Ojczyzna to drugi człowiek. Można oddać mu swoje serce [WIDEO]

Czytaj dalej
Fot. Print screen z YT
Dorota Abramowicz

Ojczyzna to drugi człowiek. Można oddać mu swoje serce [WIDEO]

Dorota Abramowicz

O spocie na 11 Listopada, który łączy piłkarza, z łatką homofoba, transseksualną byłą posłankę, księdza, rapera i sanitariuszkę z powstania.

Pytanie pierwsze: „Co można zrobić dla ojczyzny?”. - Walczyć - mówi, ubrany w koszulkę z kotwicą Polski Walczącej, Arkadiusz Onyszko. Piłkarz, obecnie trener, wyrzucony w 2009 roku z duńskiego klubu po publikacji autobiografii „Fucking Polak”, w której oznajmił, że nienawidzi homoseksualistów.

- Sprzątać po sobie - dodaje raper i grafficiarz Marcin „Kosi” Kosiorek.

- Staram się unikać wielkich słów - uśmiecha się delikatnie do kamery Halina Jędrzejewska, sanitariuszka z powstania warszawskiego.

- Dobrze mówić o ojczyźnie i być z niej dumnym - twierdzi prezenterka TV Omenaa Mensah. Dziennikarz i youtuber Łukasz Jakóbiak uważa, że można robić dla niej wszystko, co ją wzmocni. Kolejne pytanie brzmi: co można oddać ojczyźnie? I tu już Anna Grodzka, była posłanka Ruchu Palikota, zrównuje ojczyznę z drugim człowiekiem, któremu można oddać wiele. Na przykład serce.

- Chrześcijaństwo jest religią miłości - tłumaczy ks. Piotr Morciniec, specjalizujący się w teologii moralnej. - Nie wystarczy o miłości mówić, trzeba ją realizować. Warto sobie uświadomić, że „Ja już nie żyję, a jeszcze mogę pomóc. Ja już nie żyję, a jeszcze mogę kochać”.

Spot, przygotowany dla Dawcy.pl przez agencję K2 specjalnie na 11 Listopada, ma promować ideę świadomego dawstwa narządów.

- Zależało nam, by w czasach, gdy Polacy jak nigdy są podzieleni, zebrać wokół jednej idei osoby o różnych poglądach - mówi Paweł Klikowicz z Dawca.pl., organizacji założonej przed kilkunastu laty przez lekarzy z gdańskiej Akademii Medycznej. - W przeddzień Święta Niepodległości szukamy tego, co łączy, a nie tego, co dzieli Polaków. I pokazujemy, że największą wartością są ludzie.

15 procent mówi „nie”

Rocznie w Polsce wykonuje się około 1200 transplantacji. Tymczasem na przeszczep nerki, wątroby, serca i innych narządów czeka już 1719 rodaków. Dla wielu jest to kolejka na wagę życia. Podczas ubiegłotygodniowych obchodów 20-lecia Polstransplantu - Centrum Organizacyjno-Koordynującego do spraw Transplantacji - poinformowano, że pod względem liczby dawców i biorców Polska znajduje się pośrodku europejskiej stawki, za Białorusią, ale... wyprzedzając Niemcy. Jednak w porównaniu ze światowym liderem, Hiszpanią, wykonujemy trzy razy mniej przeszczepów.

Do dramatycznego spadku liczby transplantacji doszło po 2007 roku, gdy po zatrzymaniu znanego kardiochirurga Mirosława G. ówczesny (i obecny) minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro powiedział „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. I choć ostatecznie nie udowodniono lekarzowi, że zabijał pacjentów, rodziny potencjalnych dawców kategorycznie sprzeciwiały się pobraniom narządów.

- Potem liczba przeszczepów zaczęła wolno rosnąć, by w ostatnich latach ustabilizować się na stałym poziomie - mówi Anna Milecka z Regionalnego Centrum Koordynacji Transplantacji w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku. - I tak średnio rocznie przeszczepiamy w Gdańsku sto nerek (w ub. roku 112), w 2015 roku wykonano u nas 10 przeszczepów serca. W tym roku dwa, co się nie wiąże z mniejszą liczba zgłoszeń (Pomorze to region o największej w kraju liczbie zgłoszeń na milion mieszkańców), a raczej z faktem, że poza naszym województwem na serca czekały osoby bardziej potrzebujące.

Co ciekawe, w Polsce wyniki przeszczepiania nerek, biorąc pod uwagę 10-letnie przeżycia biorców, są obecnie lepsze niż w USA - poinformował w ubiegłym tygodniu dr hab. Maciej Kosieradzki, prezes Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej.

Nadal jednak 15 proc. rodzin pytanych o zgodę na pobranie od bliskich narządów mówi „nie”.

Ponad podziałami

- Terapia poprzez transplantacje narządów do tej pory jest w Polsce niedoceniana - przyznaje Anna Grodzka. - Często hamulcem są przeszkody o naturze ideowo-politycznej. Podobała mi się idea spotu, w którym występują ludzie o różnych poglądach, bo jest to sprawa ponad wszelkimi podziałami. Zgodziłam się wystąpić w nim bez wahania. A tak prywatnie żyję z jedną nerką, drugą straciłam w wyniku raka.

Ani chwili nie wahał się też Arkadiusz Onyszko, jeden z najlepszych zagranicznych piłkarzy występujących do 2010 roku w Danii. Wzbudzający wcześniej kontrowersje (skazany za uderzenie żony), musiał się rozstać z klubem FC Midtjylland po wydaniu książki bestsellera „Fucking Polak”. Duńczycy nie zaakceptowali jego opinii na temat homoseksualizmu. W klubie usłyszał, że jest złym przykładem dla dzieci.

