Nikt tu nie spisywał naszych historii

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne
Tadeusz Majewski

Nikt tu nie spisywał naszych historii

Tadeusz Majewski

Pogranicze polsko-radzieckie, okupacja, rzeź, przesiedlenie na Pomorze. 89-letni Józef Pukała i jego dramatyczne losy.

Z mieszkania Józefa i Stanisławy Pukałów za szerokim podwórzem i wysokimi budynkami gospodarczymi widać jeszcze wyższą stodołę Stachowiczów. Babcia Krystiana Stachowicza, Anna Socha, też tu, do Jezierc, gm. Zblewo, przybyła z rodzicami, Katarzyną i Janem, z Orzechowca.

- ...I tak kończymy żywot. Żona się denerwuje, że nie ma dla kogo robić obiadów, bo ja mało jem - wzdycha Józef.

Zapada cisza. Myślę o wydawałoby się prozaicznej sprawie - codziennym spożywaniu obiadu. Otwieram laptop, wchodzę do internetu, do reportażu o śp. Piotrze Hływie, też z Orzechowca, wieloletnim sołtysie pobliskiej Lipiej Góry. I mocno, wyraźnie czytam:

„Orzechowiec, powiat Skałat, województwo tarnopolskie. Domy stawiano z gliny. Ściany budowano z żerdzi i przeplatano słomianym wałkiem umaczanym w błocie. Ziemia ukraińska była czarna, urodzajna i na słomie kamieniała. Później ścianę z obu stron kleili gliną i bielili. W takim domu było całkiem ciepło. Ale kościół postawiono ceglany. Powstawał 10 lat, a Hływa nosił cegły. Ukraińcy i Polacy śluby ze sobą brali i nawet razem czytali „Ogniem i mieczem”. Nienawiść pokazała się, gdy weszli Niemcy i obiecali Ukraińcom państwo. Naszczuli jednych na drugich. W 1939 r., przed wybuchem wojny, Piotr i Marta wzięli ślub. Ona do czasu deportacji mieszkała w Orzechowcu, on, w latach 1935-1937 ułan 9 Pułku Ułanów Małopolskich, po różnych przejściach trafił do wschodniego wojska polskiego.”

- Czy to Piotr Hływa z Orzechowca nad rzeką Zbrucz? - pokazuję Józefowi zdjęcie żołnierzyka na koniku. Mam je nieopisane. Józef Pukała urodził się 18.12.1927 r. w Orzechowcu, więc na pewno wie.

- Hływa! Jego ojciec był grabarzem - bez wahania odpowiada Józef. Ma silny, dudniący głos. Za każdym zdaniem kiwa głową. A potem uzupełnia.

Orzechowiec. Biedna sielanka

Orzechowiec to nie byle co. W Orzechowcu Piłsudski z Petlurą dogadywali się co do granicy Polski z Ukrainą. Rzeka Zbrucz, szeroka jak ten pokój, z rozlewiskiem we wsi, oddzielała II RP od ZSRR. Wieś zamieszkiwało ponad tysiąc ludzi. Hływa dobrze mówił - Polacy i Ukraińcy żyli w zgodzie, żenili się. W szkole siedziałem w ławce z Ukraińcem Wasylem Tarasem. Na majowym bawili się wszyscy razem, dzieci też. Moja rodzina mieszkała w Orzechowcu z dziada pradziada. Dziadek Antoni miał dziewięcioro dzieci, ja byłem jedynakiem. Mój tata, Józef, krył żytnią słomą dachy, moja mama, Katarzyna, po prostu Kasia, pracowała na majątku... Każdy tam jakoś swoją biedę pchał. Muszę ci podać do wiadomości (żart): każdy rolnik w Orzechowcu miał maszynę do młócenia. Szerokomłotna była, dwa patyki i raz - dwa, raz - dwa! - i w stodole młócił, a na dwór szedł odmachnąć. Mama pracowała na majątku 500-hektarowym Żyda Rotryngera. Sierpem cięła pszenicę, żyto, rzepak, ja szedłem za nią i zbierałem kłosy. Potem stawiano sztygi w kształcie odwróconej litery V. Rotrynger miał 50 hektarów maku i każdy dostawał 8-9 rzędów z pół metra od siebie i pielił, dzieci też. Ja raz zarobiłem w jeden dzień 45 groszy i kupiłem sobie czapkę z białego płótna. Mak też był stawiany w sztygi, skąd go podkradaliśmy. Wieziono go do Tarnopola... Nie wiesz dlaczego podkradano? A wiesz, co to makutra? Tarło się w niej mak i dodawało do placków z mąki. Palanycia - tak to się nazywało. Palanycia była bardzo dobra. Gdy ktoś się już najadł, kładł się na łóżku i syty, aż nogi zadzierał do góry.

