Zbigniew Bartuś

Między Wyklętym a Ochódzkim, czyli jakich bohaterów stawiają nam za wzór polscy filmowcy

„Popiół i diament”, pierwszy film o żołnierzu wyklętym. Ale takim, który ma wątpliwości Fot. fot. archiwum „Popiół i diament”, pierwszy film o żołnierzu wyklętym. Ale takim, który ma wątpliwości
Zbigniew Bartuś

Kto opowiedziałby historię pokolenia wojny? Kto by się o nią przez lata upominał, mimo zakazów i represji, gdyby wszyscy dali się zabić? - pyta prof. Tadeusz Lubelski, znany historyk filmu, krytyk, pisarz.

- Najczęściej powracający temat maturalny w ostatnim stuleciu brzmi: „Wokulski - romantyk czy pozytywista?”. W III RP przez 25 lat dominował pozytywizm: budowaliśmy ten nasz dobrobyt, co poprzedni rząd zawarł w symbolicznym haśle „ciepłej wody w kranie”. Teraz nastał czas romantyzmu, powrotu do wielkich słów i idei, które mają Polaków porwać. Pozytywizm jest wyszydzany.

- Mamy tu do czynienia z powierzchownym pojmowaniem prądów w kulturze. Poruszamy się bardziej w sferze mitów niż faktów. Ciekawie opowiada o tym wystawa „Późna polskość”, która teraz robi furorę na Zamku Ujazdowskim. Jej twórcy szukali „kluczowych figur, postaci, zdarzeń i obrazów, które organizują obecnie polską wyobraźnię”.

- Znienawidzona przez prawicę Dorota Nieznalska, spokrewniona z Romanem Dmowskim, składa na jego grobie wieńce uplecione z polskiego zboża, owinięte flagą z cytatem: „Jestem Polakiem - więc mam obowiązki polskie”. Największe emocje budzi jednak praca Jadwigi Sawickiej - „Gorzka lewica, słodka prawica”…

- No właśnie, ta prawica ma być słodka, bo jest taka romantyczna, niesie ze sobą wielkie, porywające idee. To fałsz. Bo - po pierwsze - owa symboliczna „ciepła woda w kranie” wcale nie musi oznaczać letniości, bezbarwności, braku idei. A po drugie - i chyba ważniejsze - prawdziwy gorący romantyzm to nie jest słodycz, tylko smutek egzystencjalny i cierpienie. Mówią o tym najwybitniejsze dzieła polskiego kina. Weźmy „Kanał” Andrzeja Wajdy. Widzimy tam śmierć bohaterów w imię idei, oglądamy ich gorące i szczere poświęcenie. Ale przecież wydarzenie, w którym uczestniczą, jest tragiczne, opowieść o nim - gorzka, a główne przesłanie tego filmu - a zarazem przytłaczającej większości powstańców, w tym Jerzego Stefana Stawińskiego, który przecież napisał swe opowiadanie, a potem razem z Wajdą scenariusz, odtwarzając losy własnego oddziału - brzmi: to nie powinno było się zdarzyć.

- Akcja „Kanału” rozpoczyna się w 56. dniu powstania, gdy sytuacja jest tragiczna. Tymczasem młodym Polakom próbuje się dziś zaszczepić entuzjazm pierwszych dni powstania, a potem to, że każdy ma „słodki obowiązek” zginąć za ojczyznę.

- Szanuję to. Ale proszę zauważyć zasadniczą różnicę. My, widzowie „Kanału”, mamy być dumni z pokazanych w tym filmie bohaterów, bo to byli ludzie godni najwyższego szacunku i podziwu. Pamięć o nich winna być elementem naszej polskiej tożsamości. Ale zarazem oni wszyscy mówią nam, że powstanie nie powinno było wybuchnąć. Można to potraktować jak testament dla kolejnych pokoleń: róbcie wszystko, by to się nie powtórzyło.