Po powrocie do Polski stwierdzono u bramkarza niewydolność nerek. W 2013 roku przeszedł transplantację.

- Ten spot jest adekwatny do mojej sytuacji życiowej - mówi Onyszko. - Też żyję dzięki komuś. I, proszę mi wierzyć, wcale nie przeszkadzało mi występowanie w tej akcji obok osób tak ode mnie odległych jak Anna Grodzka. Każdy powinien pomagać, bez względu na opcję polityczną czy przekonania religijne.

Arkadiusz Onyszko tłumaczy, że po przeszczepie diametralnie zmienił postrzeganie świata.

- Nie ukrywam, że bardzo zbliżyłem się do Pana Boga - przyznaje. - Wiem już, że nie jesteśmy w stanie oszukać życia. Wszystkie zło, jak i dobro, które wyrządzamy, do nas wraca. Do momentu, póki mnie to nie trafiło, na pewno nie oddałbym nikomu narządów. Żyłem tylko dla siebie. Byłem okazem zdrowia, na 11 lat w Danii opuściłem tylko pięć meczów. A potem nagle nadszedł czas, gdy co drugi dzień musisz jechać na dializę. Kłują cię grubymi igłami, leżysz ze świadomością, że tylko to utrzymuje cię przy życiu. W takim momencie zazdrościsz zdrowia nawet pijakowi leżącemu pod płotem. Myślę więc, że ludzie, którzy widzą swoje dziecko lub inną ukochaną osobę w takim stanie, pewnie po trzech sekundach lecieliby do lekarza z pytaniem, czy nie mogą podzielić się z nią swoją nerką.

Po przeszczepie w szpitalu usłyszał, że kobieta, która uratowała mu życie, ocaliła jeszcze kolejne trzy osoby. Młoda kobieta dostała drugą nerkę, ktoś dostał trzustkę, ktoś wątrobę. Codziennie dziękuje w modlitwie rodzinie dawczyni za to, że nie powiedzieli „nie”. Kontaktu z nimi nie ma, ale za to co roku, 7 stycznia, składa urodzinowe życzenia swojej „siostrze” od nerki.

Dla byłego piłkarza, dziś trenera bramkarzy Górnika Łęczna, wspólna akcja ludzi o diametralnie różnych poglądach na 11 Listopada niesie nadzieję dla Polski.

- Zbyt dużo jest między nami nienawiści, przez co kraj nie rozwija się tak, jak należy - mówi. - Złość prowadzi donikąd.

Liczy się każdy człowiek

- Każda akcja promująca społeczną świadomość transplantacji jest dobra - mówi Jolanta Kruczkowska, prezes gdańskiej Fundacji im. Bartka Kruczkowskiego ORGANiści. - Chociaż w moim przypadku kwestia narodowościowa i powiązanie akcji z miłością do ojczyzny nie są najważniejsze. Syn uratował sześć osób, z których żadna nie była Polakiem.

Bartek Kruczkowski zginął w Londynie w listopadzie 2010 roku. Spadł z wysokości 10 metrów, doznał poważnego uszkodzenia mózgu. Z Royal Hospital do gdańskiego mieszkania pani Jolanty zadzwoniła Teresa Tymkiewicz, koordynator przeszczepów w Londynie. Matka, choć nie pamięta do dziś całej rozmowy, wyraziła zgodę na oddanie narządów syna do transplantacji.

Wraz z grupą przyjaciół Bartka założyła fundację, nie tylko upowszechniającą wiedzę na temat transplantacji, ale także pomagającą tym, którzy czekają na przeszczep, i tym, którzy są po przeszczepie. W corocznych rajdach rowerowych ORGANiści odwiedzają kolejne regiony Polski, opowiadając podczas spotkań, co znaczy zgoda na dzielenie się życiem. Spotykają się w szkołach z młodymi ludźmi, odpowiadają na dziesiątki pytań.

Kiedy przed dwoma laty trzeba było nagłośnić dramatyczną sytuację dwóch chłopców czekających na przeszczep serca w warszawskim szpitalu, pani Jolanta wystąpiła z wzruszającym apelem w jednej ze stacji telewizyjnych. W ubiegłym roku otrzymała wiadomość i podziękowanie od jednej z matek - serce się znalazło, jej syn żyje.

Co roku, na przełomie listopada i grudnia, pani Jolanta odbiera list z NHS Blood and Transplant z Londynu. A w nim informacje o stanie zdrowia ludzi, którzy żyją dzięki Bartkowi. Chłopiec, który w momencie śmierci Bartka miał 2,5 roku i dostał od niego część wątroby, niedługo skończy dziewięć lat. Chodzi już do szkoły, czuje się dobrze. Podobnie jak 62-letni dziś mężczyzna, który dostał drugą część wątroby, oraz 31-letnia kobieta i 36-letni mężczyzna żyjący z nerkami Bartka. Zdrowie dopisuje też pacjentom z trzustką i zastawką płucną syna.

- Mimo upływu lat trudno mi przy czytaniu każdego z tych listów powstrzymać emocje - przyznaje pani Jolanta. - Jednak świadomość, że dzięki Bartkowi żyją inni ludzie, niekoniecznie Polacy, jest dla mnie światełkiem w tunelu. Bo przecież liczy się każdy człowiek.

d.abramowicz@prasa.gda.pl

Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.