Matejko, islam i pancerzyki biedronek. Rozmowa o książce "444" z Maciejem Siembiedą

Czytaj dalej
Fot. mat. prasowe
rozm. Gabriela Pewińska

Matejko, islam i pancerzyki biedronek. Rozmowa o książce "444" z Maciejem Siembiedą

rozm. Gabriela Pewińska

- Obwieszczam, że Gdynia ma już własnego książkowego bohatera, który już się nigdy stamtąd nie wyprowadzi - mówi Maciej Siembieda, autor książki „444”.

Z Hollywood już dzwonili?

Jeszcze nie, choć otrzymałem już poważne propozycje ekranizacji. Ale na razie za wcześnie, by o tym mówić.

Historia jest wprost wymarzona na film. Dotyczy - wyjaśnijmy krótko tym, którzy jeszcze nie czytali - tajemnicy najczęściej kradzionego obrazu Jana Matejki - „Chrzest Warneńczyka”. Zagadkę próbuje rozwikłać czarujący prokurator IPN, a w sprawę zamieszani są między innymi żydowski antykwariusz z Krakowa i hitlerowski grabieżca dzieł sztuki. Możemy jeszcze wspomnieć, że tajemnica płótna związana jest z proroctwem arby, według którego co 444 lata pojawi się szansa na pojednanie islamu z chrześcijaństwem. Przepowiednia, jak zaznaczasz w posłowiu, ma postać przekazów ustnych i próżno szukać jej w Google’u. To prawda. Szukałam. Na nic.

W historii obrazu „Chrzest Warneńczyka” tajemnica goni tajemnicę. Wielu ludzi miało przezeń kłopoty, sam często ginął w różnych dziwnych okolicznościach. Namalowany został w 1881 roku na zamówienie zamożnego kresowego ziemianina Jana Głębockiego z rodu biskupa Mikołaja, który podawał do chrztu Władysława Warneńczyka. W majątku Głębockich w Łaszkach poprawki na płótno, które nie zdążyło wyschnąć nanosił Leon Wyczółkowski. W tajemnicy, bo nie przepadali za sobą z Janem Matejką. Wkrótce obraz, oddany w depozyt biskupowi Dybowskiemu w Żytomierzu, ginie w - oczywiście - tajemniczych okolicznościach. Nieoczekiwanie pojawia się w 1937 roku na wystawie w warszawskiej Zachęcie. Tuż przed wybuchem wojny znów znika, skradziony z depozytu prokuratorskiego. Po wojnie poszukuje go Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich. Na próżno. Równie zagadkowy jest finał tej historii, czyli jego nieoczekiwany, równie zagadkowy powrót do Muzeum Narodowego w Warszawie. Chciałem spotkać się z panią kustosz, zresztą znawcą sztuki Jana Matejki. Wysłałem jej dwa duże artykuły, które napisałem na temat obrazu w 1983 roku. Ale, o dziwo, wcale nie była spotkaniem zainteresowana. Przysłała mi jedynie zdawkową informację, że dzieło oddał ktoś w depozyt. To był dar. Prezent dla narodu polskiego. A skoro tak, to człowiek ten miał prawo do zachowania anonimowości. Dowiedziałem się jeszcze, że ów tajemniczy darczyńca przez wiele lat zbierał dokumenty własności tego obrazu, a jak już je zebrał, to umówił się z panią kustosz. Zmarł w noc przed spotkaniem.

Niedawno obraz znów objawił się światu, ni stąd, ni zowąd trafił do Muzeum Romantyzmu w Opinogórze.

Skąd tam się wziął? Pojęcia nie mam. Przestrzegałem wydawnictwo, by nie pisać na okładce: Dlaczego obraz Matejki przepowiadający losy świata do dziś pozostaje w ukryciu? Czułem, że mogą wyniknąć z tego zgrzyty. I tak się stało. Panie muzealniczki poczuły się dotknięte, że obraz nie może być w ukryciu, skoro jest eksponowany u nich. Tego obrazu wszyscy się boją, niesie za sobą jakiś niepokój. Kilka lat temu, z zamiarem opisania jego historii, zadzwoniła do mnie dziennikarka „Gazety Krakowskiej”. Jej także w Muzeum Narodowym odmówiono informacji. Spytała mnie: Jak pan sądzi, kim jest osoba, która oddała ten obraz w depozyt? - Wyłącznie prawowici właściciele, czyli rodzina Głębockich - odparłem. A ona na to, że sama jest z Głębockich i to nie oni przekazali płótno muzeum. Do dziś nie wiadomo kto.

Ta tajemniczość jest właściwie pisarzowi na rękę.

Oczywiście, dzięki temu mogę sobie fantazjować do woli. W książce napisałem, że obraz podrzuciło do muzeum islamskie stowarzyszenie. Więcej jednak zdradzać nie powinniśmy.

Tajemniczym dziełem Matejki zacząłeś interesować się jeszcze na studiach.

