O szczeżui, mewie czarnogłowej i depresji, która grozi wsi nad rozlewiskiem

Czytaj dalej
Fot. Stowarzyszenie Wieś nad Rozlewiskiem
Dorota Abramowicz

O szczeżui, mewie czarnogłowej i depresji, która grozi wsi nad rozlewiskiem

Dorota Abramowicz

Będzie to opowieść o wsi, która dziwnie znika w urzędowych dokumentach, rozlewisku, które powstało wskutek zaniechań człowieka, rolniku, który chce je zniszczyć, i o pasjonatach pełnych wiary.

Jak tu było pięknie - mówi Lidia Dziubińska. Stoimy na końcu zasypanej drogi. Śnieg w Szczerbięcinie otula doliny i pagórki, osiada na olszowo-jesionowych łęgach, zamarzniętym bagnie, wystających kikutach drzew. Przykrywa to, co zmienił człowiek.

Zanim zaczęto osuszać bagna, na unikatowym przyrodniczo terenie w wodzie żyły chronione ryby oraz zagrożone, umieszczone w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt, małże szczeżui wielkiej, a na wysepkach gniazdowały wilgi, rybitwy czarne i rzeczne, perkozy oraz objęte szczególną ochroną w Europie mewy czarnogłowe. Od dwóch lat mew czarnogłowych już nie ma. Po obniżeniu poziomu wody wyspy, na których składały jaja, połączyły się z lądem. Weszły drapieżniki, norki zagryzły kilkanaście mew śmieszek i rybitw.

- Nie ma w tym żadnego sensu - stwierdza rozgoryczony Piotr Zieliński ze Stacji Ornitologicznej Muzeum Instytutu Zoologii PAN, który badał na rozlewisku mewy czarnogłowe. - Trudno zrozumieć zgodę miejscowych władz na bezprawne działanie jednego człowieka.

W tej opowieści często będą padać słowa „bezprawie” i „bezkarność”, a obok nich „obojętność”. Chociaż pojawi się też „nadzieja”. oraz „desperacja”. To ona sprawiła, że przed trzema laty kilkudziesięciu mieszkańców Szczerbięcina - matematyczka, fryzjerka, ekonomista, nauczyciele, rolnicy, lekarze, urzędnicy, robotnicy podjęli walkę. Założyli Stowarzyszenie Wieś nad Rozlewiskiem, którego głównym zadaniem jest ochrona lokalnej przyrody.

- To niesamowici ludzie - uważa Zieliński. - Nie zawaham się użyć słowa: desperaci. Gdy pojawia się realne zagrożenie, potrafią się skrzyknąć nawet w środku nocy.

Woda zaczyna uciekać

Szczerbięcin, wieś rolnicza, położona kilkanaście kilometrów od Tczewa. Przed ponad 30 laty zaprzestano prac melioracyjnych w pobliżu miejscowego jeziorka i woda zaczęła zajmować coraz większe obszary. W bagnach pojawiały się ptaki, ryby, powstawał wyjątkowy ekosystem. W 1991 roku przedstawiciele kółek i organizacji rolniczych wystąpili do wojewody o osuszenie rozlewiska. Wojewoda wyraził zgodę, pod warunkiem że wszyscy właściciele gruntów zgodnie zrekultywują ziemię.

Zgody nie było i przyroda zatriumfowała w Szczerbięcinie.

Ludziom się to nawet spodobało. Nad rozlewisko, zwane „pomorską Rospudą”, przyjeżdżali przyrodnicy, mieszkańcy Tczewa i okolic. Pojawili się chętni do zakupu sąsiadujących z rozlewiskiem gruntów.

Tadeusza Łaszewskiego, budowlańca od lat mieszkającego i pracującego w Hamburgu, rozlewisko zauroczyło przed niespełna dekadą. - Jezioro, ryby, „prywatne” łabędzie - wspomina. - W 2010 roku kupiliśmy ziemię i postanowiliśmy pozostać tu z żoną na stałe. Część podzieliliśmy na działki pod budowę domów.

