Męczy mnie ten facet, który nazywa się Aleksander Jurewicz

Czytaj dalej
Fot. Piotr Hukało
Gabriela Pewińska

Męczy mnie ten facet, który nazywa się Aleksander Jurewicz

Gabriela Pewińska

Życie to wielki bałagan, któremu tylko samotność może nadać sens. Mnie dobrze jest w tym bałaganie. Nikt nie pogoni do sprzątania, najwyżej sam siebie będę dręczył, pytając, dlaczego pod stołem jeszcze leżą gazety z ubiegłego tygodnia?! - mówi Aleksander Jurewicz, pisarz.

Twoja pierwsza samotnia?

To dzieciństwo. Czas już po przyjeździe z Kresów. Mieliśmy krowy, których musiałem pilnować, tak więc pierwsza moja samotnia była wśród łąk. Lubiłem leżeć na trawie, jak Dyzio Marzyciel, patrzeć w niebo. Czytać. Tęsknić. Rozmyślać. Pytać. Jedno z tych pytań, szalenie dziwne - dziś mogę się tylko uśmiechnąć do tamtego chłopczyka - to „Jak zostaje się pisarzem?”. Miałem swoje miejsce w sadzie. Sad kojarzy się wszystkim z ogromem owocowych drzew, ze śliwkami, wiśniami, jabłkami. W naszym sadzie rosły cztery potężne sosny. Jedna z nich miała narośl, która z czasem stała się czymś w rodzaju gniazda, w którym można było siedzieć. Nawet się położyć. Czułem się w nim wolny. I spokojny. Widzę siebie, jak z wypiekami na twarzy czytam tam „Hrabiego Monte Christo”. Ta scena staje mi przed oczami i dziś, zwłaszcza gdy jadę do matuli. Odwiedzam wtedy sad. Jeszcze dobrze trzyma się tam wiśnia, nazwana kiedyś przeze mnie Stachurową. Ale dawno nie ma już starej jabłonki. Któregoś dnia ojciec - może w trosce o to, bym wdrapując się na moje gniazdo, się nie połamał - odciął tę moją samotnię sosnową. Nigdy nie spytałem, dlaczego mi to zrobił. Bałem się go. Już wtedy narastała we mnie ta przeklęta nadwrażliwość, która później stała się czymś w rodzaju trucizny.

Czym jest samotność?

To rodzaj wewnętrznego napięcia. Można być samotnym wśród ludzi. Zwłaszcza w mieście. To inna samotność niż ta z dzieciństwa w wiejskim sadzie. Swoją drogą, dobrze by mi zrobiło w tamtej sosnowej samotni ze trzy dni pobyć.

Rozstanie z domem rodzinnym pod Lidą na Kresach było początkiem odczuwania samotności?

Pamiętam, jak podczas mojego kolejnego tam wyjazdu, kilkanaście lat temu, w noworoczny wieczór, synek mojego kuzyna wyczekiwał rodziców, którzy wracali po sylwestrze z Wilna. Stał w kuchennym okienku i mówił ze smutkiem w głosie: „Paaapka nie prichodit… Maaamka nie prichodit”… I ja w nim zobaczyłem siebie sprzed lat, małego chłopczyka wypatrującego ojca, który długo nie wraca z pracy, mamy, która do późna pracowała na kołchozowym polu. Tęskniłem, mimo że dorastałem pod piękną opieką babci Malwiny. A urwis był ze mnie! Wciąż wyrywałem się z domu. Znajdowali mnie potem samotnie leżącego na łące lub w przydrożnym rowie. Tej samotności, ale nie osamotnienia, tej samotni dzieciństwa jestem dziś pewien.

Babcia, jak piszesz, pilnowała twojego świętego miejsca.

Podwórko, ogromny krzak jaśminu, dom, który jeszcze tam stoi, choć zapada się ze starości. Chciałbym, gdy przyjdzie jego agonia, zachować to kuchenne okienko i przybić w moim pokoju na ścianie. To dla mnie rodzaj ołtarza.