- Ten testament jakoś się nam zakurzył.

- Kiedy dzisiaj słyszę, że narracja Muzeum II Wojny Światowej jest nieodpowiednia, bo ono mówi o okrucieństwie i złu wojny, to krew mnie zalewa. Bo o czym niby ma być narracja na temat największej hekatomby w dziejach ludzkości? O tym, „jak to na wojence ładnie”? Kultura nie może kłamać.

- „Miasto 44” Jana Komasy miało być obrazem powstania dla współczesnego widza.

- To nie jest, oczywiście, dzieło tak wybitne jak „Kanał”, ale okazało się ważne dla pokolenia rówieśników reżysera i ludzi jeszcze młodszych. Ten film polemizuje z mitem proponowanym przez Muzeum Powstania, czyli z jego entuzjastycznym przekazem - jest w nim bowiem opowieść o tragizmie wydarzenia. Kontrast między entuzjazmem początku powstania, tego, co się udaje przez kilka dni, a straszną apokalipsą na końcu, jest bardzo bolesny. Dla mnie ta opowieść jest jednak zanadto estetyczna, zbyt skupia się na trójkącie miłosnym. Za mało w niej tonacji zgodnej z tradycją polskiego patriotyzmu krytycznego.

- Znaczna część polskiej młodzieży dorasta w atmosferze kultu straceńców. Mamy zeszłoroczną „Historię Roja”, mamy teraz „Wyklętego” Konrada Łęckiego…

- Zacznijmy od tego, że „Wyklęty” to jest warsztatowo profesjonalnie zrobiony film, dobrze zagrany, nadaje się do oglądania. Odróżnia go to od „Historii Roja”, która była katastrofą: niekompetentny reżyser, nietrzymająca się kupy opowieść, fatalne aktorstwo. Jeśli natomiast chodzi o przekaz, to oba te obrazy powielają mit. Sam nie czuję potrzeby tego mitu, ale część widowni czuje i trzeba o nią dbać. Jestem w stanie to zrozumieć. Kryje się w tym jednak niebezpieczna pułapka.

- Jaka?

- Pierwowzór bohatera „Wyklętego”, Józef Franczak pseudonim „Lalek”, żołnierz podziemia niepodległościowego, ukrywał się w lasach aż do października 1963 r. To niesamowita historia, która oczywiście dawno powinna być opowiedziana. Z wielką ciekawością obejrzałbym film, który nie zostałby wkomponowany w otoczkę polityczną, poddany jedynie słusznej tezie. Ale kiedy na premierę przychodzi pan prezydent RP i mówi: „niezłomność, czyli moja szkoła…” - od razu tracę zaufanie do takiego przedsięwzięcia!

- Co chce powiedzieć młodym „Wyklęty”?

- To właśnie jest największy problem tego typu filmów: że one są czarno-białe w rozkładzie ocen, jednowymiarowe, nie stawiają pytań, nie pobudzają do dyskusji, tylko dają jednoznaczną odpowiedź. A to jest odpowiedź nieprawdziwa, a zarazem niebezpieczna.

- Franczak nie był bohaterem?

- Ależ był! Nikt nie zamierza tego podważać, choć - jak doskonale wiemy - poważni historycy ustalili, że część partyzantów powojennego antykomunistycznego podziemia, w tym głośnych dowódców, to nie były postaci kryształowe, nadające się na pomniki, tylko tragiczne, niejednoznaczne. Opowieść o tym byłaby fascynująca. Ale dziś, w obecnej atmosferze, okazuje się niemożliwa. Wyklęty znaczy święty. A to nie jest dla kina postać ciekawa.

- Ale może my go potrzebujemy? On jest mi bliski. I wielu młodym też.

- Nic w tym złego. Tylko w obecnej atmosferze kreowanej w kraju przedstawia się nam go jako bohatera bez alternatywy. Przekaz jest jasny: to była jedyna słuszna droga, jedyny słuszny wybór. Czyli pozostałe były niesłuszne!