Artykuły na ten temat to był mój debiut dziennikarski. O obrazie opowiedziała mi przyjaciółka, płótno należało do rodziny. Jej pradziadek, który mieszkał na Kresach, pamiętał obraz wiszący w rodzinnym dworze w Łaszkach. Na podstawie rodzinnych dokumentów, pamiątek, jedynego zdjęcia, jakie wtedy istniało, zrobiłem dwa reportaże. Próbowałem drążyć dalej, ale…

Ale?

Doszedłem do ściany. Może zabrakło mi doświadczenia? Może nie dość szukałem. Choć napisałem nawet list do Józefa Stieglitza, owego żydowskiego antykwariusza z Krakowa, który żył wtedy jeszcze w Tel Awiwie. Nie odpisał. Dużo wcześniej Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich dostała zgodę na przeszukanie willi Pietera Mantena, zbrodniarza wojennego, jednego z największych grabieżców dzieł sztuki i wspólnika Stieglitza z czasów okupacji. Ale willa w tajemniczych okolicznościach spłonęła. Dochodzenie zostało umorzone. To była ta ściana, z którą się zmierzyłem. Za nią nie było już nic.

W Twojej książce fikcja miesza się z rzeczywistością.

Granice są nie do rozpoznania. To coś, co w pisaniu daje mi najwięcej przyjemności. W trakcie pisania wynająłem nawet specjalnego, niesłychanie oczytanego i dociekliwego konsultanta. Jego zadaniem było przyłapać mnie na jakiejś nieścisłości, na błędzie. Nie udało mu się. Ale raz się pokłóciliśmy. O to, czy Matejko palił papierosy.

W „444” artysta ma znerwicowaną żonę, ale i pożółkłe od tytoniu palce.

Mój konsultant obstawał, że jeszcze wtedy papierosów nie było. Otóż były. W Krakowie istniała nawet ich wytwórnia.

W powieści nie musisz trzymać się faktów.

Ale czuję taką potrzebę. Wyłazi ze mnie trzydzieści lat dziennikarstwa. Nie chciałbym tylko fantazjować. Bardzo mnie kręci, że ludzie - oddając się lekturze „444” - chcą zweryfikować, co tu jest prawdą, a co nie. Najpiękniejszą opinię wystawiła książce recenzentka, która wyznała, że po jej przeczytaniu poczuła się znów jak nastolatka. Przeżyła przygodę odkrywając nieznane fakty historii. Tego chciałem. Moim zamiarem nie było pisanie żadnej discopolowej, komercyjnej literatury.

Też dociekałam. Wpisałam do internetu hasło „Chrzest Warneńczyka”. Pierwsze, co wyskoczyło, to strona firmy, która drukuje reprodukcje znanych obrazów i proponuje, jak można nimi oryginalnie ozdobić wnętrza mieszkania. Na jednym ze zdjęć tajemnicze dzieło Matejki wisi nad małżeńskim łożem. W sypialni.

W mojej sypialni jeszcze nie wisi, ale dostałem wczoraj w prezencie od kolegów z liceum, którzy prowadzą gazetę w Starachowicach, piękną reprodukcję tego obrazu. W miejsca czterech, wybranych przez nich, twarzy jest wklejone moje oblicze.

Mówią już o Tobie „polski Dan Brown”.

Jest już nas czterech. Tylu polskich Danów Brownów się doszukałem, czyli w tej spółce mam 25 procent udziałów (śmiech). To oczywiście jest produkt czasów. Dzisiaj wszystko musi mieć swój punkt odniesienia. Doczekałem się też porównań z Nienackim, który stworzył Pana Samochodzika, mimo że to lekka literatura, jestem dumny, bo bardzo te książki lubiłem. Ktoś przyrównał „444” do „Imienia Róży”. A Dan Brown? To jest oczywiście bardzo chwalebne porównanie, ale on sprzedał w Polsce „Kodu Leonarda da Vinci” dwieście tysięcy egzemplarzy! Choćbyśmy nie wiem jak w tej naszej czteroosobowej grupie Danów Brownów się sprężyli - mimo że wśród nas są takie nazwiska jak Miłoszewski, który „Bezcennego” sprzedał 80 tys. egzemplarzy - nigdy takiego pułapu nie osiągniemy. Porównanie jest na pewno marketingowe, robi tyle samo dobrego, co złego. Żeby zakończyć wątek, tyle mi do Dana Browna, co Matejce do Leonarda da Vinci. Porównanie miłe, ale nie sądzę, by Dan Brown był zachwycony, gdyby ktoś mu powiedział, że jest amerykańskim Maciejem Siembiedą.

Ale gdybyś w latach osiemdziesiątych pociągnął temat, uprzedziłbyś z pomysłem słynnego pisarza.

Do głowy mi wtedy nie przyszło, że można z tego zrobić powieść, a prawo pierwszeństwa jest dla tych, którym pomysły jednak do głowy przychodzą. Jak się jest gapą, to trzeba palmy pierwszeństwa oddawać innym.

Wiele Twoich reportaży to gotowe pomysły na książkę.