Kiedy wyszedłeś z samotni swojego dzieciństwa? Do innej.

Czy ja w ogóle wyszedłem z samotni dzieciństwa? Czy czasem, zwłaszcza teraz, gdy spadła na mnie katastrofa związana z chorobą żony, tutaj, w mieszkaniu na Kościuszki, nie próbuję zbudować sobie nowej samotni? Nawet te wiszące przy oknie zdjęcia, te kilka fotografii z czasów, gdy byłem dzieckiem, też są może jakimś na to dowodem. Że to tu, na kurczącym się skrawku życia, stworzyłem sobie moją dorosłą samotnię. Książka - przyczyna naszej rozmowy - dlatego ma tytuł „Samotnia”, że to słowo bardzo oddaje to, co czuję. Do dziś nie mogę zapomnieć tytułu dramatu radzieckiego pisarza Edwarda Wołodarskiego - „Odchodząc, obejrzyj się”. Widziałem ów spektakl pierwszy i ostatni raz pod koniec lat 70. w Teatrze Telewizji. Ten tytuł… Jaki mądry! Odchodząc, obejrzyj się, czyli spójrz na to, co zostawiasz za sobą. Dlatego zdecydowałem się na wznowienie dwóch moich książek sprzed lat. Rodzaj spojrzenia w odległą dal. To też jest samotność. Bo samotność to bezradność. Bezradność wobec wszystkiego, co napiera. Co jest wspomnieniem i teraźniejszością. I nieprzystosowaniem się do takich, a nie innych warunków życia, do świata, do Gdańska, do Polski, do Europy. Całe życie człowiek próbuje ten chaos uporządkować w sobie, ale to trudne. Wręcz niemożliwe. Bo życie to wielki bałagan, któremu tylko samotność może nadać sens. Mnie dobrze jest w tym bałaganie. Nikt mi nie zwróci uwagi, nie pogoni do sprzątania, najwyżej sam siebie będę dręczył pytając, dlaczego pod stołem jeszcze leżą gazety z ubiegłego tygodnia?! I dlaczego wciąż je kupuję, choć staram się nie wpuszczać do domu złych wiadomości.

To może dobrze, że leżą pod stołem? Może tam jest ich miejsce?

(śmiech)

Rzucając je w kąt, to jakbyś dyrygował światem. Twoja samotnia, jak widzę, jest pełna ludzi. Choćby na fotografiach...

Ludzie, których mogę w dowolnej chwili zaprosić, ale i wyprosić z domu. Wiele bliskich mi osób, z moim osobistym lekarzem na czele, usiłuje wymusić na mnie wychodzenie z domu, bywanie w tak zwanym świecie. Strasznie się przed tym bronię! Mam tutaj, jak widzisz, treningowy rower, na który czasem sobie wsiadam, wymyślam trasę, cel przejażdżki i tak sobie raźno kręcę. Mogę sobie wyobrazić, że przyjeżdżam do kogoś, a nawet przywiązuję rower do płotu. (śmiech) Takie zabawy starszego pana. Ludzie… To jest wielka wartość, nawet jak się kocha swoją samotnię. Mieć do kogo zadzwonić o czwartej nad ranem, kiedy jest źle, ciężko, kiedy rozrywa. Trzeba pamiętać o tych, których się znało. Miałem szczęście do ludzi, wielu z nich już nie ma na świecie, ale w mojej samotni wciąż są. Ileż to razy zdarzyło mi się dzwonić do Tadeusza Konwickiego. Chwytam za telefon… Kurcze, przecież umarł! Takich, do których nie mogę już zadzwonić, ani do nich pójść, ani wódki się z nimi napić, mógłbym wymienić wielu. Nie ma ich, choć u mnie siedzą. Potrafię sobie na przykład zrobić wieczór z Irkiem Iredyńskim. Tu czasem naprawdę jest sporo ludzi. Ledwo się mieszczą. A i wielu nowych przybywa. Może ich niema obecność jest jakąś dla mnie obroną przed światem? Przed złym światem. Maniacko zacząłem kupować książki, choć przecież wystarczyłoby, żebym przeczytał to wszystko, co stoi na półkach. Magazyn!

