Na planie drugiego sezonu "Watahy" [FOTO, WIDEO]

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Kapica
Beata Terczyńska

Na planie drugiego sezonu "Watahy" [FOTO, WIDEO]

Beata Terczyńska

Prokurator Iga Dobosz prowadzi samochód. Widząc transport z drzewem, musi przyhamować. To jest jednak zasadzka. Padają strzały. Kto i dlaczego chce pozbyć się prowadzącej śledztwo?

Zwierzyń, wieś w gminie Olszanica, malowniczo położona nad Sanem. Wydrążoną w zaspach ścieżyną idziemy na plan drugiego sezonu serialu HBO „Wataha”. Pierwszy okazał się prawdziwym hitem. Produkcja osiągnęła 3-krotnie wyższą oglądalność, niż kultowy serial HBO „Gra o tron”. Z sukcesem była emitowana w kilkunastu krajach, m.in. Wielkiej Brytanii, Rumunii, Bułgarii, Czechach, na Węgrzech, w Skandynawii.

- Wracamy na granicę właśnie teraz, bo temat niekończącej się ucieczki od przeszłości, od ludzi, miejsc, zdarzeń wydaje nam się niezwykle aktualny w kontekście tego, co dzieje się w kraju i na świecie - HBO Polska tłumaczy powrót w Bieszczady.

Przypomnijmy. Akcja sześciu odcinków pierwszej serii "Watahy" toczyła się na pograniczu polsko - ukraińskim. Rozpoczęła się od wybuchu, w którym zginęli oficerowie jednostki straży granicznej. Udało się przeżyć tylko jednemu. Kapitan Wiktor Rebrow (w tej roli Leszek Lichota) był głównym podejrzanym o przeprowadzenie zamachu i śmierć kolegów. Na własną rękę szukał sprawców i odkrył, że padł ofiarą intrygi.

W drugiej serii nie ma bezpośredniej kontynuacji losów bohaterów.

- Jesteśmy mniej więcej cztery lata po zakończeniu akcji pierwszego sezonu - mówi Agnieszka Niburska, szefowa PR HBO Polska. - Rebrow ukrywa się w bieszczadzkiej głuszy, jest poszukiwany. Trochę kłusuje, ale pomagają mu też Łuczak i przyjaciółka z dzieciństwa Marta, córka Siwego - przywódcy watahy, która zginęła po wybuchu strażnicy.

Artur Kowalewski, producent serialu z ATM Grupa zdradza, że Wiktora Rebrowa zobaczymy w innej odsłonie, ponieważ nie występuje już w mundurze strażnika granicznego.

- Nasz Rebrow w pierwszym sezonie był troszkę takim antybohaterem. Dlaczego? Z reguły jest tak, że kiedy bohatera spotyka jakaś bardzo przykra okoliczność, ten zbiera się w sobie, zaczyna działać i „rozwala” wszystkich. Tu było inaczej. Powstała opowieść o pewnej niemożności. Chciałby się czegoś dowiedzieć, coś zrobić, ale utknął w tym śledztwie, jego możliwości są ograniczone. Nie może wydostać się spod osobistej tragedii. To było troszkę poza gatunkiem. Mieliśmy pewną obawę, czy widzowie przyjmą to, zaakceptują. Okazało się, że tak, że właśnie Leszek Lichota w tej roli okazał się być przekonujący.

- Jak się pan czuje, jako kilkuletni uciekinier, przedtem oficer straży granicznej? - podpytujemy Leszka Lichotę, zarośniętego, z długą brodą, że trudno go rozpoznać.

- Paradoksalnie, mimo że to ta sama postać, mam wrażenie, jakbym tworzył zupełnie nowego bohatera. Wiktor Rebrow, jakiego znamy i pamiętamy z pierwszej serii, już niewiele ma wspólnego z tym, którego poznamy po czterech latach rozłąki. I to dało mi szansę, żeby na niego spojrzeć świeżym okiem. Wręcz zapomnieć o wszystkim, co było do tej pory. To praca niemalże nad innym projektem. Dobrze zrobiło to tej postaci.