- Aleksander Gieysztor, żołnierz Września, akowiec, powstaniec warszawski, po wojnie żołnierz WiN - jest niesłuszny. Bo zdekonspirowany przez dowódcę, za poradą innego zaczął żyć. Został w PRL wybitnym historykiem, doktorem honoris causa Sorbony, odbudował Zamek Królewski. A powinien był zginąć.

- Tak. Próbuje się nam dzisiaj wmówić, że niesłuszny był wybór dokonany przez całe pokolenie żołnierzy, powstańców, późniejszych naukowców, architektów, artystów… Z Andrzejem Wajdą, Jerzym Stefanem Stawińskim, Tadeuszem Konwickim włącznie. Zarzut brzmi: współtworzyli kulturę polską zamiast dać się zabić. Nie mówię, że niewarte szacunku jest stanowisko „dać się zabić”. Ale wymuszanie wyłącznego szacunku dla takiego wyboru jest zasadniczym nadużyciem, fałszem. Bo kto opowiedziałby historię pokolenia wojny, kto by się o nią latami upominał, mimo zakazów i represji, gdyby wszyscy dali się zabić?

- Andrzej Wajda mówił, że należy do pokolenia, które musi opowiedzieć historię swoich ojców, ponieważ umarli nie mają głosu. Dlatego zrobił „Kanał”.

- I niedługo potem „Popiół i diament”, pierwszy film o żołnierzu wyklętym. Ale takim, który ma wątpliwości. Do dziś - niewątpliwie najwybitniejszy. Maciek Chełmicki, żołnierz antykomunistycznego podziemia, zabija sekretarza Szczukę na rozkaz dowódców, a na końcu sam ginie. Ale to jest bardzo gorzka śmierć i gorzka postać. Złożona, wielowymiarowa, przed którą stoją i alternatywne wybory.

- A każdy zły.

- Tak. Źle jest zdradzać formację, do której się należy, ale też bez sensu jest ginąć w takich okolicznościach, bo to pociąga za sobą cierpienie, niepotrzebne ofiary, a nie przynosi niczego dobrego. Żadnej nadziei. To klasyczna tragedia, bo Polska znalazła się wówczas w tragicznym punkcie. Co nie oznacza, że jej rzeczywistość była czarno-biała. Wajda to uświadamia. Pobudza do dyskusji i refleksji. Dlatego jest to film ponadczasowy, abstrahując nawet od genialnej formy, symboliki docenianej na całym świecie.

- Czy taki wywołujący gorące spory film mógł zmieniać myślenie Polaków o PRL, zaszczepić w nas przekonanie, że to nie jest nasz system i jak się zdarzy okazja, musimy zawalczyć o wolność?

- Pisał Miłosz w „Traktacie moralnym”: „Lawina bieg od tego zmienia, / Po jakich toczy się kamieniach. / I, jak zwykł mawiać już ktoś inny, / Możesz, więc wpłyń na bieg lawiny”. Filmy Wajdy, te najwybitniejsze, nie tylko złożyły się na największy sukces polskiego kina w świecie, ale i miały ogromy wpływ na nas wszystkich. Budowały odmienne społeczeństwo polskie, niż to sobie zamyślili komuniści operujący czarno-białym obrazem świata. Podobną rolę odegrały opowieści wszystkich pozostałych, którzy nie wybrali opcji „dam się zabić”, lecz przeżyli, by współtworzyć w PRL polską kulturę. Bez nich ona by nie przetrwała. A bez kultury nie byłoby Polski.

- Paradoks.

- Owszem. Ale ów bezcenny dorobek patriotyzmu krytycznego próbuje się dziś zastąpić czarno-białym mitem. To nie jest dobre ani dla sztuki, ani dla Polski.

- W duchu patriotyzmu krytycznego Wajda nakręcił w połowie lat 60. „Popioły”.

