Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Motocyklem po Ameryce Południowej śladami Dakaru

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Marka Zaniewicza
Wojciech Zatwarnicki

Motocyklem po Ameryce Południowej śladami Dakaru

Wojciech Zatwarnicki

Marek Zaniewicz, zawodnik drużyny sportowej Bieszczady Offroad Team z Leska, spełnił i marzenie każdego motocyklisty. Przejechał etapy najtrudniejszego rajdu świata - Dakar.

O Dakarze marzył od dawna, a kiedy okazało się, że jego kolega, Artur Ross, zamierza okrągłą rocznicę swoich urodzin świętować, jeżdżąc na motocyklu po Ameryce Południowej, uznał, że to dobra okazja.

- Postanowiliśmy połączyć nasze pomysły i zorganizować wyprawę - przygodę życia - opowiada Marek Zaniewicz.

Zaczęło się od poszukiwań firmy, która zajmie się transportem motocykli (BMW F800GS Adventure i KTM 900 Adventure). Później powstał plan podróży, motocykliści zaopatrzyli się w niezbędne rzeczy. Transfer do Valparaiso w Chile zorganizowała im firma ADV Factory z Warszawy.

Przygoda zaczęła się w przedostatni dzień ubiegłego roku. Główny cel wyprawy - jechać trasą Dakaru i kibicować polskim zawodnikom, którzy wystartowali w tym morderczym rajdzie.

- Ruszyliśmy z Bieszczad przez Warszawę, Amsterdam, z międzylądowaniem w Buenos Aires, do Santiago de Chile, a potem do Valparaiso. Podróż samolotem trwała 18 godzin.

A dowód został w Lesku...

Zgodnie z zaleceniami obsługi hotelu, Nowy Rok z przywitali w pokojach. Wszystko ze względów bezpieczeństwa. A później zaczęła się wielka przygoda i pierwsze problemy. Ale taki właśnie jest Dakar.

- 2 stycznia w Chile obchodzone było święto narodowe, z tego względu motocykle ze składu celnego mogliśmy odebrać dopiero następnego dnia - opowiada Marek. - A kiedy już usiedliśmy na motocyklach szczęśliwi i gotowi do drogi, uświadomiłem sobie, że nie mam przy sobie dowodu rejestracyjnego, który został… w domu, w Lesku.

Z pomocą pośpieszyła Markowi żona, Basia. Zeskanowała obie strony dowodu, wysłała mu na maila. On następnie dokument wydrukował i zalaminował w sklepie ze sprzętem RTV.

- Wyglądał lepiej niż oryginał - śmieje się motocyklista. - I co najważniejsze, przekroczyłem na nim wszystkie cztery granice.

Czas działał na niekorzyść motocyklistów. Rajd trwał już trzy dni. By ruszyć trasą rajdu, musieli pokonać ponad 2500 kilometrów do granicy z Boliwią.

- Jechaliśmy w potwornym upale. W planach mieliśmy dojechać do La Paz - stolicy Boliwii i stamtąd ruszyć trasą Dakaru. Plany pokrzyżowały nam ulewne deszcze oraz powodzie. Dotarliśmy do miasta Uyuni w środkowej Boliwii na wysokości 3700 m n.p.m.

Na ich szczęście ze względu na opady deszczu odcinki specjalne rajdu zostały skrócone. W końcu po trzech dniach jazdy chilijskimi drogami w upale do 47 Celsjusza, przerywanym gradobiciem i ulewami, dotarli na trasę rajdu w Tupiza-Oruro w Boliwii. Kolejny przystanek - La Paz.

Bezdroża Ameryki Południowej to dla motocyklistów ogromne wyzwanie. Marek Zaniewicz zapragnął pokonywać karkołomne odcinki Dakaru.
Archiwum Marka Zaniewicza - Taka wyprawa to przygoda życia - mówi Marek Zaniewicz.

Smak bułki z polską konserwą

Postój Dakaru w La Paz wykorzystali na zwiedzanie okolicy Uyuni-Oruro, a następnie ruszyli na metę etapu, do Uyuni.

- Po drodze spotkaliśmy parę przemiłych polskich podróżników z Bielska-Białej - Jolę i Wojtka - opowiada Marek. - Jak się później okazało, spali w tym samym hostelu, co my. Trafiliśmy również na dwóch młodych Polaków, którzy podróżowali rowerami po Ameryce Południowej.

