Od stycznia w kraju trwa wielka siekierezada

Czytaj dalej
Fot. Rafał Święcki/gazetawroclawska.pl
Ewa Bilicka

Od stycznia w kraju trwa wielka siekierezada

Ewa Bilicka

„Polska w trocinach” i „Im dalej w las, tym mniej drzew” - takie hasła i memy mają symbolizować nowe prawo dotyczące wycinki drzew, które miało ulżyć właścicielom małych przydomowych działek. A wyszło jak zwykle.

Naród ogarnęła gorączka masowej wycinki drzew. Pod topór i piły idzie wszystko jak leci. Ale uwaga: drzewa padają pokotem nie tylko na prywatnych posesjach przy domkach, ale i w parkach w stolicy kraju. Co więcej - na obszarze Natura 2000 (Lubuskie) jeden z rolników wytnie 20 tys. drzew, bo wygrał przetarg w Agencji Nieruchomości Rolnych na dzierżawę ziemi na cele rolne. I nowa ustawa o ochronie środowiska daje mu takie prawo. Na Opolszczyźnie aż tak spektakularnych przypadków nie ma. Jeszcze.

Główna zmiana w przepisach, które obowiązują od stycznia, polega na tym, że właściciel prywatnej posesji ma prawo wyciąć na niej każde drzewo i krzew, jeśli nie ma to związku z działalnością gospodarczą. Nie musi nikogo pytać o zgodę ani zgłaszać tego zamiaru. Nieważne, czy wycina cherlawy i suchy igliczek czy posadzony przez pradziadków dąb. Minister środowiska Jan Szyszko mówi, że chroni w ten sposób święto prawo własności, zapewnione w konstytucji. Ekolodzy załamują ręce i mówią o rzezi polskich drzew oraz o - również konstytucyjnym - obowiązku władz do zapewnienia obywatelowi życia w chronionym środowisku. Satyrycy piszą kawały i kreślą memy na temat ministra Szyszki, który „zastał puszczę drewnianą, a zostawi murowaną”.

A właściciele firm prowadzących usługi w zakresie wycinki drzew nie mogą opędzić się z robotą, tyle mają zleceń na wycinanie drzew.

- Jedna z klientek firmy, dla której pracuję, chce wyciąć wysoką lipę, piękną, zdrową - mówi Marian Paszkowski, arborysta (specjalista od przycinki i pielęgnacji drzew). - Twierdziła najpierw, że lipa zasłania jej solary, które tracą przez to moc i nie grzeją po południu wody. Z czasem jednak przyznała, że ma dość czyszczenia rynien, grabienia trawnika… Rok temu prosiła o zgodę na wycinkę w miejscowym urzędzie gminy. Nie dostała. Dziś dała zlecenie. Zależy jej na czasie, póki nowe prawo jest aktualne. Szef zlecił wykonanie zlecenia w niedzielę, byle wyrobić się z robotą, bo takich klientek ma na pęczki. Płaci za nadgodziny, podwyższa ceny za usługi. Interes się kręci.

Za wycięcie jednego mniejszego drzewa (wysokość do 20 m) można skasować tysiąc złotych. Za cięcie z użyciem podnośnika, w ciężkim terenie (blisko budynków) - 2-3 tysiące.

Piotr Kuraś prowadzi pod Opolem firmę zajmującą się ogrodnictwem, w tym pielęgnacją i wycinką drzew: - Od stycznia mam codziennie po pięć telefonów od ludzi, którzy chcą jak najszybciej wyciąć drzewa - czasem pojedyncze sztuki, czasem więcej - mówi. - Jednak terminy mam odległe, nie prędzej niż za miesiąc. Wstrzymuję się już z przyjmowaniem kolejnych zleceń, mam dość dotychczasowych, nawet tych z ubiegłego roku, wydawanych jeszcze za starego stanu prawnego.

Kontrowersyjne przepisy weszły w życie od początku tego roku. Zmieniona ustawa o ochronie środowiska, liberalizująca przepisy dotyczące wycinki drzew na prywatnej posesji, sprawiła, że naród rzucił się do pił i siekier, a gdy tych narzędzi oraz sił brak - do telefonów, aby zamówić wyspecjalizowane firmy, które wykonują usługi przycinania i wycinania dzew.

Dzwonię i ja, hipotetycznie chcę wyciąć topolę na swej działce.

- Będę miał termin nie wcześniej niż za miesiąc, czyli pod koniec marca. A to już za późno - mówi Piotr Kuraś.