- Zrobił to nie mogąc kręcić „Człowieka z marmuru” ani „Przedwiośnia”. Dlaczego Żeromski? Bo to klasyk patriotyzmu krytycznego, gorzkiego, który czyni odbiorców „chorymi na Polskę” - ale nie jest to choroba megalomanii, prowadząca do przekonania, że jesteśmy wyjątkowi i bez żadnej skazy, w czym lubił utwierdzać swych czytelników Sienkiewicz. W „Popiołach” zawarł Wajda opowieść o rozczarowaniu wielkim mitem: tam był to mit Napoleona - wyzwoliciela Polaków.

- Są tam szokujące sceny zdobywania przez Polaków klasztoru w Saragossie, gwałcenia i zabijania kobiet, dławienia buntu powstańców na Santo Domingo. Kłócą się z sienkiewiczowską wizją Polaka - szlachetnego rycerza walczącego dzielnie „za wolność waszą i naszą”.

- Tzw. prawdziwi, a dla mnie fałszywi, patrioci zarzucili Wajdzie antypolskość. Pułkownik Zbigniew Załuski w swoich „Siedmiu polskich grzechach głównych” zaliczył „Popioły” do dzieł szkalujących Polskę i polskość. Tymczasem Wajda swoim filmem przypomniał nam, że patriotyzm ma być mądry, a nie zaślepiony i służyć dobrej sprawie, a nie złej. To jest przesłanie aktualne. Podobnie jak płynąca z „Popiołów” przestroga przed uwodzicielską ideologią, kuszącą wyznawców pięknymi hasłami.

- A „Wesele”?

- Wajda wyciągnął wnioski z dramatu Wyspiańskiego, który funkcjonował w naszym mieście 70 lat wcześniej: wszystko fajnie, pobieramy się, tworzymy sztukę, ale godzimy się na życie w niewoli. Wajda wspaniale pokazał dramat niemożności inteligentów krakowskich z czasów Wyspiańskiego w taki sposób, że zabrzmiał współcześnie i wywołał aktualne emocje. Nic tak dobrze nie uświadamiało nam wówczas, że żyjemy w kraju, w którym wolność jest - mówiąc najdelikatniej - niepełna.

- Potem była genialna „Ziemia obiecana”, a po niej półkownik: „Człowiek z marmuru”. To jest opowieść o tamtych czasach, czy uniwersalna, na dziś, na jutro?

- Uniwersalna - o dwójce bohaterów, którzy zdobywają samoświadomość, z mocno uproszczonego, czarno-białego postrzegania świata zmierzają ku zrozumieniu jego złożoności. Birkut dał się najpierw oszukać propagandzie epoki, uwieść wizji sukcesu w PRL-u; jego dojrzałość polega na przejrzeniu na oczy, on się za jej sprawą staje bojownikiem o słuszną sprawę.

- Kończy przez to nieciekawie.

- Ale jego nonkonformizm przechodzi na syna i tu finał jest optymistyczny. Można rzec, że Birkut zasiał jedno z ziaren, z którego wyrósł ruch Solidarności i którego efektem jest obalenie komunizmu, polska wolność, transformacja ustrojowa. Zdaję sobie sprawę, że optymizm dostrzeże w tym tylko ten, kto uważa, że polska historia zmierzała wtedy w dobrą stronę. Bo to jest dzisiaj podważane.

- Wraz z zasługami Lecha Wałęsy. Późny Wajda zrobił o przywódcy Solidarności film „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. Dobry?

- Potrzebny. Sądzę, że w swych najlepszych czasach Wajda nie zrobiłby filmu o aż tak prostym wydźwięku - choć przecież nie zbudował w nim Wałęsie pomnika; to także jest postać wielowymiarowa, niejednoznaczna, chwilami irytująca swoją zarozumiałością, ale jednak prawdziwa. Trzeba pamiętać, że właśnie taki człowiek przeprowadził nas przez ostry dziejowy zakręt, pewnie innej osobowości to by się nie udało. Wałęsa nas wiele razy denerwował, jego prezydentura nie powiodła się, ale nie można mu odebrać historycznej zasługi. I o to właśnie Wajda się upomniał, zamykając opowieść na słynnym wystąpieniu Wałęsy przed połączonymi izbami amerykańskiego parlamentu.

