Opole 2017. Arkadiusz Wiśniewski: Nie mogłem wydać 1,5 mln zł na festiwal obciachu

Czytaj dalej
Fot. Sławomir Mielnik (O)
Krzysztof Ogiolda

Opole 2017. Arkadiusz Wiśniewski: Nie mogłem wydać 1,5 mln zł na festiwal obciachu

Krzysztof Ogiolda

- Nie powinienem godzić się na bylejakość i szmirę, tylko po to, żeby coś się odbyło - mówi prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski. - Tym bardziej że Opole jest jedno, a telewizji jest co najmniej kilka.

Dotychczas festiwal nie odbył się w Opolu tylko raz - w okresie stanu wojennego. W tym roku dzieje się to po raz drugi. Mimo woli i władze Opola, i władze telewizji przeszły do historii.
Festiwal nie może się odbyć w sytuacji, gdy czterdziestu artystów rezygnuje z udziału.

Dlaczego tak masowo rezygnowali?
To jest sprawa do wyjaśnienia między piosenkarzami i prezesem TVP Jackiem Kurskim. To oni prowadzili rozmowy, oni znaleźli się w sytuacji, gdy do takiego upokarzającego - także dla miasta - wydarzenia doszło. Trzeba pamiętać, że w Opolu debiutowali i występowali tak wielcy artyści jak Młynarski, Niemen i wielu innych, którzy przez 54 lata bawili polską publiczność. A w tym roku - powtórzę - ponad 40 zaproszonych osób nie zdecydowało się na występ na festiwalu.

Warto było w tej sprawie sięgać aż po taką gilotynę jak zerwanie umowy z TVP? Nie byłby to pierwszy w historii słaby, discopolowy festiwal. A odium porażki spadłoby przecież nie na pana, tylko na telewizję i jej prezesa.
Warto było, bo proszę sobie wyobrazić, że miasto wydaje około półtora miliona złotych na festiwal kiczu i obciachu. Pomyślmy, że za 5-10 lat ktoś zestawiłby wydarzenia, które miały mieć miejsce w tym roku, z koncertami poświęconymi pamięci Anny Jantar czy innymi podobnymi wydarzeniami, by przypomnieć choćby niezapomniany wieczór „Zielono mi” z piosenkami Agnieszki Osieckiej. Prezydent miasta powinien stać na straży wielkiego dziedzictwa, jakim jest Festiwal Polskiej Piosenki. I mieszkańcy dobitnie to pokazali. Otrzymuję od nich stale wiele głosów poparcia. Nie powinienem zatem godzić się na bylejakość, na szmirę, tylko po to, żeby coś się odbyło. A w dodatku wydać na to półtora miliona złotych. To zwyczajnie nie miałoby sensu. Tym bardziej że Opole jest tylko jedno, a telewizji obecnie jest co najmniej kilka.

Kiedy pojawiła się informacja o nowym rozdaniu, powołaniu niezależnej komisji, która niejako od nowa zaprosi artystów, zdawało się, że festiwal da się uratować. Dlaczego wyszło inaczej?
To jest cały czas wariant realny. Musimy tak czy siak pomyśleć o tym, jaką formułę Festiwal Polskiej Piosenki ma mieć. Rada programowa czy artystyczna złożona z autorytetów, która będzie decydowała o programie festiwalu, to jest najlepsze rozwiązanie. Ale taki pomysł z oczywistych względów nie mógł wypalić w dwa tygodnie, jakie pozostały do festiwalu w terminie pierwotnie planowanym. Wyciągnąłem więc rękę do prezesa Kurskiego i zaproponowałem, żeby przenieść całe wydarzenie na jesień. Skoro jest atmosfera skandalu, zostawmy ten skandal i powierzmy autorytetom układanie programu i zapraszanie uczestników. By był on w takiej jakości, jakiej widzowie od opolskiego festiwalu oczekują.

Rozumiem, że negocjacje na temat powołania rady programowej i przesunięcia festiwalu na później były między miastem i telewizją prowadzone…
Oczywiście, w zeszłotygodniowym oświadczeniu - czyli jeszcze przed rozwiązaniem umowy - taką propozycję przedstawiłem. To było - powtórzę - wyciągnięcie ręki do prezesa Kurskiego i próba ratowania sytuacji przed blamażem, który teraz oglądamy. Przecież na dobrą sprawę wciąż nie wiemy, gdzie festiwal się odbędzie, a jeszcze śmieszniejsze jest to, że nie wiadomo także, kto na nim wystąpi.

