Nie jest żadną świętą ani aniołem. Pomaga innym, bo lubi to robić

Czytaj dalej
Fot. Fot. Tomasz Ho£Od / Polska Press
Paweł Gzyl

Nie jest żadną świętą ani aniołem. Pomaga innym, bo lubi to robić

Paweł Gzyl

Nie miała łatwego życia. Wychowała się w skromnych warunkach. Pierwszy mąż przysparzał jej tyle samo nieszczęść, co radości. Drugi - zostawił samą z synem. Dopiero w związku z trzecim znalazła nareszcie spokojną przystań.

Jedni mówią o niej „święta z Krakowa”, a drudzy twierdzą, że „nie ma co robić na starość, to sobie fundację założyła”. Nauczyła się z tym żyć i cierpliwie tłumaczy, że ani jedna, ani druga opinia nie jest prawdziwa. Po prostu najzwyczajniej w świecie lubi pomagać innym. Po to powołała fundację Mimo Wszystko.

- Jak umiem, próbuję poprawić czyjś los. To zwykły odruch. Sprawia mi to przyjemność i już. Gdy słyszę: „Matka Teresa, anioł, święta”… myślę, że ktoś ze mnie kpi. Nie jestem żadną świętą. Dobrym człowiekiem może być każdy, bez względu na to, w co wierzy i w jakiej jest partii. Ktoś do mnie pisze: „Też pomagam, ale tak jak pani się nie chwalę”. Nie rozumie, że jak prowadzę fundację, muszę informować, na co wydaję społeczne pieniądze. Niektórzy mówią: „Starzeje się, jest gruba i musi gdzieś zarabiać szmal”. Wiedzą już jednak, że pracuję w fundacji jako wolontariuszka i nie biorę za to ani grosza - tłumaczy w „Vivie”.

Talenty po dziadku

Być może jej współczucie dla innych wynika z tego, że sama nie miała łatwego życia. Jej rodzice reprezentowali powojenną inteligencję - ojciec był inżynierem lotnictwa, a mama - ekonomistką. Wychowała się w domu pełnym miłości - ale ubogim. Szynka na stole państwa Dziadyków pojawiała się tylko dwa razy w roku na święta, a czekoladę dziewczynka dostawała tylko na imieniny. Na obiad mama najczęściej gotowała zupę kminkową, która do dziś przypomina pani Annie młodość.

- Całe moje dzieciństwo to Młynówka, rzeczka, której już nie ma, nad którą chodziliśmy na pijawki i jeździliśmy na łyżwach, gdy zamarzała. Wychowywałam się z siedmioma chłopakami, więc miałam takie dzikie dzieciństwo. A jak się wybieraliśmy na Rynek, to była wycieczka „do miasta”, chociaż droga tramwajem zajmowała zaledwie siedem minut. Te wycieczki to były wielkie przeżycia - wspomina w „Vivie”.

Pani Anna artystyczne talenty odziedziczyła zapewne po dziadku Janie ze strony mamy.

Z dalszej części artykułu dowiesz się:

  • kim był dziadek Anny Dymnej
  • jak poznała swojego pierwszego męża
  • jak pozbierała się po rodzinnej tragedii
Pozostało jeszcze 71% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Paweł Gzyl

Dziennikarz Działu Kultura Gazety Krakowskiej i Dziennika Polskiego. Muzyka, film, książka.

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

fala

elo

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.