- Czym różni się dawny Rebrow od tego z drugiej serii?

- Jest wiele różnic. Począwszy od najbardziej oczywistych, banalnych, widocznych, czyli w wyglądzie. Wtedy był jednak strażnikiem, którego obowiązywała dyscyplina, chodził w mundurze, był ostrzyżony, ogolony. Teraz jest dosyć zarośniętym facetem, który żyje na odludziu i troszkę się zaniedbał.

- A co mu w duszy gra innego?

- Mam wrażenie, że trochę bardziej się zradykalizował, co objawia się jego bardziej wybuchowym temperamentem, ostrymi reakcjami na pewne rzeczy. I to też jakby wynika z tego, że parę lat żył z dala od wszystkich, tylko ze swoimi myślami. Dlatego też, kiedy spotyka kogoś obcego, kurtuazja schodzi na drugi plan.

Praca na planie wymaga dobrej kondycji. Biegają po górach, zwalonych drzewach, wąwozach, pokonują potoki.

- Czy teraz też mieli wycisk fizyczny?

- W tej części jest o wiele gorzej, co dobrze robi naszej historii - opowiada Lichota. - Pod względem fizycznym, wytrzymałościowym mamy dużo większe przeszkody do pokonania, bo choć góry są te same, to zostały obsypane grubą warstwą śniegu. Łatwiej utknąć, łatwiej się ześlizgnąć. Nadal trzeba przeskakiwać różne strumienie, a oprócz tego brodzić w tym śniegu po pas.

- Można liczyć na zastępstwo kaskadera?

- Jestem zodiakalnym lwem, dlatego jak czegoś nie muszę, to nie robię, ale z drugiej strony, kiedy widzę, że mogę pewne kaskaderskie sceny zrobić sam, chcę w nich uczestniczyć. Oczywiście w ramach zdrowego rozsądku.

Sceny w miejscach niedostępnych

- A jakie będzie życie uczuciowe Rebrowa?

- Jeśli to w pierwszej serii niektórzy określali jako pogmatwane, teraz będzie porąbane - śmieje się Leszek Lichota. - Mój bohater temat śmierci Ewy cały czas ma w sobie, nie przetrawiony. Dlatego m.in. zdecydował się na opuszczenie cywilizacji, zaszycie się gdzieś w głuszy bieszczadzkiej. Napotka jednak na drodze osobę płci przeciwnej. Nie zostanie wobec niej obojętny...

- Dowiemy się, dlaczego była miłość Rebrowa właściwie zginęła?

- Mam nadzieje, że się dowiecie - słyszymy.

Aktor podpytywany, czy ma czas na prywatne wędrówki po górach śmieje się, że teoretycznie miałby, ale jeśli przez 5 miesięcy biega się po górach 14 godzin dziennie, to wystarczy.

- Docieramy często do miejsc, do których turyści nie mają wstępu. Staramy się wybierać widowiskowe, więc trudne lokacje. Jestem w Bieszczadach w najciekawszych, najlepszych miejscach, jakie można tylko zobaczyć.

Przyznaje, że między pierwszą a drugą serią zdarzyło mu się odwiedzić Bieszczady. Bo praca na planie to także okazja do nowych znajomości, przyjaźni, a takie zawarł.

- Prokurator Dobosz, po nieudanej jednak sprawie związanej z wybuchem strażnicy, nie bardzo chce wracać w Bieszczady - Agnieszka Niburska kontynuuje opowieść o bohaterach drugiej serii - Poczucie, że wtedy zawaliła, podkopało jej poczucie pewności siebie, zarówno osobistej, jak i zawodowej. Ale wydarza się makabryczna sprawa związana z imigrantami na granicy. To na tyle poważne śledztwo, że dostaje wyraźne polecenie od przełożonych: musi jechać w góry. Jest rozdarta, ponieważ ma bardzo ciężko chorą matkę (w tej roli pojawi się Helena Norowicz), którą na co dzień opiekuje się pielęgniarka. Dobosz przyjeżdża w Bieszczady, rozpoczyna śledztwo i wtedy wracają demony przeszłości. Stara się więc rozwikłać tajemnice sprzed lat, ale także nowe.