- Bo wróci stara ustawa? - pytam (prezes Kaczyński parę dni temu osobiście skrytykował dopiero co wprowadzone w życie przepisy).

- Nie, bo ptaki wtedy mogą już zdążyć założyć gniazda w tym drzewie, a takich drzew to nawet przy ustawie Szyszki nie wycinamy - odpowiada pan Piotr.

Dlatego teraz skupia się na tym, aby wykonać zleconą wcześniej robotę. Kolejnych zleceń nie przyjmuje, choć telefony się urywają.

Nikt nad tym nie panuje

Urzędnicy z gminnych i miejskich magistratów pracujący w wydziałach ochrony środowiska, gdzie dotąd właściciele działek musieli uzyskać zgodę na wycinkę swoich drzew, nie dostają już takich wniosków. Do nyskiego magistratu wpłynęło dotąd 20 pism o zgodę na wycinkę - wszystkie od podmiotów nie objętych liberalizacją (głównie od firm, spółdzielni mieszkaniowych).

Zwykle o tej porze roku wniosków tych było dwa-trzy razy więcej (bo także od właścicieli prywatnych posesji). Wcześniej zamiar wycięcia drzewa trzeba było zgłosić, urzędnik robił wizję lokalną i jeżeli uznał, że drzewo czy krzew, które chce wyciąć jego właściciel, są dorodne, zdrowe, nie zagrażają bytowi ani zdrowiu mieszkańców i sąsiadów - to takiej zgody nie wydawał. Bo drzewo to ostoja ptaków, producent tlenu, filtr dla smogu, regulator stosunków wodnych w glebie… Jako takie ma prawo rosnąć dalej, choćby temu, kto je posadził, znudziło się lub zaczęło przeszkadzać.

- Gdy właściciel był uparty, to i tak znalazł metodę na wycięcie drzewa - zauważa Marian Paszkowski, arborysta.

Wystarczyło od wiosny nie podlewać rośliny wodą, tylko gęstą solanką. Drzewo usychało, zgoda na jego wycięcie w kolejnym postępowaniu administracyjnym była pewna.

Ale nie każdy był tak uparty i tym przyszedł z odsieczą rząd oraz posłowie, którzy podczas głosowania tzw. sejmu kolumnowego klepnęli zmianę ustawy o ochronie przyrody. - Gdy ustawa weszła w życie, powiedziałem: „właśnie w Polsce zakończyła się ochrona środowiska” - wzdycha Łukasz Lewicki, urzędnik z wydziału wsi i gospodarki komunalnej UM w Nysie (zajmuje się ochroną środowiska). - Jak ludzie się dowiedzieli, że mogą, to tną na swych działkach co mogą i dopóki mogą. My zaś kompletnie nie mamy nad tym kontroli.

Lewicki stara się być obiektywny i przyznaje, że jest w stanie zrozumieć złość i zawód właściciela 5-arowej działki, który wraz z upływem lat ma dość grabienia liści spod drzewa posadzonego przez przodka, a nie dostał zgody na jego wycinkę.

- Urzędnicy faktycznie nie powinni tak mocno ingerować w kwestie urządzania małych ogrodów przydomowych. Jeśli komuś się znudził czy zbyt rozrósł dla przykładu krzew i chciał się go pozbyć, to winien mieć do tego nieograniczone prawo - mówi. - Znowelizowana ustawa nie dotyczy jednak tylko 5-arowych przydomowych ogrodów. Dotyczy również ludzi, którzy mają po 50 arów, 5 hektarów i 40 hektarów. Od lat rosły tam drzewa - jak nie posadzone, to samosiejki. Wiele z nich ma teraz po 100 lat. Te drzewa wrosły w dany ekosystem. Są cenne przyrodniczo choćby dlatego, że były wiatrochronami, wiosną przeciwdziałały niekontrolowanemu spływowi wód powierzchniowych, latem utrzymywały wodę w gruncie. I teraz te drzewa pójdą pod topór. To musi mieć wpływ na wszystkie te procesy, o których mówiłem.

Piotr Kuraś uważa, że znowelizowana ustawa jest przede wszystkim na rękę osobom, które chcą się pozbyć ze swych terenów drzew, aby potem sprzedać takie działki deweloperom pod zabudowę mieszkaniową.

- Myślę, że to oni dzwonią ze zleceniami wycinki - mówi.