Na majątku było 360 krów, dwie stajnie i słomiane dachy. I Rotrynger żył, i wieś Orzechowiec. Wioska liczyła 190 numerów, połowa żyła z majątku. Rotrynger był dobry dla ludzi. Trzymał Orzechowiec i Czerniszówkę. Inna sprawa, że musiał utrzymywać biednych, bo tak kazał mu wójt. Miał bryczkę, kuczera, dwa ogiery - tak wyszkolone, że same szły do bryczki ze stajni, psy cztery z tyłu, dwa jamniki. To był pan! I ruszał przykryty fajtą, zadaszeniem, żeby nie piekło słońce. Żydów mieszkało z siedem rodzin. Prowadzili koszerny interes. Żyd kupował wszystko. Od kobiet pakuły, szmaty, butelki. Żyd mówił: „Ja się żadnej roboty nie boję, tylko dajcie mi do tej roboty ludzi”. Albo: „Panie Pukała, czy wasza pies przywiązana?”. Miałem koleżankę Żydówkę. Jula Lejba. Bardzo ją lubiłem. Mieszkała blisko nas. Wieczorami siedzieliśmy na dworze. Raz, gdy latały chrabąszcze i zrobiło się już ciemno, jadła kluski i mówi do mnie: „Popatrz, kluski mają oczy!”. A to w kluski wpadły chrabąszcze... nie, żaba. Jej ojciec nosił na plecach kosz, kupował od Polaków ryby i sprzedawał swoim, bo Żyd jadł tylko cielęcinę i ryby. Ryba w Zbruczu była jaka tylko istnieje.

Wędkowałem. Robiłem też z wikliny żaki i zimą rąbałem lód, żeby zimę przeżyć. A szczupaki były takie [Józef pokazuje od czubków palców do bicepsa]. Latem brałem cetnarową kipę - kosz upleciony z wikliny i z tym koszem pływałem na stojąco w Zbruczu, a mój kuzyn Michał Łepecha (po latach pułkownik w Gdańsku) z brzegu kociubą płoszył szczupaki, bo one lubią siedzieć w wodnej, przybrzeżnej trawie. I, wystraszone, odpływały i szły do kosza. Zawsze z co trzeciej kipy wyciągałem szczupaka. Czasami, gdy rybak Mikołaj Socha nastawiał żaki, ja z Michałem mu je wyciągaliśmy, bo nie było zmiłuj. Pewnego razu Mikołaj podpłynął pod Wołochwasta - ruską wioskę i żaki wyciągał, a Rosjanin z nerwów zaczął strzelać. Nie, żeby zabić, na postrach.

Chodziłem do szkoły, a potem uczyłem się u sąsiada za szewca, tak długo, aż zrobiłem sobie buty.

W 1927 r. w Orzechowcu zaczęli budować kościół. Ludzie chodzili po Tarnopolskiem i zbierali na budowę. Z puszką chodził Stefan Pukała, mój stryj, który umarł tu, w Jeziercach, chodził też mój kuzyn.

Orzechówka należała do gminy Kaczanów, wsi leżącej 7 km od naszej wioski. To była gmina taka jak gmina Zblewo. Był wójt, w każdej wiosce sołectwo. W Kaczanówce majątek miała pani Jaruzelska, z rodziny generała. To ona w Orzechowcu fundowała budowę kościoła. Pamiętam, jak zakładali krzyż. Żydzi pokrywali dach. Jeden wycinał na dole z ocynkowanej blachy łuski, a inni kładli je na górze. Gdy ludzie szli w niedzielę na spacer szosą, po tej jednej stronie stał kościół, a po drugiej greckokatolicka cerkiew. I śpiewali „Hospodyn pomyłuj”... Jak masz na imię? Tadeusz. Tadeuszek... Ty nic o tych sprawach nie wiesz...