Negocjacje to jest proces z natury rzeczy poufny. Warto było informować o tej propozycji za pośrednictwem portali społecznościowych, zanim jeszcze rada powstała?

Tak, ponieważ ten pomysł już wcześniej nie był tajny. Pokazanie go w sieci było swego rodzaju zaproszeniem do dyskusji. Także autorytetów, które miały szansę wypowiedzieć się na ten temat.


Ostatecznie doszło jednak do zerwania umowy z telewizją publiczną. Dla jednych - aksamitnego, bo pan powrotu do rozmów z TVP nie wyklucza, dla innych - twardego. Co było kroplą, która przelała czarę goryczy?

Brak pozytywnej reakcji na wyciągniętą rękę. A wraz z tym pojawiły się przestrogi, jakie zaczęły do mnie docierać w mniej lub bardziej oficjalnej formie i próby wpłynięcia na to, by jednak festiwal kiczu w zaplanowanym terminie się odbył.

Czym panu grożono?
Nie używam słowa groźba. Lepiej powiedzieć, że nalegano na to, bym zgodził się, że w czerwcu byle kto wystąpi i będziemy mieć byle jaki festiwal. Ponosząc straty materialne - o kwocie 1,5 mln zł mówiłem - a także wizerunkowe. Te ostatnie są jeszcze większe, wielomilionowe. Próbowano na mnie wpływać, żebym został przy wersji kompromitującej dorobek festiwalu, naszej kultury i miasta. Zresztą wypracowany wspólnie z telewizją. Ale o czym tu mówić, kiedy drugi partner kompletnie tego nie szanuje. I w ciągu kilku sekund gotów jest przenieść ten wielki dorobek gdziekolwiek. Widząc próby wpłynięcia na to, jak się miasto zachowa, postanowiłem zachować się przyzwoicie. Do końca. I mam poczucie, że w sprawie festiwalu stoję - jak mówią młodzi - po jasnej stronie Mocy.

Prezydent miasta powinien stać na straży wielkiego dziedzictwa, jakim jest Festiwal Polskiej Piosenki. I mieszkańcy dobitnie to pokazali. Otrzymuję od nich stale wiele głosów poparcia. Nie powinienem zatem godzić się na bylejakość, na szmirę, tylko po to, żeby coś się odbyło

Czy pan tego chce czy nie, ciężar pana decyzji wykracza poza sprawy artystyczne, kwestię poziomu festiwalu itd. On stał się w tym roku bardziej niż w minionych latach wydarzeniem politycznym. Także dlatego, że politycy różnych opcji komentują na różne sposoby to, co się między miastem i telewizją zdarzyło. Jednym z nich był wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki, który na łamach nto powiedział wprost: Bardzo dużo stracimy na szarży prezydenta Opola. Nie jest tajemnicą, że Patryk Jaki wspierał pana kampanię wyborczą. Coś między wami pękło?
Minister Jaki ma w tym przypadku trudną rolę. Z jednej strony doskonale rozumie, że moim obowiązkiem jako prezydenta miasta jest dbanie o jakość festiwalu. On sam przez wiele lat był orędownikiem walki o pozycję Opola względem telewizji i o jakość festiwalu. Więc z pewnością w tej walce trzyma za mnie kciuki. Z drugiej strony musi być lojalny wobec partii, która go nominowała na ministra. I może w tych publicznych wypowiedziach dominuje element lojalności partyjnej. Natomiast myślę, że on w sercu doskonale rozumie, o co walczę.

Trudno jednak nie zauważyć, że drogi pana i PiS-u coraz mocniej się rozjeżdżają…
Cały czas mówię, że chcę reprezentować opolan, i myślę, że daję tego dowody. Walczę o miasto i o jego mieszkańców. Służba tym mieszkańcom jest dla mnie najważniejsza. Nie ma takiego samorządu w Polsce, który mógłby sobie pozwolić na wojnę z rządem, z wojewodą czy z samorządem województwa. Na Opolszczyźnie zresztą wojewoda i marszałek są z różnych partii. I ja rozumiem, że trochę pola muszę oddać partiom, by wspierały działania, które miasto podejmuje. Ale lojalny jestem przede wszystkim wobec mieszkańców. Jeśli z kimkolwiek podejmowałem współpracę, to dlatego, że godził się on działać w interesie miasta i realizować propozycje, które składałem. Chcę przypomnieć, że trzy lata mojej prezydentury w Opolu to jest mój bardzo autorski i bardzo odważny program rządzenia miastem. Cieszę się, że jest on mocno popierany przez różne opcje polityczne. Przypomnę, że tegoroczny budżet Opola został uchwalony 24 głosami za przy jednym wstrzymującym.