Znajomy aktor powiedział: Po śmierci znajdą mnie przygniecionego stosami książek.

Ale kupując książki, wciąż spraszam do siebie nowych ludzi. Ostatnio wpadli Eugène Ionesco i kilkunastu amerykańskich poetów… To jest dobrotliwość samotności, że możesz sobie wybierać towarzystwo. A jak nie…

To wynocha?

Jeśli gość okaże się niezbyt przyjemny, jeśli się nie dogadamy, książkę zawsze można komuś oddać.

Męczy mnie ten facet, który nazywa się Aleksander Jurewicz

Na kartach „Samotni” wspominasz zmarłego w 1978 roku poetę Anatoliusza Jurenia.

Był pierwszym żywym poetą, którego zobaczyłem w naszej wiejskiej świetlicy niedzielnym, majowym popołudniem. Miałem 11 lat. Wpatrywałem się weń jak zahipnotyzowany. Wysoki, dobrze zbudowany, jednak coś szczególnego zwróciło moją uwagę, coś, czego do dziś nie mogę odtworzyć - albo proteza zamiast ręki, albo pusty rękaw marynarki. Mam nawet tomik, z którego czytał wtedy wiersze. Kiedy jakiś czas temu byłem w Słupsku na spotkaniu autorskim, wyznałem przybyłym, że z tym miastem wiąże mnie postać tego poety. Okazało się, że była na sali pani, która przyjaźniła się z jego żoną. Na drugi dzień gościłem już w mieszkaniu Anatoliusza Jurenia, gdzie podarowano mi wybór jego wierszy. Gdy w latach 70. przyjechałem do Gdańska, wpadły w moją wrażliwość wiersze Mieczysława Czychowskiego. Kiedy zobaczyłem Mietka po raz pierwszy, oniemiałem! Też nie miał ręki! Przypomina mi się moje pierwsze pisanie: „Szłaś ku mnie lekka, że mogłem cię unieść jedną, oderwaną ręką”.

Jureń też pochodził z Kresów. Urodził się w Wilnie.

Coś jeszcze nas łączy. Kiedyś, szukając w czytelni jego tomików, spostrzegłem - pochylając się nad skrzynką katalogową - że zaraz po Anatoliuszu Jureniu zaczynają się karty moich książek! Wyobrażasz sobie?!

To jak wiersz!

Cudowny przypadek! Jego tomik, na który wiele lat temu natrafiłem w antykwariacie, też mam na półce. Nosi tytuł „W sprawie łopianu”. Dziwne jest to, że moja babcia i moja mama nazywały się Łopian. Takie nazwisko - co jeszcze bardziej zaskakujące - nosi dziewięćdziesięcioletnia sąsiadka z góry. (śmiech) Mój pierwszy, żywy poeta… Do dziś pamiętam wiersze, które wtedy, 50 lat temu czytał. O Leopoldzie Staffie, o japońskim artyście, który namalował ofiary Hiroszimy. To, co pierwsze, zawsze w nas zostaje. Dlatego najważniejsza jest pierwsza samotnia. Bo te następne to kwestia wyboru. Kwestia takich, a nie innych decyzji. Czy pasuje mi ten człowiek, czy chcę się z nim spotykać, czy wolę być sam? Potrafiłem zrywać znajomości, ale też zdobywać nowe. Szkoda mi było impulsów na zadawanie się z kimś nieciekawym, cynicznym… Trzeba dbać o swoją samotnię.

Ktoś wyznał mi niedawno, bez żalu, że najbardziej lubi spędzać Wigilię z własnym kotem.