Po sąsiedzku trwają prace wykończeniowe domu Lidii i Stanisława Dziubińskich z Tczewa. - Zastaliśmy tu piękne miejsce i przyjaznych ludzi - mówi Lidia.- Dobre miejsce do życia.

Miejsce było dobre, tylko z roku na rok wody w rozlewisku jakby mniej. Początkowo myśleli, że to skutki suszy. Potem okazało się, że za osuszeniem stoi mieszkający na stałe w gminie Subkowy zamożny rolnik Stanisław Litawa, właściciel działek w Szczerbięcinie. Działał w sposób planowy i metodyczny. Zaczął w 2011 roku, od próby udrożnienia urządzeń melioracyjnych we wsi Turze, potem u sąsiada oczyścił zasypaną studnię, następnie udrożnił rurociąg i odbudował rów melioracyjny.

- Wszystko zgodnie z prawem - twierdzi Stanisław Litawa. I dodaje, że działał na rzecz rolników, którym powiększające się rozlewisko zalewało domy.

Sołtys Szczerbięcina Ryszard Szmukałaodpowiada: - Było tu pięknie, póki Litawa nie kupił ziemi. A teraz robi, co chce, choć bezprawnie. Dlaczego? Bo ma wsparcie lokalnej władzy. Jak pani myśli, czy bez pozwoleń mógłby przeprowadzić taką meliorację? Albo, co wydaje się na pozór niemożliwe, zaorać drogę gminną na sześć metrów szeroką i zacząć ją uprawiać? Jak góra nie chce, to i dół nie może...

Opór

- Trzeba było działać - mówi Lidia Dziubińska. - Kiedy tylko zobaczyłam, że woda ucieka, zrobiliśmy na granicy naszej działki groblę, by nie dopuścić do osuszenia rozlewiska.

Potem powiesiła we wsi ogłoszenie, zapraszające na spotkanie w świetlicy wszystkich mieszkańców, którym leży na sercu dobro wsi. - Przyszło ze sto osób - wspomina. - Zaprosiliśmy hydrogeologa z Gdyni, który powiedział, że głębokie wykopy wykonane bez pozwolenia na zlecenie pana Litawy są niezgodne z prawem. Zawiadomiliśmy Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska. I uznaliśmy, że trzeba założyć Stowarzyszenie Wieś nad Rozlewiskiem, które od tej pory będzie występować do urzędów w obronie tego skrawka ziemi. Zostałam jego prezesem.

Stowarzyszenie wydało piękny kalendarz ze zdjęciami rozlewiska. Zaangażowało dwóch prawników, którzy w imieniu społeczników mieli od tej pory występować do instytucji samorządowych i państwowych w obronie zagrożonego terenu.

Początkowo wydawało się, że energiczne działania mieszkańców przyniosą efekty. Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Gdańsku wszczęła postępowanie wyjaśniające dotyczące spowodowania szkód w Szczerbięcinie i wezwała starostę powiatu tczewskiego Tadeusza Dzwonkowskiego do podjęcia natychmiastowych działań. Poinformowała przy tym starostę, że w postępowaniu Stanisława Litawy nie można doszukiwać się „konserwacji” bądź „utrzymania” urządzeń wodnych, ale ich „odbudowy”. A to ostatnie można zrobić jedynie po wydaniu oceny środowiskowej i pozwolenia wodnoprawnego. Ani oceny, ani pozwolenia nikt rolnikowi nie wydał.

- Uznaliśmy, że z uwagi na brak porozumienia stron konfliktu odnośnie ustalenia stałego poziomu wody w celu zachowania istniejącego stanu rozlewiska można ten obszar objąć ochroną, na przykład w formie użytku ekologicznego czy zespołu przyrodniczo-krajobrazowego - mówi Marcin Stolarski, rzecznik starostwa.

