Obrona Poczty Polskiej w 1939 r. - pamiętamy o jej obrońcach

Czytaj dalej
Fot. ZBIORY MUZEUM POCZTY POLSKIEJ
Marek Adamkowicz

Obrona Poczty Polskiej w 1939 r. - pamiętamy o jej obrońcach

Marek Adamkowicz

Czwartek, 5 października 1939 roku. Pod Kockiem dobiega końca ostatnia bitwa kampanii polskiej, a w Warszawie Hitler odbiera defiladę zwycięstwa. Tego samego dnia, o wschodzie słońca, Niemcy rozstrzeliwują 38 obrońców Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku.

Przeprowadzona na gdańskiej Zaspie egzekucja miała zamknąć to, co rozpoczęło się ponad miesiąc wcześniej. 1 września, około godz. 4.45, oddziały policji porządkowej i SS zaatakowały Polski Urząd Pocztowo-Telegraficzny Gdańsk 1 na Heveliusplatz (obecnie pl. Obrońców Poczty Polskiej). Mimo początkowego zaskoczenia pocztowcom, którzy feralnej nocy pełnili dyżur w budynku, udało się dać napastnikom odpór. Niepowodzeniem zakończyły się też kolejne próby zajęcia obiektu, mimo że Niemcy wprowadzili do walki artylerię i samochody pancerne. Dopiero w godzinach popołudniowych, kiedy obrońcy zostali zmuszeni do opuszczenia stanowisk na górnych kondygnacjach i schronili się w piwnicy, zapadła decyzja o kapitulacji. Tym, co o niej przesądziło, było podpalenie przez atakujących budynku.

Pocztowcy szybko przekonali się, jaki los czeka ich w niewoli - na ich oczach zastrzelono dyrektora Dyrekcji Poczt i Telegrafów RP w Gdańsku dr. Jana Michonia, który wyszedł do Niemców jako parlamentariusz. Naczelnika urzędu pocztowego, Józefa Wąsika, który podążył jego śladem, spalono miotaczem płomieni. Pozostałych obrońców pozostawiono przy życiu. Do czasu.

Symbol Rzeczpospolitej

Obrona Poczty Polskiej miała nie tyle znaczenie militarne, co symboliczne. Miała pokazywać, że Polska dobrowolnie nie zre-zygnuje z praw, jakie - zgodnie z umowami międzynarodowymi - posiada w Wolnym Mieście Gdańsku.

Charakterystyczne, że rolę punktu oporu przewidywano dla tej placówki na długo przed wybuchem wojny. Wynikało to z faktu, że kwestia ponownego włączenia Gdańska do Rzeszy powracała przez cały okres międzywojenny, aby ostatecznie stać się jednym z pretekstów do agresji zbrojnej na Polskę.

Aby uniemożliwić Niemcom działanie metodą faktów dokonanych, strona polska zorganizowała na terenie Wolnego Miasta struktury konspiracyjne, do których włączono m.in. starannie wyselekcjonowanych pocztowców, kolejarzy oraz harcerzy. W momencie wybuchu wojny udział w walce wzięli jednak tylko ci pierwsi.

Konspiratorzy stanowili rdzeń załogi broniącej Poczty Polskiej, przy czym w gronie niemal 60 osób przebywających wtedy w budynku były też osoby postronne, m.in. dozorca Jan Pipka, jego żona Małgorzata oraz wychowanica Erwina Barzychowska. Znaleźli się oni w śmiertelnej pułapce, choć w pierwszych godzinach walk wierzono jeszcze, że Wojsko Polskie przyjdzie placówce z odsieczą. Tej jednak zabrakło i następnego dnia nazistowski „Der Danziger Vorposten” mógł z dumą ogłosić, że flaga z hakenkreutzem zawisła nad Pocztą Polską.

Więzienna gehenna

Moment kapitulacji uwieczniono na serii propagandowych zdjęć. Widać na nich obrońców stojących pod murem na dziedzińcu poczty, wyprowadzanych na He-veliusplatz, ładowanych do ciężarówek, którymi następnie przewieziono ich do Victoriaschule lub Prezydium Policji przy Karrenwall (ul. Okopowa). Najciężej ranni trafili do szpitala.

Tego, co działo się później, nie pokazywano tak chętnie. Dlaczego? Wyjaśnienie daje Alojzy Swiniarski, pocztowiec z urzędu na dworcu Gdańsk Główny, którego aresztowano w pierwszych minutach niewypowiedzianej wojny i dołączono do grupy obrońców.

Pamiętam, że ciała wszystkich kolegów były sine i popuchnięte od razów. Jedynie kolega Magulski mógł mówić o szczęściu, gdyż jeden z oprawców go poznał i powiedział: „Tego zostawcie w spokoju, on był zawsze przyzwoitym człowiekiem!”. Dlatego Magulskiego tak bardzo nie bito. Żałośnie wyglądał kolega Majewski, który miał jedną nogę bosą, a drugą w skarpetce. Kolega Bela był bardzo smutny i ciągle narzekał, że bolą go bardzo plecy. Pozostali jeńcy byli w równie złym stanie.