- „Katyń” to jest - dosłownie -film Wajdy o ojcu i jego współtowarzyszach, którzy padli ofiarą ponurej sowieckiej zbrodni.

- Wajdą kierowała tu głębsza potrzeba, bo historia Katynia to jest historia nie tylko zbrodni, ale i potwornego, trwającego przez dekady, upokorzenia Polaków. Myśmy nie mogli o tym mówić, nie można było nazwać prawdziwych sprawców zbrodniarzami. Prawda była ukrywana i niszczona. Teraz przyszedł czas, by ją wykrzyczeć. To wymusiło naturalną jednoznaczność filmu. Skoro znamy prawdę, to ją pokazujemy. Ale w tle mamy postaci wielowymiarowe, różne warianty powojennych losów polskich - choćby dwu sióstr, z których każda wybrała inaczej. To zostało uczciwie pokazane, ocenę zostawił Wajda widzom.

- Powiedział Pan, że Wajda, za Żeromskim, kontynuował tradycję patriotyzmu krytycznego, w opozycji do nurtu „Ku po-krzepieniu serc”, zapoczątkowanego przez Sienkiewicza. Gdybyśmy spojrzeli na te zmagania przez pryzmat telewizyjnych powtórek, to Sienkiewicz wygrywa. „Potop” serwuje się nam w każde święta.

- Bo to bez wątpienia świetne kino, wspaniała kreacja Olbrychskiego i efektownie opowiedziana ponadczasowa historia - odkupienia win. W dodatku silnie osadzona w naszej romantycznej tradycji: pierwowzorem Kmicica w polskiej literaturze jest przecież Jacek Soplica.

- Czyli romantyk. Z ułańską fantazją. Awanturnik, ale gdy przychodzi co do czego - gotów zginąć za ojczyznę. Tyle że, w przeciwieństwie do Wołodyjowskiego, w finale nie ginie, tylko zdobywa serce damy.

- Właśnie. U Sienkiewicza jest jednak zawsze niebezpieczeństwo przechwalenia Polaków i tej naszej polskiej duszy: jacy to my jesteśmy wspaniali, nadzwyczajni, nie do pokonania.

- Przecież to fajne.

- Ale nas rozleniwia i pozbawia szacunku dla innych. Sprawia, że próbujemy widzieć świat czarno-biały, a on przecież nie jest czarno-biały. To zagrożenie dostrzegał już u Sienkiewicza Stanisław Brzozowski.

- Uważał, że Sienkiewicz spycha nas na peryferia Europy. „Katolicyzm jako powszechność izolacyi. Polska, odcięta od świata, rodzina” - pisał. Ale masowy widz wciąż woli Sienkiewicza. A po „Potopie” najchętniej ogląda - nomen omen - „Samych swoich”.

- Kargul i Pawlak „u płota” to przecież Fredrowska „Zemsta”. Kłócą się piekielnie, ale w kluczowych momentach godzą i współdziałają dla obopólnego dobra. Nie dają się zbałamucić propagandzie, swoje wiedzą. Ważna dla nich jest wiara, rodzina, tradycja. Własność. Postaci są soczyste, pysznie zagrane, historia ciekawa. Do tego słynne zdanie Leonii Pawlak: „Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”. Działa do dziś.

- Wspaniały Marian Kociniak, Franek Dolas, Grzegorz Brzęczyszczykiewicz, „Chrząszczyrzewoszczyce, powiat Łękołody” - „Jak rozpętałem II wojnę światową” to trzecie miejsce na podium wśród powtórek. Co o nas mówi?