Wreszcie udało im się objechać mocno podmokłe bezdroża, dotarli na metę odcinka i czekali na polskich zawodników.

Do ciekawej sytuacji doszło, kiedy przejeżdżał motocyklista Adam Tomiczek (z powodu choroby wycofał się na trasie 10. etapu - red.)

- Z Adamem znam się z mistrzostw Polski w rajdach Enduro - opowiada Marek. - Kiedy zobaczyłem go z daleka, wsiadłem na motocykl, żeby pilotować go do polskiego obozu. Jechaliśmy koło w koło, z początku mnie nie poznał, tylko pomachał na widok polskiej flagi. Dopiero kiedy ściągnąłem kask, w jego oczach zauważyłem zdziwienie i radość. Pytał: Marek, co Ty tu robisz?

Zaniewicz dodaje, że wszyscy nasi zawodnicy, widząc polskie flagi, zatrzymywali się. Na ich twarzach malował się potworny wysiłek. Prosili o coś do jedzenia i picia.

- Smak bułki z polską konserwą od Joli i Wojtka był dla nich w tym dniu lepszy niż smak steka w najlepszej restauracji w centrum Krakowa - wspomina Marek. - Wieczorem w hostelu zjedliśmy skromną kolację wraz z quadowcami Rafałem Sonikiem i Kamilem Wiśniewskim.

Pogoń za Dakarem

Kolejnym etapem bieszczadzkich motocyklistów była Argentyna.

- Tym razem trochę błądziliśmy, przez co nadłożyliśmy około 200 km, przejeżdżając po drodze przez trzy rzeki. W końcu po karkołomnej przeprawie po błotnistych bezdrożach i rozlewiskach dotarliśmy do celu - granicy z Argentyną w La Quiaca.

Tu zostali na noc. Następnego dnia skoro świt ruszyli w dalszą pogoń za Dakarem, w kierunku San Juan. Niestety, dogonienie zawodników było niemożliwe.

- Nie udało nam się już jechać wspólnie z szoferami z Dakaru, jednak przez kolejne trzy dni podążaliśmy ich śladami - mówi motocyklista. - Niczym tropiciele uważnie śledziliśmy koleiny pozostawione przez ciężarówki. Trasę odcinków specjalnych, która prowadziła przez wyschnięte koryta rzek, wąwozy i kaniony, pokonywaliśmy w czterdziestostopniowej spiekocie, w ulewnych deszczach, a czasami temperatura spadała nawet do 2 st. C.

Przeleciałem przez kierownicę

Podczas takiej podróży trudno uniknąć mniejszych czy większych wypadków.

- Przy prędkości blisko 100 kilometrów na godzinę „dachowałem” i przeleciałem przez kierownicę. Na szczęście nie nabiłem sobie nawet małego siniaka - wspomina Marek. - W takich momentach przydają się umiejętności nabyte podczas licznych startów w Pucharze Polski Enduro, gdy podczas upadku staram się złapać minimum trzy punkty podparcia.

Trasa rajdu Dakar zataczała spory łuk i wiodła do mety w Buenos Aires. Ekipa z Leska skierowała się wysoko w góry do granicy z Chile, na wysokość 5150 m n.p.m.

- Góry pokryte były wysublimowanym z wody lodem, a temperatura spadała do 0 stopni - mówi Marek. - Jednak to nie chłód w tych momentach był największym problemem, a wysokość i brak tlenu. Na takiej wysokości naprawdę nie ma czym oddychać. Nawet najmniejszy wysiłek powoduje ogromne zmęczenie. Oddech staje się krótki, szybki i bardzo płytki. Jakby tego było mało, porywisty wiatr wznieca tumany kurzu.

Jeszcze tam wrócę…

W Boliwii i Argentynie motocykliści większość trasy pokonywali szutrem i kompletnymi bezdrożami, na tzw. azymut. Wtedy najbardziej dawał się we znaki brak wody.

- Brak wody i cienia na pustyniach przy czterdziestu stopniach powoduje szybkie odwonienie organizmu, czego następstwem jest senność, brak koncentracji, ból głowy, karku, a nawet halucynacje - tłumaczy Marek.

Po przejechaniu Patagonii motocykliści ponownie zawitali w Chile. Tu kończyła się ich wyprawa.

- Była to życiowa przygoda. Zdobyliśmy wiele nowych doświadczeń - podsumowuje Marek. - Jedno jest pewne - jeszcze tam wrócę!

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Wojciech Zatwarnicki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.