Na miejscu jest również komendant Konrad Markowski (Andrzej Zieliński), który nadal dowodzi zespołem. W ekipie są znani z I serii: Aga (Dagmara Bąk) i Rambo (Maciej Mikołajczyk), ale już nie takie zółtodzioby.

- Aga nadal brnie w każdą sprawę, która się tylko nadarzy i to ją właśnie trop doprowadza do tego makabrycznego odkrycia, które staje się zaczynem opowieści w drugim sezonie. Markowski też wrósł już w Bieszczady. Wie, co tutaj się dzieje, ma znajomych, kontakty. Grupa pograniczników mu ufa. W związku z tym, że nasila się ruch na granicy, przemyt ludzi i towarów, komendant odczuwa szczególną presję ze strony przełożonych, ale także ABW. Do tego powraca Dobosz, do której nie ma zaufania po poprzednim spotkaniu.

Będzie też Kalita, właściciel tartaku, który wychodzi z więzienia.

- W tym czasie jego współpracownik Cinek rozwinął działalność. Bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Był bardzo „odpowiedzialnym” szefem. Kalita musi zastanowić się, kim on w tej sytuacji jest i kto przewodzi tej bandzie.

Alsu przyjdzie do chaty Rebrowa

W drugiej serii "Watahy" dochodzą nowe postaci.

- Pojawia się kolejna uciekinierka - Alsu z Ukrainy. Staje na progu chaty Rebrowa i prosi o pomoc w odnalezieniu zagubionego w lesie syna - zdradza Agnieszka Niburska. - I to jest w zasadzie zawiązanie akcji. Kolejny impuls do zmiany życia bohatera. Chcąc pomóc choremu dziecku uciekinierki, musi znowu nawiązać kontakt ze światem, skonfrontować się z przeszłością i rzeczywistością. To może naruszyć spokój, który ma. Pozorny spokój człowieka, który uciekł.

Alsu przyjeżdża do Polski w poszukiwaniu lepszego życia. Jej los jest dosyć zawikłany i tragiczny. W tej roli Anna Donczenko, ukraińska aktorka grająca także w teatrach rosyjskich. Przy drodze stoi ciężarówka z ogromnymi kłodami. Za chwilę ma nadjechać prokurator Dobosz. Scena jest kręcona na tle urokliwego wzniesienia.

- To miejsce wygrało z kilku powodów. Droga, ubocze, bardzo ładne zakole z wodą. Wszystko wygląda wyśmienicie. W ogóle w tym sezonie będzie piękniej, plastyczniej, bardziej dziko dzięki temu, że robimy ten serial zimą, co oczywiście jest koszmarem produkcyjnym, bo mróz i śnieg bardzo dają nam w kość, ale jednocześnie to jest przepiękne.

To 57. dzień zdjęciowy. Dobosz rusza. Widząc wóz z drzewem, musi przyhamować. Zasadzka! Padają strzały.

- Jakieś czarne charaktery próbują zamordować naszą prokurator. Czy im się uda? Nie mogę powiedzieć - śmieje się Kasia Adamik, reżyser „Watahy”, opatulona w puchowe spodnie, kurtkę, ciepłą czapkę.

- Dzisiaj jest cieplutko, chodzę prawie rozpięta, ale gdy niedawno temperatura spadła do minus 28 stopni, ciężko było wytrzymać. Kręciliśmy wówczas zdjęcia w hali, którą jeszcze wietrzyliśmy specjalnie po to, by widać było idącą parę z ust bohaterów. Było tu jeszcze zimniej, niż na zewnątrz - opowiada pani reżyser.

Przeziębienia, zapalenia krtani, katary, bóle uszu, gardła… Wszystko to dotykało ekipę. Ale musieli sobie radzić.