- To jest klasyczna historia żołnierza - samochwały, wędrowca z mnóstwem przygód, który dzięki stereotypowym polskim cechom: otwartości, umiejętności zjednywania przyjaciół w każdych warunkach (także dlatego, że lubi i umie wypić), pomysłowości, zdolności improwizowania, wielkiemu sprytowi (a ściślej: cwaniactwu), skłonności do brawury, ale też szczęściu (widać Bóg nad Polakiem czuwa…), znakomicie sobie radzi - i wraca do domu, walcząc przy okazji „za wolność waszą i naszą”. To jest przy tym człowiek niezwykle sympatyczny i szlachetny.

- Myślimy: typowy Polak, trochę się przy tym łechcząc. A „Miś”? Ostatnio widziałem go na trzech telewizyjnych kanałach jednocześnie. Po raz pięćsetny.

- „Miś”, podobnie jak inne filmy Stanisława Barei, uchodzi dziś za trafny opis absurdów komunistycznej rzeczywistości. Sam Bareja nie doczekał nowych czasów, a szkoda, bo chyba potrafiłby o nich zrobić równie dosadne komedie. W swoich filmach pokazał, że nawet w arcytrudnych warunkach: cenzury, przymusu, Polacy sobie radzili, co więcej - można było tę absurdalną rzeczywistość wyśmiewać. Co jest w sumie optymistyczne. Natomiast postać grana przez Stanisława Tyma…

- Prezes „naszego klubu” Ryszard Ochódzki, kombinator, kanciarz…

- Ale przede wszystkim cham. To jest postać straszna!

- Ale on ma, jak Polska długa i szeroka, swoich fanów. Którzy uważają, że tylko taka postawa popłaca.

- I to też jest przerażające. Bo oznacza, iż nie mamy tu do czynienia z postacią historyczną, tylko aktualną. Jakimś wzorcem.

- A jeśli ktoś nie chce być ani „wyklętym”, ani „Ryśkiem, fajnym chłopakiem”? Widzi Pan następcę Wajdy, który pokazałby nam wielowymiarowe postaci na nasze czasy?

- Chyba nadal na niego czekamy.

Tadeusz Lubelski, rocznik 1949, absolwent polonistyki na UJ, w latach 1971-1973 asystent na macierzystej uczelni, potem do 1981 r. pracownik Uniwersytetu Śląskiego, gdzie w 1979 obronił pracę doktorską pt. „Poetyka powieści i filmów Tadeusza Konwickiego”. W latach 1981-1984 kierował Zakładem Filmu i TV UJ, w latach 1989-1993 był lektorem języka polskiego na Sorbonie, następnie wrócił na UJ. W 2002 otrzymał tytuł profesora, od 2002 był zastępcą dyrektora, a w latach 2008-2012 dyrektorem Instytutu Sztuk Audiowizualnych UJ

Członek m.in. Europejskiej Akademii Filmowej oraz Komitetu Nauk o Sztuce PAN Autor wielu publikacji, recenzji, głośnych książek, jak „Kino Krzysztofa Kieślowskiego”, „Nowa Fala. O pewnej przygodzie kina francuskiego”, „Odwieczne od nowa. Wielkie tematy w kinie przełomu wieków”, „Wajda”, „Historia niebyła kina PRL”, redaktor „Historii kina polskiego” i „Encyklopedii kina”.

Zbigniew Bartuś


Dziennikarz, publicysta, felietonista Dziennika Polskiego (na pokładzie od 1992 roku) i mediów Polska Press Grupy, współtwórca i koordynator Forum Przedsiębiorców Małopolski, laureat kilkudziesięciu nagród i wyróżnień dziennikarskich (w tym Wolności Słowa, Dziennikarz Ekonomiczny Roku, Nagroda Główna NBP, Nagroda Grabskiego, Nagroda Kwiatkowskiego, Grand Prix Dziennikarzy Małopolski, nominacje do Grand Press).


 

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.