- Oj, zdziwiłby się pan! - oponuję.

- „Wołyń we krwi”. Czytam ją, przewracam kartki. Czytałem już dwa razy. Tego się nie da opisać. .. My byliśmy dwa razy w tamtych stronach. Mój kolega, Władek Boska z Gdyni, pojechał z wycieczką i w Kaczanówce stanął przy swojej chałupie, starej ojcowiźnie, i mówi to Ukraińca: „Czy mogę sobie nabrać wody?” „A ty czego szukasz?” - zapytał Ukrainiec. - „Ja tu się urodził”. Byliśmy tam ze 2-3 lata temu, nie, chyba już więcej lat minęło.

Rosjanie 1939

Wujek, najstarszy matki brat, mieszkał na rogu przy szosie od strony Zbrucza. Ruskie po wejściu w 1939 roku na jego stodole powiesili afisz z napisem: „My prijechali oswobodit’”. I od razu zabrali 360 krów, zabrali wszystko: krowy, bydło i samego Rotryngera. Wywieźli go na Sybir, Bóg wie zresztą gdzie. Szukali też przedwojennych uciekinierów kułaków. Po wojnie do Pogódek przyjechał Zubek, repatriant z Mysłowej, wsi obok Orzechowca, i został w Pogódkach wójtem. Jego żona, Ukrainka, pochodziła z ruskiej strony Mysłowej, przedzielonej Zbruczem. Przed wojną Stalin wycinał kułaków i zamordował jej rodzinę, a ona uciekła przez rzekę na polską stronę. Nasza służba graniczna chciała ją zawrócić, ale ona zaczęła krzyczeć, że się utopi, a nie pójdzie z powrotem. A ponieważ była młodziutka, ładna panna, Zubek się zakochał i wzięli ślub. Gdy 17 września 1939 weszli Ruski, od razu zaczęli ją szukać. Chcieli wytępić do korzenia, bo z kułaków. I to ją uratowało, że była pod nazwiskiem Zubka, a szukali pod panieńskim. On ją potem schował w Tarnopolu. Wielu uciekinierów zabili jeszcze przed wojną. W Wałachłostach, po drugiej stronie Zbrucza, majątek miał Ukrainiec Hrnat. Przekopał od Zbrucza kawałek kanału, żeby spiętrzyć wodę, postawił młyn i został kułakiem. Gdy Rosjanie zaczęli mordować kułaków, zorganizował w Orzechowcu chłopów i przerzucali silnik młyna przez Zbrucz, ale wpadł do wody. Polacy pomagali zbiegłym kułakom nie bezinteresownie, przerzucali nawet do Kanady. Hrnata przechowywał Polak Szaruń. Rosjanie przekupili pograniczników i w nocy wyciągnęli Hrnata w gaciach, zaciągnęli na drugą stronę rzeki i tam go rozstrzelali. Rano widać było po nim ślady krwi. A Szarunia zastrzelili w domu, a jego kobietę zatłukli na piecu.

Różne sprawy działy się na granicy Zbrucz. I szedł szmugiel, przede wszystkim interes z machorką.

W 1939 roku Stalin nie pozwolił mordować biednych Polaków. Nikt nikogo nie mordował.

Nikt tu nie spisywał naszych historii
Archiwum rodzinne Pokazuję zdjęcie żołnierza na koniu. - To Hływa - bez wahania mówi Józef Pukała

Niemcy 1941

W 1941 do Orzechówki wleźli Niemcy. Przyjechali pancernym wozem, huknęła armata i zwalili wieżę wartowniczą stojącą po drugiej stronie przedwojennej granicy. Przy szosie we wsi Mysłowa wykopali dół i wystrzelali wszystkich Żydów. Dół był wyżej szosy i na szosę z piasku sączyła się żydowska krew, Julii Lejby też.

Tu Józef Pukała wybucha płaczem, ale że mężczyźnie nie wolno płakać, to ten płacz jest jak implozja - wybucha głucho gdzieś w środku, na zewnątrz słychać tylko łamiący się głos.

- Bo jak człowiek sobie czasami zapłacze... - usprawiedliwia się.