- Dziś zaliczyliśmy już samochodem 11 rów - śmieje się reżyserka. - Oczywiście niegroźnie. Tym razem to ja wjechałam. Są przygody. Był taki dzień, że w ogóle z hotelu nie dało się wyjechać busami na plan, tak nas zasypało. Zima zaskoczyła filmowców!

Bieszczady to siła tego serialu

W pierwszym sezonie jesień też filmowców nie rozpieszczała.

- Cztery lata temu padał deszcz i było wielkie błoto. W pewnym sensie śnieg jest sympatyczniejszy, jeśli chodzi o ubrania. Nie trzeba ich prać codziennie. Generalnie „Wataha” jest dla nas fizycznie bardzo wymagająca, ale jest cudownie. Po przerwie w zdjęciach przyroda znów zrobiła na nas niesamowite wrażenie Człowiek się oczywiście przyzwyczaja do tego, że jest niesamowicie. To miejsce ma naprawdę unikatową atmosferę. Myślę, że to widać na ekranie. Pewnie dlatego też ten serial tak się spodobał. Pokazywał prawdziwą, dziką piękność tych gór. Bieszczady to siła naszego serialu. Gdyby to się działo pod Warszawą, nie byłoby takie fajne - jest przekonana.

- A widzowie, czy wciąż mają ochotę na historie o straży granicznej?

- Wydaje mi się, że temat naszej granicy robi się coraz bardziej aktualny - mówi Kasia Adamik. - Kiedy zaczynaliśmy serial, trzeba było tłumaczyć ludziom, co to jest ta granica UE i kim właściwie są uchodźcy, co tam robią. Teraz wszyscy o tym wiedzą. Bardzo nam zależało, żeby pokazać też ludzki aspekt tego, co tu się dzieje, że nie ma złych i dobrych, że są różne odcienie szarości.

- Na ile w tej opowieści czerpiecie z prawdziwych wydarzeń?

- Jest tu dużo prawdy. Jesteśmy w kontakcie z ludźmi, którzy udostępniają nam sprzęt, pomagają, doradzają. Różne historie, usłyszane rozmowy ubraliśmy w bardziej dramaturgiczne szaty.

Producent podkreśla, że bez pomocy straży granicznej nie byłoby "Watahy".

- Nagle się okazało, że mundur polskiego strażnika granicznego jest widoczny w tylu krajach. Pogranicznicy nie mieli też problemu z tym, żeby zrozumieć, że to jest jednak sytuacja, która jest w gatunku kina sensacyjnego, więc dzieją się różne rzeczy.

Zaangażowani są także mieszkańcy Podkarpacia, głównie Bieszczadów. Występują jako statyści. Tubylcy bardzo dobrze ich przyjmują. „Wataha” nazywana jest już serialem kultowym.

- Czuliśmy, że robimy coś fajnego, prawdziwego. Byliśmy zachwyceni tym, że nie musimy tworzyć serialu w wieżowcu w Warszawie. Nikt się jednak nie spodziewał, że „Wataha” będzie aż tak popularna.

Kasia Adamik, córka wielokrotnie nagradzanej reżyser Agnieszki Holland, mówi, że przed „Watahą” nigdy wcześniej w tej części Polski nie była.

- Wychowałam się za granicą. Przyjechałam tu więc pierwszy raz przy pierwszej „Watasze” i było to absolutnie wielkie przeżycie. Oczywiście, po spędzeniu tu czterech miesięcy, wcale nie miałam ochoty na powrót w wakacje, ale tak już po 1,5 roku, 2 latach, zaczęłam tęsknić. I dlatego tak ucieszyliśmy się, kiedy okazało się, że jednak robimy ten drugi sezon.

- Czy zdjęć do kolejnej, trzeciej serii możemy się spodziewać latem?

- Ja bym tu chętnie latem kręciła, ale takie zielone nie wygląda najlepiej w kamerze. Latem nie ma takiej atmosfery.
Bohaterowie nie walczą z zimnem, błotem i innymi przeciwnościami. Można by komedię romantyczną zrobić, ale „Watahę”? Lepsze byłyby wiosenne klimaty.