W kwietniu 2015 roku do wójta gminy Tczew Romana Rezmerowskiego trafiło pismo z RDOŚ z informacją, że obszar rozlewiska stanowi bardzo cenne przyrodniczo siedlisko licznych ptaków podlegających ochronie prawnej. „Tego typu obszary predysponowane są do objęcia ochroną np. w formie użytku ekologicznego lub zespołu przyrodniczo-krajobrazowego” - czytamy w piśmie RDOŚ, sugerującym, by gmina zainicjowała działania zmierzające do jednej z wyżej wymienionych form ochrony przyrody.

Gmina działań nie podjęła. Wójt Rezmerowski tłumaczy dziś, że byłoby to słuszne, gdyby ochroną objęto większy obszar, a nie tylko fragment rozlewiska. - Śmieszna sprawa - mówi. - Rozumiem, że członkowie stowarzyszenia chcą, by w pobliżu ich działek było pięknie, ale taka decyzja przynosi określone skutki prawne i ekonomiczne, które nie będą korzystne dla wszystkich.

- W tym wszystkim najgorsze jest, że wieś się podzieliła - twierdzi była sołtys, która uważa, że racje są po obu stronach.

Po co to komu?

Urzędnicy zwlekali, ale rolnik się nie lenił. We wrześniu 2015 roku ściął półtora metra ziemi na zboczu niecki i zasypał nią fragment rozlewiska. Odwodnił osady torfowe. Grudzień 2015 - wykopał nowe studnie odwadniające. W marcu 2016 wykarczował fragment łęgu i wybudował kolejną studnię. W czerwcu i sierpniu 2016 wybudował następne drenaże odwadniające i zasypał śródpolne oczka wodne.

- Pytaliśmy, dlaczego tak robi, niszcząc coś, co tak trudno będzie odtworzyć - wspominają członkowie stowarzyszenia. - W odpowiedzi usłyszeliśmy tylko „będzie tak, jak ja chcę!”.

Podejrzewali jednak, że musi być jakiś ważny powód intensywnych prac. Podjęli śledztwo. - Dotarliśmy do dokumentów, które ustawiły działania pana Litawy w zupełnie nowym świetle - mówi Dziubińska.

Światło padło na 17 hektarów należących do rolnika nieruchomości, położonych w Szczerbięcinie i sąsiadującej wsi Turze, zaledwie 50 metrów od działki Łaszewskich i 12 działek przeznaczonych pod budownictwo jednorodzinne. W maju 2015 roku marszałek pomorski zatwierdził na tym terenie poszukiwania kruszywa naturalnego, a w listopadzie 2015 roku Zarząd Województwa zatwierdził dokumentację złoża piasku Szczerbięcin-Turze.

- Żwirownia nie powstanie, jeśli nie zostanie podjęta ocena oddziaływania na środowisko - tłumaczy Dziubińska. - Pierwszym krokiem było więc pozbycie się cennego przyrodniczo obszaru. Ponadto obniżenie poziomu wód gruntowych na tym terenie pozwoli na głębsze kopanie żwiru. Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo - nieruchomość, na której może powstać zakład górniczy, przylega do zlokalizowanej już w sąsiednim powiecie skarszewskim żwirowni, gdzie firma Agroprom prowadzi wydobycie na kilkudziesięciu hektarach. W razie uzyskania koncesji na wydobycie kopalin we wsiach Turze i Szczerbięcin powstałaby gigantyczna kopalnia o zasięgu około 52 hektarów! Pojawiła się groźba, że tuż obok ginącego rozlewiska powstanie lej depresyjny, który zabierze wodę ze studni mieszkańców Szczerbięcina i Turza.

Gady, płazy i robaczki

Pod koniec listopada ubiegłego roku wokół Szczerbięcina zrobiło się gorąco. Przypominało to wyścig kilku instytucji o to, kto pierwszy pozwoli lub zakaże działalności żwirowni.