- Pan sobie odpocznie, panie Józefie. Przyjadę jutro.

Bandery

W Kaczanowie był spokój. Tam Polacy mieli dyżury, trzymali wartę. W Czerniszówce, która z Orzechowcem prawie łączona była, tak jak tu Kleszczewo, Jezierce i Semlin, Ukraińcy mieli swoją szajkę. Mieszkał tam banderowiec, który zamordował 62 Polaków.

Zamordowali Jana Milczka (naprawdę nazywał się Chociaj). Rżnęli mu pasy na grzbiecie jak wieprzowi i posypywali solą, aż umarł na stojąco. Zamordowali za to, że był Polakiem. Należał do Strzelców. Przed wojną w Orzechowcu była strażnica, gdzie Piłsudski postawił 24 żołnierzy. Przyjechali z różnych stron Polski, nawet aż stąd, z Pomorza. Ich było dwóch braci. Jan, ten zamordowany, i drugi, który przyjechał tu, do Jezierc.

Po moją kuzynkę Marysię, Mańkę, po mężu Myjon, a po mamie Pukała, przyszli do domu po cichutku. Wyciągnęli ją w niedzielę na wieczór. Zamordowali. Drutem kolczastym zakręcili szyję. Mamie dali znać, że leży topielec w stawie koło młyna. Gdy ją wyłowili, mama i ciotka poznały ją po ubraniu. Miała spódnicę uszytą z niemieckiego koca. Mojego kolegę, Wojtka Balickiego, tak tłukli, że nie można było poznać, czy miał głowę, czy krwawy kikut. To nie jest do opisania. W Orzechowcu był dekarz. Wstawiał dna we wiadra. Bandery go zamordowali, i jego żonę też, bo za dużo gadała o nich wieczorami. Bandery w dzień chowali się na dachach i strychach, a w nocy chodzili po domach i tłukli. Ciotkę Martę tak tłukli, że odbili nerki i umarła. Jej syn ma tu, w Jeziercach, gospodarkę. W nocy po domach łazili, a my chowali się po dziurach i konopiach, czasami u sąsiadki Ukrainki. Pewnego ranka, gdy wróciliśmy z konopi, zobaczyliśmy napis nad piecem zrobiony czarną kredą. „Macie 48 godzin, żeby wyprowadzić się do Polski, bo tu jest Ukraina”. Księdzem w Orzechowcu był Solecki. Hływa Piotr, który potem mieszkał w Lipiej Górze, i jego szwagier Gadzała Michał pilnowali go jak oka w głowie. Ksiądz Solecki uczył religii, a mnie jeszcze do mszy służyć. Za dzwonek miałem w półlitrowym garnuszku nasypany groch. Bandery przyszli po niego w nocy, ale na plebanii już nikogo nie było, tylko staruszka, księdza mama. Hływa i Gadzała spali z nim w nocy na stajniach, na dachach, tej nocy też. Bandery odeszli, zostawiili pięć naboi na popielniczce.

W Czerniszówce Armia Krajowa starała się pomagać, ale było mało, tylko garść.... Tego mordercę, co własnoręcznie zamordował 62 Polaków, złapali i powiesili na bazarze w Podwołczyskach, gdzie przed wojną była polska stacja kolejowa, 7 kilometrów od Orzechowca. Przynieśli wielki, kuty gwoźdź i wbili mu z góry w głowę. Zrobił to Czyżewski z Kaczanówki.
Złapał hufnala - „Uż ty...” - wyrwało mu się z nerwów i obrzydzenia, i wbił... Co ty możesz wiedzieć o tych sprawach...

- Proszę popatrzeć, panie Józefie.

Włączam IPN Notacje - Jadwiga Majewska. W tym odcinku moja mama opowiada o obronie Huty Stepańskiej, drugiej pod względem samoobrony wsi na Wołyniu po Przebrażu. Niestety, przegranej. Oboje Pukałowie słuchają w nabożnym skupieniu.

- Niech pan odpocznie, panie Józefie. Przyjadę pojutrze z kamerzystą i będziemy nagrywać.