W polityce poza głosowaniem liczą się także gesty. Na własne uszy słyszałem, jak 3 maja pod pomnikiem Bojownikom o Polskość Śląska Opolskiego opowiedział się pan zdecydowanie za poszanowaniem dla obowiązującej obecnie konstytucji. Myślę, że wielu obecnych odczytało to właśnie tak, że się pan dystansuje od PiS-u, który postuluje zmianę ustawy zasadniczej.

Dyskusja o konstytucji to odrębny temat. Mam odpowiednie przygotowanie w sprawach ustrojowych. Byłem ich wykładowcą na uniwersytecie. Zdaję sobie sprawę, że jest możliwość zmiany konstytucji, pytanie: w jakim kierunku. Dziś to jest wielka niewiadoma. Pod pomnikiem mówiłem, jak wielką wagę ma państwo i jak słabo to państwo szanujemy. Często zwycięża w nas przekonanie o wielkości narodu, a zapominamy, że to państwo jest jak dom dla człowieka. Konstytucja 3 maja była drugą w historii świata. Pierwsza, amerykańska, przez 200 lat nie uległa zmianie. I jest symbolem trwałości kraju, który jest najpotężniejszy na świecie.

Myślę, że zwłaszcza politycy PiS-u nie wchodzili 3 maja w takie rozważania politologiczne. Raczej zrozumieli, że się pan od nich odwraca…

Politycy PiS-u są reprezentantami prawicy. A prawica ma to do siebie, że wśród wartości, na które stawia, są konserwatyzm i tradycja. Mówi o ewolucji, nie o rewolucji.

Nie wiem, czy w sposób zamierzony, czy mimowolnie na portalach społecznościowych stał się pan twarzą przeciwników PiS-u. Wiele lajków i serduszek jest właśnie od nich. Uśmiecha się do pana Jurek Owsiak. Nie za gwałtowny ten przeskok z jednych butów w drugie?
Kto tak myśli, nie rozumie roli bezpartyjnego, niezależnego prezydenta. Ja tę niezależność cały czas podkreślam. Polega ona na tym, że wybiera się dobre, optymalne rozwiązania, a potem szuka się wsparcia tam, gdzie ktoś chce go udzielić. Nie robi się czegoś na siłę. Nie chciałbym reprezentować tylko jednej grupy opolan, którzy należą do tej albo do innej partii politycznej. Chcę być dla wszystkich mieszkańców reprezentantem, chcę być także autorytetem. I w ich imieniu podejmuję decyzje. Mam swoje sympatie polityczne i staram się z politykami współpracować, ale do spraw polityki ogólnopolskiej zachowuję - słusznie pan zauważył - dystans. Nie chcę się angażować w spór, który miastu niczego nie przyniesie. W wypadku festiwalu sprawa jest jednoznaczna: Opolanie jak jeden mąż i żona domagają się, żebym dbał o jego jakość i standard. I ja po tej stronie stanąłem. Tu jest zresztą pewna pułapka myślowa. Ktoś powiedział, że ja występuję w kontekście festiwalu przeciwko PiS-owi, a ja dyskutuję z telewizją publiczną. A ona przecież jest właśnie publiczna, a nie partyjna.

Formalnie ma pan rację.
No widzi pan…

Panie prezydencie, czytelnicy tego nie widzą, ale obaj się teraz śmiejemy…
Tak, ale ten śmiech nie może przesłaniać ani tego, że festiwal jest dla Opola kluczową sprawą, ani faktu, że nie mogłem się inaczej zachować. Nie mam co do tego wątpliwości. I ani na chwilę jej nie miałem.

A kto po zerwaniu umowy między miastem i TVP oglądał „Wiadomości” w - jak pan utrzymuje - niepartyjnej telewizji, mógł się dowiedzieć na przykład, że Arkadiusz Wiśniewski jest byłym radnym Platformy Obywatelskiej, a w wyborach prezydenckich poparł Bronisława Komorowskiego. Niejeden opolanin pomyślał sobie pewnie: zaczynają nam grillować prezydenta.
(Śmiech) A widzi pan, tego się nie boję. Absolutnie. Tak jak odważnie zachowali się artyści wobec tego, co się wokół festiwalu działo, tak samo ja będę się odważnie zachowywał w sprawie obrony miasta i praw, jakie ono ma do festiwalu. Należę do tych ludzi, którzy uważają, że są wartości, których należy bronić bezwzględnie. Ja w sprawie festiwalu nie prowadziłem kalkulacji. Zachowałem się przyzwoicie, w interesie miasta i w interesie mieszkańców. Bez zwątpienia w to, co robię.