Starostwo Powiatowe wcześniej zamówiło u biegłego melioranta ekspertyzę oceniającą działania Stanisława Litawy na terenie rozlewiska. Inżynier Stanisław Małek uznał, że przeprowadzone przez niego prace można uznać za roboty „utrzymaniowe” i „wpisujące się w zakres robót remontowych, określonych prawem budowlanym”. Czyli - uznał je za legalne.

Do opinii biegłego dołączono listy popierające obniżenie poziomu wody na rozlewisku, podpisane przez siedmiu rolników, w tym przez syna i córkę Litawy. Krzysztof Bistram napisał: „Proszę o przywrócenie naturalnego odpływu wody, aby moja działka rolna nr 63 była osuszona, aby pole i łąki uprawne i wykorzystane do produkcji rolnej. (...) A ci wszyscy ze Stowarzyszenia, którzy walczą o rozlewisko dla swoich korzyści, zrobią baseny wodne i hodują gady, płazy i inne robaczki”.

W tym samym czasie, 29 listopada, regionalny dyrektor ochrony środowiska w Gdańsku Danuta Makowska wydała decyzję nakazującą Stanisławowi Litawie przeprowadzenie „działań naprawczych” na terenie rozlewiska, dając mu na to półroczny termin. Dzień później, 30 listopada, zebrała się Rada Gminy Tczew w sprawie uchwalenia zmian do Studium Uwarunkowań i Kierunków Zagospodarowania Przestrzennego Gminy. Jednym z punktów było umieszczenie w studium złóż w Szczerbięcinie.

Szczerbięcin znika

- Do ostatniej chwili mieszkańcy walczyli, by żwirowisko nie pojawiło się w studium - Lidia Dziubińska kładzie na stole teczkę ze 123 wnioskami, podpisanymi przez mieszkańców Turza i Szczerbięcina. „Moje mieszkanie znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie terenów, na których zlokalizowane są złoża. Nie wyobrażam sobie, by studium zniszczyło moje życie” - pisze Stanisław Grzesiuk. „Na starym protestanckim cmentarzu, tuż obok planowanego zakładu, leży moja rodzina. Wnoszę, by zabronić wydobycia kopalin” - dodaje dr Jan Makowski, żyjący 40 lat w Turzu. „Czy zdaje pan sobie sprawę, z czym wiąże się wydobywanie kopalin (..) na obszarze bezpośrednio graniczącym z terenem zabudowanym i zamieszkanym? To urbanistyczna pomyłka!” - pisze Henryk Zibur.

Prośby mieszkańców nie pomogły.

- Zmiany przegłosowano (za było dziewięciu, przeciw pięciu radnych) z rażącym naruszeniem prawa - mówi Krzysztof Augustyniak, przewodniczący Rady Gminy i zarazem członek Stowarzyszenia Wieś nad Rozlewiskiem. - Są na to dowody.

Dowody to m.in. dwie kartki papieru z tą samą datą - 31 marca 2016. Na jednej wójt prosi organy administracji publicznej według rozdzielnika o wydanie uzgodnień i opinii w sprawie uwidocznienia w studium złóż w siedmiu miejscowościach, w tym w Szczerbięcinie. Na drugiej, kierowanej tylko do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska, pozostało już tylko sześć miejscowości. Bez Szczerbięcina, gdzie RDOŚ właśnie kazała naprawić szkody. Również państwowy inspektor sanitarny w Tczewie otrzymał inne dokumenty - na których nie zauważono pobliskich ujęć wody.

- Proszę też popatrzeć na mapy, w oparciu o które wykonano projekt zmian - twierdzi Augustyniak. - Pochodzą z lat 60 i 70. ubiegłego stulecia!

Na mapach nie ma rozlewiska, nie ma domów postawionych w ostatnich latach. A za oknami Łaszewskich rośnie las. - Widzi tu pani jakieś drzewo? - pyta Łaszewski, pokazując pusty, pokryty śniegiem teren.

