasuje raczej do 15 CV niż do BL 11, w którym jest o wiele delikatniejsze. Od siebie mogę dodać, że na zdjęciu sprzed gdyńskiego dworca tylna część dachu filmowego auta wydaje się dłuższa niż w BL 11. Może więc filmowe auto Stanisława Mikulskiego jest warsztatową hybrydą kilku modeli? Nie takie rzeczy robili polscy fachmani!

Marek Ponikowski

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

michau.gorny

Co tu jest do analizowania? To nie jest 15-tka, boby miał inne błotniki i maskę wysuniętą przed lampy. I nie jest 11 BL, boby miał za tylnymi drzwiami słupek, a nie kawał ściany. Razem wziąwszy 11 Normale, rocznik do 1952 (zapas na klapie). Ramki, klamki, zderzaki można sobie darować, rozmawiamy o używanym samochodzie w biednym kraju, więc jakie części były, takie się brało. Swoją drogą nie założyłbym się, że w użyciu akurat cytryny był jakiś szczególny zamysł, równie dobrze mogli wziąć po prostu stary wóz spotykany w danym czasie jako taksówka.

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.