Pewna kalkulacja może by się i przydała. Przypomnę panu komentarz naczelnego nto w środowym wydaniu naszej gazety. Przywołał on - przez analogię - dialog byłego już prezydenta Francji Francois Hollanda z premier Beatą Szydło: „Wy macie zasady, my - fundusze strukturalne”. Popularność na Facebooku może panu bardzo pomóc w wygraniu kolejnych wyborów, ale kierować miastem nie będzie łatwo, jeśli rząd w Warszawie zakręci kurek z pieniędzmi do zera. Nie boi się pan, że cena pańskiej odwagi może być bardzo wysoka?
Nie boję się ani trochę. Rządy nie są wieczne i nie o ten konkretny rząd chodzi. To byłoby bardzo naiwne i fałszywe, gdybyśmy wybierali prezydentów miast dlatego, że reprezentują partię rządzącą. Po wtóre, miasto jest samorządem. Opole jest na tyle zamożne, że poradzi sobie bez dodatkowego wsparcia. Nie jesteśmy Słupskiem, nie potrzebujemy jakichś nadzwyczajnych rządowych pieniędzy, żeby się rozwijać. Jako opolanie świetnie sobie radzimy. Mamy fantastycznych przedsiębiorców, nauczycieli itp.

Ale bez milionów z Warszawy obwodnicy raczej nie da się zbudować…
To są pieniądze od Hollanda. Wygraliśmy je w konkursie i to są fundusze europejskie, a nie rządowe. Nie ma takiej możliwości, żeby nam ktoś tych pieniędzy nie dał. Myślenie w takich kategoriach o państwie polskim, że ono komuś coś daje albo nie daje, ponieważ rząd kogoś lubi albo nie lubi, to jest myślenie o państwie, w którym ja nie chciałbym żyć.

Ja też nie, ale rzeczywistość skrzeczy…
Więc podobieństwo ze stanem wojennym, od którego zaczęliśmy tę rozmowę, gdzieś tu się mieści. Nie jestem chorągiewką, która zmienia poglądy i zachowania. Nie muszę być lojalny partyjnie wobec nikogo. Pamięta pan, że za taką postawę usunięto mnie z Platformy. Mam w sobie pokorę i rozumiem, że czasem warto powiedzieć mniej albo nic i mniej stracić. Ale w sprawie Festiwalu Polskiej Piosenki każdy swój krok uważam za uzasadniony.

Festiwal, który ma się odbyć nie w Kielcach czy Koszalinie, ale w Opolu, planuje pan na jesień. Jaki on będzie?
Mamy świetne jednostki kultury. Koncerty organizowane przez Narodowe Centrum Polskiej Piosenki to były w ostatnich latach najlepsze koncerty festiwalowe. Mamy fantastyczny amfiteatr i możemy korzystać z tych samych menedżerów i producentów, z których korzystała TVP. Mamy wreszcie telewizje niepubliczne, które są chętne, by pokazywać festiwal. Zamieszanie wokół niego przyciągnie ludzi przed telewizory. Oglądalność będzie większa niż w ostatnich latach. Damy sobie radę. Jest cały czas miejsce na rozmowę z TVP, bo jest tradycja 54 lat współpracy i telewizja dla Festiwalu Polskiej Piosenki wiele zrobiła. Ja o tym nie zapominam. Ale warunkiem jest powstanie rady artystycznej, która pozwoli artystom wystąpić na festiwalu, a Maryli Rodowicz odbyć jubileusz w Opolu, a nie na plaży w Mielnie. Podobnie zresztą jak „Piaskowi”. Warunek drugi to jesień. Musi być czas na przygotowanie wiarygodnego przedsięwzięcia.

Napoleon mówił, że do prowadzenia wojny potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy…

Budżet Opola to miliard złotych. Jeśli ktoś myśli, że miasta nie stać na to, by do półtora mln zł, które mieliśmy wydać w tym roku, dołożyć jeszcze milion, dwa, to się głęboko myli. Zresztą marszałek województwa zadeklarował kolejny milion. Stać nas na taki wydatek. Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki jest opatentowaną nazwą. On może być tylko w Opolu. Myślę, że już za rok wrócimy do terminu czerwcowego.

Arkadiusz Wiśniewski o festiwalu w Opolu

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Krzysztof Ogiolda

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.