W ostatnią Wigilię - mimo zaproszeń do wielu przyjaznych domów - przełamałem się opłatkiem ze swoim odbiciem w ciemnym oknie. Ale karp smakował całkiem, całkiem. Cóż, męczy mnie ten facet, który nazywa się Aleksander Jurewicz, ale jestem nań skazany. Innego życia nie będzie. Samotność jednak daje pewne poczucie siły.

Ale głównie wzbudza strach.

Dorosłem do tego, że można się dogadać ze sobą, ułożyć się. Oczywiście, są momenty, że chciałoby się mieć obok kogoś żywego... Jednak zaraz przychodzi refleksja: ...ale nie na długo. (śmiech) To, jak my sobie wszyscy radzimy z samotnością, jest zupełnie osobną sprawą. Weźmy choćby zwykłą grypę. Sam na sam z pigułkami. Jak ciężko! W takich chwilach nie bardzo potrafimy doceniać nasze dobre wspomnienia, wolimy te raptowne ułatwienia, te krótkie złagodzenia samotności: Niech ktoś przyjdzie. Niech kompres na głowę położy. To są te sprawdziany... Ale że czasem chciałoby się kogoś przytulić, objąć, to też jest ważne. Jak ten telefon o czwartej nad ranem.

Męczy mnie ten facet, który nazywa się Aleksander Jurewicz

W wierszu Jarosław Iwaszkiewicz pisze do żony: „Nie odchodź/bądź przy mnie/Bo chcę być sam/sam/taki zupełnie sam”.

Moja chora na Alzheimera żona, która teraz przebywa w specjalnym domu opieki, nigdy nie zakłócała mi mojej samotności, gdy byliśmy razem. Wręcz ułatwiała mi ją. Wypełniała rachunki, zajmowała się zwyczajnym życiem, od którego chciałem być odizolowany. Choć uważam małżeństwo za ryzykowny eksperyment, czasem to wielki dar. Trudno sobie wyobrazić bardziej samotne zajęcie niż pisanie. Człowiek przez lata jest odklejony od życia. Nawet zegarek na ręku przeszkadza. I, bywa, wrzuca się go do lodówki. Pisząc, tylko z psem mogłem dzielić swoją samotność. Dwa miesiące siedzieć w głuszy leśnej poza światem, poza życiem. Czasem nie wiedziałem, czyja samotność jest większa, ta psia czy ta moja.

Poświęciłeś mu książkę: „Mojemu psu Benkowi, za cierpliwą wierność”. To chyba jedyna taka dedykacja na świecie.

Należało mu się. Często wraca we wspomnieniach. Chciałoby się ten kłębek przytulić. Chwila, gdy się żegnaliśmy, to jedno z najokrutniejszych wspomnień.

„Samotnia” jest wznowieniem dwóch twoich książek: „Życia i liryki” z 1998 roku oraz „Popiołu i wiatru” z 2005. Bardzo się zmieniłeś przez te lata?

Zmieniłem się. Na gorsze. Latem w szpitalu w Lęborku robiłem korektę tej książki. To było odpowiednie miejsce, bo tutaj nie wytrzymałbym ze swoimi dawnymi tekstami. Potem, gdy przywieziono mi wydrukowane egzemplarze i otworzyłem na pierwszej i kolejnej stronie, byłem zdziwiony, a raczej sponiewierany, że już tak nie potrafiłbym pisać. Że już nie umiem znaleźć w sobie tej melodii. Tej melancholii. Ta książka jest książką „zamiast”. Zamiast nowej książki. Na półce przy oknie stoi pomarańczowa teczka z napisem „Samotnia”. Oddałem ten tytuł. Niestety. Nie mogłem jej dokończyć. Stanąłem w miejscu. Moja maszyna do pisania od długiego czasu jest bezrobotna.

Dlaczego stanąłeś?

To jest pytanie, na które nie potrafię sobie odpowiedzieć. W pewnym momencie zaczęło mnie osaczać poczucie bezradności, bezcelowości pisania, choć przecież sam zakrywam się przed światem innymi książkami. Wierzę, że przyjdzie taki moment, kiedy po prostu wstanę z łóżka, zdejmę z maszyny inne książki i bruliony, i zacznę stukać w klawisze.