Podróż na Pomorze

Stalin masowo nas stamtąd wypychał pociągami. Cztery rodziny krewnych były w naszym wagonie. Jechaliśmy z Orzechowca przez Tarnopol, Lwów. Wysłali mnie z wiadrami. Wszystko miało po 70 lat, więc tylko ja umiałem koniom dać wodę. Szedłem do lokomotywy, tam, gdzie lokomotywy biorą wodę... Do żurawia. Ustawiłem wiadra, kołem pokręciłem, woda potężnie poszła, dwa wiadra się przewróciły, a pociąg pojechał, diabeł wie, gdzie. Towarowy pociąg, wagony bydlęce. Poszedłem na peron. Stoi budka, mówię do kolejarza, co się stało, a on, że pociąg pojechał tam i tam, i że zaraz tam pojedzie osobowy. Wsadziłem jedno wiadro w drugie i na nich usiadłem w tym pociągu, w odległości, żeby wszy nie wyłaziły na podróżnych. Na wszy na postojach mieliśmy metodę. Na krótko zakopywaliśmy w piachu koszulę, zostawiając kawałek rękawa, żeby wszy po nim wylazły, bo w ziemi było im zimno. Mój pociąg stał na peronie w miejscowości oddalonej o 100 kilometrów. Tu była polka! Pełno pociągów, wagonów! Szukałem towarowego, którym nas wywieźli, z blaszanym kominem i po tym kominie go rozpoznałem.

Parowóz, jak zahaczył, jechał dotąd, aż kończył się wolny tor. Gdy już był za duży ruch, to odstawiano na tor boczny. Tak popchali nas na niemieckie tereny, z długimi przerwami. Pewnego dnia jechaliśmy przez las i się zatrzymał. Na skraju lasu widać było opuszczony pałac. Zleźliśmy ze Stefką - kuzynką (żyje, ma 90 lat) - oglądać. W jednym z pokoi stał fortepian. Mówię żartem do Stefki: „Weźmiemy do wagonu i będę pląskał koniom”. Konie były nasze i wujka. Koniki wyszkolone przeze mnie już w wagonie. Rozsuwałem drzwi i schodziły na pastwisko. Parowozu nie było czasami z tydzień. Stalin wiózł maszyny, a jemu zależało na Polaku jak na psi duszy.

Z Orzechowca, Czerniszówki, z każdej wioski, która zdążyła sobie namłócić, wolno było wziąć 10 kwintali zboża na rodzinę. Krowy nie, bo pryszczyca, a zarazy przez granicę nie można przewozić. Celowo tak zrobili, żeby mięsa nie wywozić od Stalina. Jakie 6-7 tygodni my jechali. Wieźli nas jak bydło w bydlęcych wagonach. Dojechaliśmy do Oświęcimia. Tam nas rozładowywali, bo dalej nie było toru szerokiego. Gdy nas wyładowali, worki ruszały się od wszy. Jeszcze trochę, a wykończyłby nas świerzb.

Jezierce

Krzysiu Banul ustawia kamerę. Józef Pukała mówi do niego „młodzieńcze”, a do mnie „pan”, chyba po tym nagraniu o Hucie Stepańskiej. Ciągniemy dalej, nagrywamy...

Przyjechaliśmy do Kościerzyny. Konie też, dwadzieścia, a naszej rodziny sześć. W Kościerzynie miejscowości przydzielał profesor Rogoża z gimnazjum ze Lwowa. Dostaliśmy domy w Jeziercach opuszczonych przez Niemców. Z mojej rodziny przyjechało z Orzechowca do Jezierc dwanaście osób.

W tym domu naprzeciwko (Józef pokazuje przez okno z kuchni) nas było dziewiętnaście osób. Jeść nie było co. Przyjechaliśmy jesienią, kartofle już wykopano. Z lasu przynosiłem drewno na opał. Jedzenie... W parku było jeziorko, pływały dzikie karasie. Robiłem z drucianej siatki żaki, rano je nastawiałem, a potem przynosiłem wiadro karasi i piskorzy. Z żoną poznaliśmy się w 1946 roku na potańcówce w parku. Stanisław Kieraga grał na podartym akordeonie, a my tańczyliśmy „Morowa czarna - niech żyje nam”. W 1946 roku wzięliśmy kościelny ślub. Tu, w tym domu, przeciekał dach i księżyc świecił nam do łóżka. Więc najpierw naprawiłem dach. To był dom Kazulka - Niemca. Dwa razy nas tu odwiedził. Służył w polskim wojsku, dobrze rozmawiał po polsku. Z budynków gospodarczych został tylko kawałek chlewa. Mieliśmy konika, krowę i 5 kur - z Semlina, gdzie mieszkaliśmy na początku. Potem przez lata dorabialiśmy się. Żeby to tylko chlewy i inne zabudowania, ale i aplegerka - konny rozrzutnik, traktory, i dmuchawa, i kombajn, i do Rosji pchałem czasem tony kartofli.