Urzędnik z Nysy zauważa jednak, że drzewa znikają z działek niekoniecznie dlatego, że ich właściciel chce rozparcelować i sprzedać grunt, choć takie motywy też będą się pojawiać. Wiadomo: działkę zadrzewioną trudniej było sprzedać, ewentualny nabywca wiedział, że czeka go „wycinkowa procedura” z urzędnikami.

- Na razie nie dochodzą do nas takiego typu sygnały z terenu - mówi. - U nas w grę wchodzi inny mechanizm: skoro zniknął jakiś niewygodny nakaz czy zakaz, trzeba to szybko wykorzystać i robić, czego wcześniej nie można było.

Krystyna Słodczyk, opolska ekolożka, też to potwierdza: - Na nowej ustawie najbardziej korzystają inwestorzy pod Warszawą, to faktycznie wygląda tak, jakby ustawa miała się przysłużyć np. deweloperom ze stolicy - mówi.

Na nowej ustawie najbardziej korzystają inwestorzy pod Warszawą, to faktycznie wygląda tak, jakby ustawa miała się przysłużyć np. deweloperom ze stolicy

Jest jeszcze jedno. Nowe przepisy pozwalają ciąć bez ograniczeń drzewa i krzewy rolnikom, właścicielom ziemi, jeśli chcą ją przywrócić do użytkowania rolnego.

Ustawa nie precyzuje, na czym dokładnie ma polegać to użytkowanie, a przede wszystkim w jakim terminie ma ono nastąpić. - Czyli teoretycznie rolnik może ciąć dęby, topole, platany i co roku mówić, że wciąż grunty przywraca do użytkowania - przyznaje Lewicki.

Paweł Szypulski z Greenpeace podkreśla jeszcze jedno niebezpieczeństwo: - W tej ustawie niepokoi nas, że Lasy Państwowe będą mogły na zarządzanych przez siebie terenach prowadzić wycinkę, nawet jeśli może zaszkodzić to żyjącym w danym miejscu gatunkom chronionym. Wcześniej na takie działania warunkowo wydawała zgodę Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Dziś nie ma takiego obowiązku.

Ustawa jest pełna niedomówień. Pewne jest tylko to, że spod liberalnego prawa wyłączeni są ci, którzy tną drzewa dla celów gospodarczych, tereny ogrodów działkowych, tereny wpisane do rejestru zabytków, z prawa do wycinki nie mogą też korzystać wieczyści użytkownicy. Te wyjątki nie uratują przyrody.

Nie ma hamulców

Paweł Szypulski z Greenpeace: - Samorządowcy z całej Polski dzwonią do nas z pytaniem, co mają teraz robić, jeśli wiedzą, że ktoś chciał kiedyś wyciąć cenne dęby. Radzimy, aby teraz szybko ustanawiać szczególnie cenne drzewa pomnikami przyrody. Ale to doraźne działania.

Hamulcem mającym powstrzymać Polaków przed powszechną siekierezadą mają być opłaty. Ale nie dotyczą one przecież właścicieli prywatnych posesji, którzy wycinają na niej drzewa nie na cele związane z prowadzeniem działalności gospodarczej. Pozostali - jeśli dostaną zgodę na usunięcie drzewa, którego obwód przekracza 100 cm (mierzony na wysokości 130 cm) - muszą płacić. Ustawa przewiduje maksymalną stawkę 500 złotych za każdy centymetr obwodu, czyli teoretycznie opłaty za wycinki mogą być kolosalne, jedno drzewo może kosztować i kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Podane obwody są takie, że pozwalają wycinać całkiem dorodne drzewa. Platan o obwodzie metra to już piękny okaz. Lipa strzelista na 20-30 metrów ma około metra w obwodzie.

- Przede wszystkim jednak ustawa daje gminom prawo do wprowadzania własnych, niższych stawek za cięcia - dodaje Lewicki.

Jeśli włodarze będą potrzebowali pieniędzy do budżetu albo będą chcieli zachęcić inwestorów do budowania na porośniętych dotąd choćby samosiejkami terenach - to stawki odpowiednio obniżą, np. do 60 zł za 1 cm, i to bez względu na gatunek. Po równo - za dąb i osikę.