Za miesiąc wracają do Warszawy, gdzie czeka ich jeszcze sporo pracy nad montażem całości.

- Mamy jeszcze dokrętki na wiosnę, gdy śnieg stopnieje i dodatkowe ujęcia w lecie.

Nie ma niedźwiedzia w tym sezonie?

– Nie ma, ale nie możemy powtarzać tego, co już było. Jakieś zwierzątka się jednak „pałętają” na ekranie. Mały, czarny, sympatyczny kotek na przykład.

Ale dzika zwierzyna także. - Będą wilki. To wataha przecież – mówi producent Artur Kowalewski.

Przypomina, że w pierwszej serii tresowane zwierzęta mieli z Węgier. Scena z niedźwiedziem goniącym z góry Rebrowa i Agę była naprawdę mocna.

- Tak naprawdę mieliśmy dwa niedźwiedzie. Nasz główny bohater miał na imię Brumi. Był już troszkę starszym niedźwiedziem, który półtorej roku wcześniej dostał w czapę od młodszego. Brumi dobrze zapamiętał, że młokos może mu dołożyć.

Tłumaczy, że ponieważ niedźwiedzie w naturze nie biegają w dół, musieli użyć fortelu.

- Pomysł naszych węgierskich kolegów polegał na tym, że za starszym niedźwiedziem umieścili tego zadziornego. Rozjuszyli młodego, a ten walnął łapą w klatkę starszego. Brumi ruszył w dół. Uciekał tak naprawdę przed młodym a nie gonił aktorów, czy w pewnym momencie kaskaderów. Na końcu wytresowany, zakarpacki „miś” wiedział, że ma wbiec do klatki. To cała historia.

Leszek Lichota dodaje, że na szczęście nie natknęli się podczas pracy na prawdziwego, dzikiego bieszczadzkiego „misia”. - Wystarczyły węgierskie.

Zmieniamy plan filmowy. Jedziemy do Smolnika. W wysokiej, przestrzennej hali z blachy, wcześniejszej sortowni, powstało wnętrze chaty, w której zawekował się Rebrow. Tu nad zdjęciami czuwa drugi reżyser Jan P. Matuszyński, autor „Deep Love” i wielokrotnie nagradzanej „Ostatniej Rodziny”, obu koprodukcji HBO. Obiekt z zewnątrz gra chata w Tarnawie.

Wewnątrz panuje mrok. Jest klimat tajemnicy. W chacie pojawia się Alsu i opatruje ranę Rebrowowi.

Na drugą serię złoży się 6 odcinków. Także zakończy się ona niedopowiedzeniami?

- Naprawdę myśli pani, że zdradzę, jak się zakończy? – śmieje się producent. – Z reguły bywa tak, że trzeba zakończyć serial w taki sposób, żeby ktoś odczuł satysfakcję, że coś się wreszcie wyjaśniło, ale jednocześnie poczuł niedosyt, że być może jeszcze nie wszystko jest opowiedziane i wypadałoby dalej to oglądać. Staramy się hołdować tej zasadzie i myślę, że będzie tak i tym razem.

Podczas, gdy ekipa jest na miejscu non stop od października, aktorzy dojeżdżają w zależności od możliwości, grafików.

- Musimy się dostosować, bo każdy ma jakieś zobowiązania – mówi producent. - Stąd takim drobiazgowym i trudnym procesem jest planowanie, logistyka.

Gdzie śpicie? - W różnych miejscach. W zależności od tego, gdzie powstają zdjęcia. Teraz stacjonujemy m.in. w Czarnej. Ekipa na co dzień liczy około 80 – 100 osób, a w szczytowych momentach nawet do 200.

Emisja „Watahy 2” planowana jest jeszcze w tym roku, oczywiście w HBO. Prawdopodobnie jesienią.

Beata Terczyńska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.