Jak nas tu traktowali? Tam Ukraińcy nas mordowali za to, że byliśmy Polakami, a tu mówili, że jesteśmy Ukraińcami. Gdy zdawałem na prawo jazdy i jechaliśmy do Jezierc, to taki młody z Pinczyna (jego tata, znajomy mój, przyjaciel) mówi: „Jedziem na Ukrainę”. I co tu zrobić? Kolega Czyryk, gdy mu tak mówili, Pomorzaków draszował (walił) i mówił: „Ja wam dam Ukrainiec! Ja jestem Polakiem.” Ten, co go prześladował, dostał dobrze lanie, to się uspokoił. Czyryk lał i pytał: „Czy jeszcze żyjesz?”. Czyryk to był twardy facet. Mieszkał we wsi Mysłowa sąsiadującej z Orzechowcem. Bandery okrążyli jego chałupę i podpalili. Stali z dziadkiem w korytarzu już prawie w ogniu. Władysław krzyczy: Dziadek, ty masz 70 lat, ja 22, wyłaź, bo się spalimy!”. W ręku miał kałacha (należał do organizacji Istriebitielnyj Batalion; taką Rosjanie z Polaków stworzyli niby do obrony przed banderami). Miał na sobie kalesony i kufajkę, wyskoczył przez okno i uciekał pod obstrzałem. Dobiegł do Zbrucza, rzucił się do wody i płynął, jedną ręką przytrzymując broń. Udało się! Za rzeką mieszkał Ukrainiec - biedak skrzypek Makuch. To był cud, że Władysławowi udało się przez Zbrucz przepłynąć w kalesonach i że przechował go Ukrainiec. Dziadka mu bandery nie zabili, bo już staruszek, z fajką chodził. Tu, w Jeziercach, Władysław pobudował stajnię, stodołę, chałupę taką, jak mam ja, i zapisał synowej. Po nim jest jeden syn w Gdańsku, jeden w Starogardzie, jeden tu, na gospodarce.... To trwało parę lat. Później razem już tuliliśmy się coraz lepiej do kupy z Pomorzakami... Różnie ludzie sobie życie układali. Wujko - matki brat - siedem razy do Ameryki płynął, 14 dni w jedną stronę, żeby robić interesy. Wszystko tu zostawił, żeby zarobić i kupić tu ziemię, pobudować się, powekować. Sołtys Antków Stefan z Orzechowca i tu był sołtysem, i umarł sołtysem... Jak człowiek popłacze...

- Tuliliście się z Pomorzakami, ale jeszcze z 10 lat temu, gdy pytałem o Wołyń, ludzie patrzyli na mnie jak na prowokatora. Nie chcieli mówić. Czy ktoś tu przyjeżdżał i spisywał waszą historię? Opowiadaliście ją komuś?

- Słuchaj, kochany! A komu mieliśmy te historie opowiadać?! Kto by nas tu, w Jeziercach, wysłuchał? Baliśmy się mówić nawet pomiędzy sobą. Był na przykład Władek R. z Andersa, nie chciało mu się robić, to poszedł do UB. Nie doniósłby, że gadają? Ludzie byli różni. I dzisiaj też nic się nie zmieniło - łamie się nagle głos Józefa. - Kto nas tu odwiedza? Ja mówię otwarcie i nie wstydzę się tego. Ja jestem tak jak ten z Borzechowa, co go nazywają bosym Antkiem. Ja jestem, mogę być Antkiem, bosym... bosym Antkiem, ale jestem Polakiem, rozumie pan?! - płacz.

Pokazuję palcami do Krzysia, żeby zakończył filmować.

opinie@prasa.gda.pl

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Tadeusz Majewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.