„Operacja Rafael” nie do końca jest fikcją

Czytaj dalej
Anita Czupryn

„Operacja Rafael” nie do końca jest fikcją

Anita Czupryn

Mamy nadzieję, że do odnalezienia arcydzieła Rafaela przyczyni się nasza książka - mówią Marcin Faliński i Marek Kozubal.

Znacie każdy szczegół tego szczególnego obrazu?
Marcin Faliński: „Młodzieniec” Rafaela Santi został szczególnie, nieco emocjonalnie, opisany w naszej książce „Operacja Rafael”. I to w ciekawym momencie, już w pierwszym rozdziale, gdy funkcjonariusz irackiego wywiadu na ten obraz natrafia w pewnym sejfie.

Marek Kozubal: Moglibyśmy opisać obraz na podstawie zdjęć, jakie zachowały się sprzed wojny. Zdjęcia są koloryzowane, niestety.

„Młodzieniec” wcale nie musi tak wyglądać, jak na tych zdjęciach?
M.K.: Jestem przekonany, że zdecydowanie inaczej. W rzeczywistości barwy powinny być bardziej soczyste, prawdziwe. Takie, jak na obrazach włoskich czy holenderskich mistrzów, którzy w tamtych czasów używali innych składników do produkcji farb. W wielu przypadkach były tworzone w oparciu o rośliny lub minerały. Na tej podstawie można dzisiaj stwierdzić, czy jest to obraz oryginalny, czy kopia. Wprawdzie „Młodzieniec” nie jest sygnowany nazwiskiem Rafaela Santi, ale historycy sztuki zakładają, że powstał w jego pracowni. Być może jest to autoportret artysty.

Od waszej książki nie można się oderwać, tak jest napisana. Czy pisząc ją, często patrzyliście na zdjęcia obrazu? Obraz was inspirował?
M.K.: Niewątpliwie. Zdjęcie obrazu miałem na moim pulpicie komputera (śmiech). To obraz magiczny. Gdyby powrócił do Polski, byłby drugim najciekawszym arcydziełem polskiej kolekcji, po obrazie…

… Leonarda da Vinci.
M.K.: Tak jest, po „Damie z gronostajem”, moim zdaniem najlepszym obrazie, jaki wyszedł spod pędzla da Vinci.

M.F.: Poniekąd odpowiedzi na Twoje pytania udziela w książce wspomniany wcześniej oficer irackiego wywiadu. Jego też zainspirował młodzieniec z obrazu.

Faris Karim.
M.F.: Właśnie. Niektórzy nasi bohaterowie zastanawiają się, kim jest ten młodzieniec na obrazie. Nieraz do niego mówią. Nabiera to czasem nieco metafizycznego charakteru.

W polskiej literaturze istnieje już książka, której tematem jest ten obraz. To „Bezcenny” Zygmunta Miłoszewskiego. Czytaliście?
M.K.: Oczywiście znam „Bezcennego”. Ale Zygmunt Miłoszewski - odnoszę wrażenie napisał książkę w oparciu o własną wyobraźnię. Nasza książka powstała w oparciu o fakty oraz o doświadczenia, które Marcin zdobył podczas swojej służby w wywiadzie.

M.F.: Jak i w oparciu o doświadczenia Marka, który od lat zajmuje się sprawami restytucji dzieł sztuki.

M.K.: Reasumując, nasza powieść nie do końca jest fikcją.

Wykonaliście naprawdę koronkową robotę. Ale co konkretnie jest prawdą? Czy to, że 10 lat temu polskie MSZ otrzymuje informację, że ów bezcenny obraz w ogóle istnieje, że przetrwał wojenną zawieruchę?
M.F.: Taka informacja rzeczywiście dotarła do Warszawy.

M.K.: Informację tę polska dyplomacja pozyskała z Bliskiego Wschodu; stamtąd przyszła wiadomość. Dlatego zdecydowano, żeby podjąć działania, które miałyby na celu ustalenie losów tego arcydzieła.

Czy ty, Marcinie, jesteś osobą, która miała te informacje zweryfikować i czy możesz powiedzieć o sobie, tak jak Flaubert o madame Bovary, że książkowy bohater, major Łodyna, to ty?
M.F.: To pytanie nasunie się pewnie każdemu, kto przeczyta naszą książkę. Ale major Łodyna to nie do końca ja. Jego postacią, niech to nie zabrzmi górnolotnie, chciałem złożyć hołd moim starszym kolegom, których spotkałem w czasie mojej służby, których już nie ma, ale też i tym, którzy jeszcze żyją i jest im ciężko, biorąc pod uwagę to, jak zostali potraktowani przez państwo, któremu służyli. Jest to więc z mojej strony ukłon w stronę tych oficerów, dla których liczyły się pewne wartości. Ale nie będę ukrywał, że major Łodyna ma też sporo moich cech.

M.K.: Uzupełnię, czego Marcin nie dopowiedział. W rzeczywistości to on weryfikował informacje związane z obrazem, sprawdzał trop bliskowschodni. Siłą rzeczy, postać Łodyny jest wzorowana na Marcinie, a przynajmniej na działaniach, które wówczas podejmował albo planował podejmować.

Mamy więc w książce współczesnego oficera wywiadu, ale mamy też bohatera z czasów II wojny światowej Mieczysława Kleinera, bo akcja dzieje się w tych dwóch czasowych przestrzeniach - i pierwowzorem tej postaci z kolei jest dziadek Marka?
M.K.: Po części tak jest. Wykorzystaliśmy niepublikowane wspomnienia mojego dziadka, który był żołnierzem wrześniowym; dostał się do niemieckiej niewoli, uciekł z obozu jenieckiego w Krakowie i później funkcjonował w różnych strukturach podziemnych, był żołnierzem Armii Krajowej wykonującym zadania Kedywu. Trafił też na tereny Związku Radzieckiego. Wykonywał zadania specjalne, w tym, między innymi, wyroki, do czego potem nie za bardzo chciał się przyznawać. Sama konstrukcja postaci została więc oparta na doświadczeniach mojego dziadka.