3 września przewieziono ich na Biskupią Górkę. Pięć dni później 28 z nich stanęło przed wojskowym sądem polowym. Dieter Schenk, niemiecki badacz zbrodni nazistowskich, zrekonstruował ten moment w książce „Poczta Polska w Gdańsku”.

Wedle niego, proces odbył się w sali sądu przysięgłych sądu krajowego w Gdańsku przy Nowych Ogrodach 31/33. Rozpoczął się w godzinach popołudniowych, a zakończył wieczorem. Rozprawa toczyła się prawdopodobnie z wyłączeniem jawności, a członkami składu orzekającego byli: dr Kurt Bode jako przewodniczący, major gdańskiej policji porządkowej dr Hans Wolfgang Schimmelpfenning oraz niewymieniony z nazwiska oficer w roli ławnika. Oskarżał dr Hans Werner Giesecke.

Schenk nie ma wątpliwości: klęska obrońców poczty w toczącym się przeciwko nim postępowaniu była z góry zaprogramowana.

Upokorzeniem miał być nie tylko wyrok śmierci, ale podstawa, na której go wydano, tj. „uprawianie partyzantki”. Pocztowców uznano za bandytów, choć to przecież oni zostali napadnięci, a jedyną ich „winą” było to, że bronili skrawka Rzeczpospolitej w Wolnym Mieście Gdańsku.

29 września na karę śmierci skazano kolejne dziesięć osób, które ze względu na stan zdrowia nie wzięły udziału w pierwszej „rozprawie”.

Strzały o świcie

Bywa, że całe życie człowieka można sprowadzić do jakiegoś gestu czy słowa. Do czegoś, co jest silniejsze niż śmierć. Tak właśnie jest z Piotrem Teshmerem - kolejarzem, który z racji przynależności do organizacji konspiracyjnej znalazł się w załodze broniącej poczty. Dzięki relacji Alojzego Swiniarskiego wiemy, że na wieść o sądzie polowym i spodziewanym w związku z tym wyrokiem śmierci wstał i ostentacyjnie zdjął otrzymaną od Niemców koszulę, aby nałożyć znów po-krwawione i poszarpane w czasie walki strzępy swojego ubrania.

Chłopcy, śmierć dla nas niestraszna, bo wiemy, za co umierać. Już niejednego Szwaba pozbawiłem życia. Teraz kolej na mnie. Ale jak umierać, to we własnej koszuli. Niech oni swoją zabierają.

I rzeczywiście, oddał Niemcom koszulę.

Zresztą patos towarzyszył skazańcom aż do chwili śmierci. Przed egzekucją uklękli, przyjęli komunię świętą, a zanim padły strzały, dowódca pocztowej załogi, Alfons Flisykowski, wykrzyczał:

- Niech żyje Polska! A żebyście i wy, psy hitlerowskie, rozumieli: Es lebe Polen.

Aleksy Rosiński, który jako więzień obozu w Nowym Porcie był świadkiem egzekucji i grzebał ofiary, zeznał po wojnie, że najpierw padła salwa karabinowa, a po niej słychać było pojedyncze strzały.

Czas sprawiedliwości

Przez ponad pół wieku miejsce pochówku ofiar pozostawało nieznane - mimo prowadzonych poszukiwań nie udało się zlokalizować grobu. Natrafiono na niego przypadkiem, w sierpniu 1991 roku, podczas robót ziemnych prowadzonych przy al. Jana Pawła II. Dla rodzin pomordowanych był to moment szczególny.

Henryka Flisykowska-Kledzik, córka wspomnianego dowódcy obrony, przyznaje, że z tamtego dnia pamięta tylko tyle, że wsiadła z mężem w samochód i pojechała na Zaspę. Teren był ogrodzony, musiała więc tłumaczyć, kim jest i dlaczego musi szczątki zobaczyć. Potem górę wzięło wzruszenie, przesłaniając obraz miejsca i chwili.

Wzruszony był również Stanisław Tysarczyk, przedwojenny listonosz, którego sprowadzono, aby zidentyfikował resztki pocztowych mundurów. Wypowiedział wówczas słowa, w których ulga mieszała się z radością niezwykłego, jedynego w swoim rodzaju spotkania:

Witajcie, koledzy! Niewiele brakowało, a byłbym tu razem z wami!

Zrządzeniem losu Stanisław Tysarczyk nie wziął udziału w obronie poczty. Po wybuchu wojny został wprawdzie aresztowany i osadzony w obozie, ale udało mu dotrwać do wyzwolenia.

To, co działo się później, wciąż pobrzmiewa w sercach rodzin pocztowców. Wspominają uroczysty pogrzeb pomordowanych, który w kwietniu 1992 r. odbył się na cmentarzu na Zaspie, proces rehabilitacyjny przed Sądem Krajowym w Lu-bece, i zaliczenie - w maju 1998 roku - obrońców Poczty Polskiej w poczet honorowych obywateli miasta Gdańska.

Pamięć wygrała…

Marek Adamkowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.