Minister Szyszko uważa, że hamulcowymi polskiej siekierezady mają być samorządy. To urzędnik ochrony środowiska ma kontrolować, czy wycinka na prywatnych posesjach nie jest robiona na wyrost, czy na pewno nie ma celów „gospodarczych”. Poza tym wciąż w mocy są inne przepisy, które zakazują wycinki w czasie, gdy drzewo jest na przykład ostoją dla innych siedlisk roślin czy zwierząt. - Rolą samorządu, a nie państwa jest kontrola tego, czy wycinka drzew na prywatnej posesji jest zgodna z prawem - mówił podczas czwartkowej konferencji minister.

Urzędnicy z magistratów kręcą głowami. - No bo jak mam sprawdzić prawidłowość wycinki drzewa, skoro o tej wycince nie wiedziałem? - zastanawia się Lewicki - Można założyć, że ktoś poinformuje urząd, że jego sąsiad wyciął drzewo z dziuplą zamieszkaną przez dzięcioły. Nawet jeśli odpowiednie służby zdążą na miejsce wycinki przed posprzątaniem drzewa z dziuplą i potwierdzą ten fakt oraz zostanie nałożona kara, to i tak tego drzewa już nikt nie uratuje.

Cenowy hamulec więc nie zadziała.

Świadomość?

W nyskim urzędzie planują wydać ulotki uświadamiające: - Z treścią, która powinna trafić do obywatela, z konkretnymi przykładami: ile pyłu PM 10 zatrzymują liście, ile produkują tlenu. Może jeśli pokażemy na grafice, że pod drzewem w upalne dni asfalt drogi nagrzewa się do 21 stopni Celsjusza, podczas gdy niezacieniony - do 50 stopni, to zadziała na wyobraźnię ludzi? - zastanawia się urzędnik.

Zdrowy rozsądek, podpowiadający, że nowe przepisy mogą doprowadzić do ruiny ekologicznej, to jedno, zaś działania i poglądy właścicieli działek z rosnącymi na nich, przeszkadzającymi drzewami - to zupełnie co innego.

- Na granicy działki mam trzy jesiony. Utrapienie z nimi! - mówi pani Wiesława spod Opola. Jesiony są pokaźne, rosły już, gdy pani Wiesława kupowała działkę 20 lat temu. Nigdy nie pytała w urzędzie miejskim o zgodę na ich wycięcie, bo zakładała, że jej nie uzyska. Teraz skorzysta z nowego prawa. W miejsce drzew posadzi borówki. Drzewo wykorzysta - po odpowiednim leżakowaniu - na opał do kominka.

- Pewnie, że lubię przyrodę, drzewa. Chodzę na grzybobrania - mówi. - Jednak las nie musi rosnąć na mojej działce.

Właściciele firm prowadzących wycinki mówią, że ich klienci bardzo często „mają gdzieś” broniących drzew ekologów. Dla nich ważne jest, aby pozbyć się drzew - sprawców: cienia w domach, zasypywania liśćmi trawników, ale i kłopotów z sąsiadami, na których teren też spadają liście lub - nie daj Bóg - suche gałęzie. A jak komuś taka sucha gałąź spadnie na auto lub kark - to już w ogóle nieszczęście gotowe.

- Zamiast więc wydawać pieniądze na coroczną pielęgnację irytującego drzewa, lepiej po prostu pozbyć się go raz na zawsze - mówi Paszkowski.

Liderzy organizacji ekologicznych podkreślają, że już pod koniec roku alarmowali, pisali o fatalnych skutkach ówczesnych jeszcze projektów ministerialnych ustaw.

- Ministerstwo lekceważyło jednak uwagi organizacji pozarządowych, opinie ekspertów oraz obawy Polek i Polaków. Dziś jednak, niespełna dwa miesiące od wejścia w życie ustawy Szyszki, o jej szkodliwości przekonany jest już nawet prezes PiS Jarosław Kaczyński - krytykuje wprowadzone zmiany i zapowiada nowelizację - komentuje niedawną wypowiedź Kaczyńskiego Robert Cyglicki, dyrektor Greenpeace Polska. - Teraz czas na działanie. Odwrócenie fatalnego „lex Szyszko” musi nastąpić natychmiast, zanim pod topór pójdą kolejne drzewa w całej Polsce.

Na forach internetowych związanych z usługami wycinki drzew przeczytać zaś można taką wypowiedź jednego z arborystów:

„Dzięki wypowiedzi pana Jarosława Kaczyńskiego, że przywróci ustawę o wycinkach do pierwotnego stanu, odbieram jeszcze więcej telefonów od klientów i wszyscy chcą wyciąć drzewa jeszcze w tym tygodniu”.

Ewa Bilicka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.