Mieczysław Kleiner w książce jest znakomitym szpiegiem, o wielkiej intuicji, zdolnościach maskowania się i świetnym wyszkoleniu wojskowym.
M.K.: Taki był nasz pomysł na tę postać. Chcieliśmy, żeby była…

M.F.: … nietuzinkowa.

M.K.: Tak. To jest też pierwowzór klasycznego oficera wywiadu.

M.F.: Takiego, którego poznaliśmy wraz z erą popkultury i mody na Jamesa Bonda. Ale nie zapominajmy też o tym, że nasz Kleiner to człowiek, który miał za sobą studia na Akademii Sztuk Pięknych we Lwowie, znał środowisko artystyczne i przestępcze, w obu funkcjonował, to w końcu również dawny przemytnik i człowiek z lwowskiego tygla narodowościowego, słowem: facet o wielu twarzach.

Jest to też ktoś, dzięki komu przemycacie dużo historycznej wiedzy. Na przykład mało kto chyba miał pojęcie, że w Polsce przed wojną były obozy szkoleniowe dla żydowskich bojowników i że to Polacy ich szkolili.
M.F.: Jak się szacuje, przeszkolono wówczas około 900 bojowników, których następnie przerzucono na tereny dzisiejszego Izraela wbrew interesom imperialnym rządu Jej Królewskiej Mości. Liczebnie to był mniej więcej batalion wojska. Wyobraź sobie, jaki kraj i jaka służba dzisiaj byłaby w stanie w tajny sposób przeszkolić i przez zieloną granicę przerzucić batalion wojska? To był naprawdę majstersztyk, jeśli chodzi o naszą przedwojenną służbę, o Oddział Drugi Sztabu Generalnego i działania, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, na kierunku bliskowschodnim.

M.K.: Dobrze, że o tym mówimy, bo tak naprawdę tamci żołnierze stanowili trzon organizacji, które wywalczyły wolność dla państwa Izrael w 1948 roku.

M.F.: Stworzyli też struktury wywiadu, wojska i wszystko to działo się w latach 30. w Polsce. Ich główny ośrodek, który szkolił elity tych bojowników, mieścił się w okolicach Andrychowa, niedaleko Bielska-Białej, kilkanaście kilometrów od prawdopodobnej siedziby ówczesnego rezydenta brytyjskiego wywiadu MI-6. W tym miejscu warto wspomnieć o pewnej pięknej i nietuzinkowej kobiecie, o której ostatnio głośno, a która w tamtych latach miała urzędować niedaleko tego ośrodka szkoleniowego.

Krystyna Skarbek. Głośno o niej, bo Vincent V. Severski jej poświęcił swoją najnowszą książkę.
M.K.: Krystyna Skarbek to postać szczególna w historii wywiadu. Jednak trzeba przypomnieć, że w rzeczywistości była współpracowniczką MI-6. Czy w tamtych latach działała w interesie Polski?

Wróćmy do książki. A właściwie do tego, jak to się stało, że były oficer wywiadu i dziennikarz razem piszą książkę szpiegowską. Jak się spotkaliście?
M.F.: Spotkaliśmy się jakieś 20 metrów od miejsca, w którym teraz siedzimy. Po drugiej stronie ulicy.

Siedzimy w Pałacu Staszica na Krakowskim Przedmieściu.
M.K.: Spotkaliśmy się więc na studiach, w bibliotece Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Studiowaliśmy na tym samym roku, byliśmy nawet w jednej grupie. Znamy się doskonale.

Pracę zaczynaliście jako dziennikarze, ale zawodowo wasze drogi się rozeszły. Marcin trafił do UOP. Złożono ci propozycję, czy sam chciałeś?
M.F.: Generalnie na naszym wydziale nauk politycznych i dziennikarstwa zawsze rekrutowano osoby do służb.

M.K.: Za komuny rekrutowano do Służby Bezpieczeństwa. W moim przypadku nie było jednak żadnego podejścia ze strony SB. Zresztą studiowaliśmy w dziwnym momencie.

M.F.: W momencie przełomu.

M.K.: Ja pracę magisterską pisałem już w 1991 roku. Ale całe studia obserwowaliśmy stopniowy upadek PRL. Zdarzało się, że po demonstracjach antyrządowych byliśmy zatrzymywani (śmiech).

M.F.: Mnie zwinięto ostatni raz w maju w 1989 roku.

Za co?
M.F.: Za rzucanie kefirem w kolumnę samochodów poprzedzającą pojazd generała Jaruzelskiego. Kefir był w plastikowym opakowaniu, bardzo dobrze się rozbijał. Chroniący generała funkcjonariusze musieli zatem zmienić trasę przejazdu.

M.K.: Marcin, ale szczerze, jak to było, bo tego nie wiem - sam poszedłeś do służb, czy cię zwerbowali?

M.F.: Trzeba było coś w życiu robić. Przez rok byłem dziennikarzem w „Życiu Warszawy”. Nowoczesna gazeta, przejęta przez Włochów, pierwsze komputery, świetni dziennikarze: Tomasz Wołek, Stefan Szczepłek, Tomasz Ozdowy. Wydawało mi się, że będzie fajnie. Ale było za spokojnie. Brakowało mi adrenaliny. Po przyjęciu do służby, ukończyłem kursy oficerskie. Kontrwywiadu, a potem Wywiadu.

Pozostało jeszcze 55% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.