Wójt Roman Rezmerowski przyznaje, że słyszał o błędach przy uchwalaniu zmian w studium, ale przekonuje, że sprawą teraz zajmują się prawnicy. - Zgodnie z prawem radni musieli nanieść dane o złożach - tłumaczy. - Studium to tylko plan, czym innym jest koncesja na wydobycie kopalin. Proszę wyraźnie napisać, zmiany studium nie przesądzają, że będzie tam żwirowisko.

- Ale to pierwszy krok w tym kierunku - twierdzi Lidia Dziubińska.

Gdzie staną urzędnicy?

O błędach usłyszał też wojewoda Dariusz Drelich. Już 30 grudnia PUW w Gdańsku wszczął postępowanie nadzorcze w sprawie uchybień, które mogą wskazywać na „istotne naruszenie prawa”. Na efekty trzeba jeszcze poczekać. - Sprawa jest skomplikowana, postępowanie musi być przeprowadzone bardzo rzetelnie - wyjaśnia Małgorzata Sworobowicz, rzecznik wojewody.

Jeszcze przed świętami Stowarzyszenie Wieś nad Rozlewiskiem złożyło w Prokuraturze Rejonowej w Tczewie doniesienie o „możliwości popełnienia przestępstwa przeciwko wiarygodności dokumentów” przez wójta gminy Tczew oraz firmę urbanistyczną wykonującą projekt zmian do studium na nieaktualnych mapach.

- Jesteśmy na etapie postępowania sprawdzającego - mówi Ewa Ziębka, prokurator rejonowy w Tczewie. - Prokurator prowadzący sprawę zwrócił się do policji o zebranie materiałów dowodowych i dokumentacji. W przyszłym miesiącu będę wiedziała więcej na temat wszczęcia postępowania i kwalifikacji prawnej.

Stowarzyszenie w piśmie do starosty Tadeusza Dzwonkowskiego zakwestionowało opinię biegłego melioranta, zarzucając mu m.in. wydanie opinii prawnej zamiast dostarczania specjalistycznych informacji.

- Stwierdzenie przez biegłego, że na określone roboty nie było wymagane pozwolenie wodnoprawne, nie jest równoznaczne z usprawiedliwieniem wyrządzania przez wykonawcę tych robót ewentualnych szkód w środowisku - wyjaśnia Marcin Stolarski, rzecznik Starostwa Powiatowego w Tczewie, tłumacząc, że od ustalania szkód w środowisku jest RDOŚ, a od orzekania w sprawie odbudowy, rozbudowy, przebudowy czy likwidacji urządzeń wodnych - starosta.

Stanisław Litawa odwołał się od decyzji RDOŚ do Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. - To nie RDOŚ może decydować w tej sprawie, tylko starostwo - mówi. - Nic nowego w Szczerbięcinie nie zrobiłem - twierdzi, dodając, że urządzenia melioracyjne „były tam, są i będą”.

- Odwołanie pana Litawy jest w trakcie rozpatrywania - potwierdza Sławomir Sowula, rzecznik prasowy RDOŚ Gdańsk. - W przypadku kiedy GDOŚ utrzyma w mocy naszą decyzję, a rolnik ostatecznie nie dostosuje się do nakazu usunięcia szkód, RDOŚ rozpocznie postępowanie egzekucyjne. Sprawa przekazana będzie do wojewody i jego służby usuną szkody, zgodnie z decyzją RDOŚ, a kosztami obciążą rolnika.

- Chcę wierzyć, że wszystkie instytucje, w tym samorządy, staną wreszcie po stronie prawa i przyrody - mówi Lidia Dziubińska, patrząc na zasypane śniegiem resztki rozlewiska.

Przyroda jeszcze śpi. Ptaki przylecą dopiero wiosną.

d.abramowicz@prasa.gda.pl

Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.