W którym momencie przerwałeś pisanie?

Może opowiem o fragmencie, którego nie zmienię, jeśli kiedyś dokończę tę książkę. Teraz ma ona inny tytuł. To „Książka na pożegnanie”. Może dlatego że coraz trudniej mi pisać, może dlatego że coraz mniejszą mam na to pisanie ochotę, dokładać się do tych zalegających w księgarniach stosów. Choć przecież mam paru oddanych czytelników i czytelniczek, te czytelniczki zwłaszcza są bardzo ważne… (śmiech). Chciałbym jednak coś po sobie zostawić. Jak ten więzień, który coś wydrapie na ścianie. Jak licealista, który w toalecie napisze: Tu byłem. (śmiech). Wierzę, że któregoś dnia zwalę te szpargały z maszyny na dobre i wkręcę w papier. Kupiłem ostatnio, co zastanawiające, żółty! Ze słynnej książki Antoniego Kępińskiego - lektury mojej młodości - wiem, że to ulubiony kolor schizofreników. O schizofrenię siebie nie podejrzewam, choć przecież nie wiadomo, co może stać się za dwie, trzy godziny. Z tej książki Kępińskiego - jak pamiętam - wiele rzeczy mi pasowało. Ale wolałem siedzieć cicho. (śmiech). Wracając do mojego pisania, wiem, że w wielu samotniach innych ludzi byłem gościem pożądanym, na przykład u jednej pani, która w lipcu zmarła na raka wątroby. Jakaż to była wspaniała czytelniczka! Nauczyłem ją pisać listy. Czasem szukam w skrzynce listów od niej, choć wiem, że niemożliwe, by je znaleźć. Takie rozważania sprawiają, że nie czuję, jakbym złożył broń. Że jednak wciąż jestem w gotowości. Tylko palce mam drętwe, bo dawno nie ćwiczyłem. Jedynie obrastam, na przykład zapiskami na kopertach. Przy łóżku z kolei wiszą kieszenie po starych dżinsach, w których chowam notesy. Żeby w każdej chwili być gotowym. W pisaniu najtrudniejsze jest usiąść za stołem.

W pisaniu najtrudniejsze jest pisanie.

(śmiech). Ale pamiętam chwile, jak nie mogłem się doczekać, gdy zasiądę do maszyny. Piękne szaleństwo! Chciałbym jeszcze raz to przeżyć. Ale bez światełka trudno. Tymczasem żyję od wizyty do wizyty u chorej żony. Ten ogrom cierpienia! Ileż bólu może się skupić w jednym człowieku! Wróćmy może do niedokończonej książki...

O czym jest?

Na przykład o pradziadku Michale. Bohater mojej wyobraźni! Spod Lidy pojechał do Ameryki! Dwa razy! Dla mnie wyjazd do Sopotu to jest dziś problem. Na Statuę Wolności mówił - to już sam wymyśliłem - ichnia Matka Boska. Chcę wrócić do tej polnej drogi na Kresach, jak idą na cmentarz pochować pradziadka... nogę, którą stracił w wypadku. Chcę opisać tamten pogrzeb. Kondukt. Księdza, który daje błogosławieństwo. Chcę tamten pejzaż obłaskawić. Może się uda. Może przyjdzie taka chwila. Czekam na nią niecierpliwie. Choć wiem, że czekanie to za mało.

W poniedziałek w Ratuszu Staromiejskim spotkasz się z czytelnikami, pierwszy raz po latach. Opuścisz swoją samotnię i wyjdziesz do ludzi. Nie boisz się?

Na myśl o tym z każdym dniem coraz bardziej tracę siły. Dwie godziny przed spotkaniem będę raczej na granicy pobytu na OIOM-ie, ale wiem, że muszę się stawić. To umieranie przed spotkaniami z czytelnikami to już norma.

Gabriela Pewińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.