Jednym z nich zainteresował się kiedyś sam Ryszard Kapuściński: - Czemu z tego nie zrobisz powieści? Odparłem: - Bo ja umiem napisać o tym na sześć stron, nie na sześćset. Notabene, powieść, do napisania której mnie namawiał, jest już złożona w wydawnictwie. Jednak, o czym opowiada, nie zdradzę. Jedno jest pewne - prokurator Jakub Kania powróci.

Jakub Kania to ty?

Czy ja wiem…

Nie sądzę, byś ukrywał się pod postacią zmęczonego życiem dziennikarza - archiwisty Pawła Włodarczyka.

Do jego postaci wrzuciłem kilka swoich przywar, choćby grzech zarzucenia kiedyś historii obrazu. Co do Kani, tak, może i ma coś ze mnie. Generalnie Kania jest sobą. Lubią go kobiety. Choć nie zależało mi na tym, by się tym kobietom przypodobać. O dziwo. (śmiech) Pisanie to mój pomysł na popołudnie życia. Pytanie tylko, czy da się z tego żyć. Jeżeli nie - trudno. I tak będę to robił zarabiając gdzie indziej. Jedno jest pewne, w tym pisaniu nie pójdę li tylko w stronę fikcji. Niezmiennie największą przyjemność sprawia mi sięganie do historii, które zdarzyły się naprawdę, do tych, które spotkałem na swojej reporterskiej drodze, tajemnic z przeszłości, historycznych zagadek. Zawsze byłem i jestem sługą opowieści. Największe moje marzenie to umieć opowiadać.

Hemingway na początku swojej drogi uważał, że tylko wtedy może poświęcić się pisarstwu, gdy porzuci dziennikarstwo. Co zresztą uczynił.

Pełna zgoda. Trzydzieści lat w zawodzie wystarczy. Zresztą to dzisiejsze dziennikarstwo nie bardzo mi się podoba.

Nie ma opowieści.

Więdnie reportaż. To już nie jest dziennikarstwo dla mnie. Zresztą u nas nigdy nie było tak jak na Zachodzie. Tam nawet piętnastowersowa historyjka to jest story. Ja mam to szczęście, że żyję sobie na utopijnej wyspie, czyli wykładam dziennikarstwo na uczelni. Studentom mówię o tym, jakie to dziennikarstwo być powinno, a nie jakie ono jest. W tej i w każdej z moich następnych książek będzie dużo dziennikarstwa. Choć jednemu z wydawnictw nie podobało się to przywiązanie do faktografii. W Wielkiej Literze - wydawcy „444”, dowiedziałem się za to, że na Zachodzie istnieje coś takiego jak thriller erudycyjny, gatunek szalenie popularny. - My w panu widzimy autora polskiego thrillera erudycyjnego - powiedzieli. I tego się trzymamy.

Brzmi nieźle.

Dobrze, że moje wydawnictwo nie stawia na komercję, bo ja w tym pisaniu, niestety, jestem skrajnym egoistą. Głównie tworzę dla siebie. Taka wielka jest to frajda! I, oczywiście, mógłbym też tworzyć literaturę komercyjną, umiałbym napisać kryminał albo historię, która działaby się jednego dnia. Po trzydziestu latach pisania do gazety umiałbym napisać nawet ulotkę środka na odchudzanie. Ale nie zrobię tego, bo mi się nie chce. Chodzi o to, by mi z tym pisaniem było dobrze, a nie żeby na tym zarabiać. Dziennikarstwa też nie da się uprawiać ani dla pieniędzy, ani dla sławy, ani dla kariery, tym bardziej dla zbawiania świata. Tylko dla przyjemności, zawsze w to wierzyłem.

Pisałeś tę książkę bardzo długo.

Siedem lat, ale z dwiema przerwami. Musiałem odpocząć, bo za bardzo mnie ta historia poniosła. Tak wsiąkłem, że zapominałem o bożym świecie. Szedłem spać o dwudziestej, wstawałem o północy, by pisać do rana. Nie chodziłem do firmy. Na szczęście mam własną, więc nikt mnie z niej nie wyrzucił. Kolejną książkę napisałem w pół roku. Miałem coś w rodzaju kary pozbawienia wolności. Siedziałem osiem godzin dziennie w pewnej szacownej instytucji, gdzie byłem zatrudniony jako ekspert od komunikacji, ale po zmianie władzy nikt niczego ode mnie nie chciał. Dali mi kartę zegarową, ale zapomnieli dać kartę zadań. No to napisałem powieść.

Powiedziałeś, że ideą dziennikarstwa nie jest zbawianie świata. Twoja książka ma tymczasem bardzo piękne przesłanie - uratować świat poprzez pojednanie chrześcijaństwa i islamu. Bardzo ładnie wpisałeś się w aktualne nastroje.

Wszystkie kandydatki na miss mówią o tym, by był pokój na świecie i ja się do nich przyłączam. Przepowiednia jest piękna i moim zdaniem realna. W finale - pozwolę sobie nieco uchylić rąbka tajemnicy - okazuje się, że zagadka obrazu polega na idei, a nie na ukrytym na obrazie symbolu. Najbardziej dumny jestem z jednego zdania w tej książce. Napisałem, że najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi jest ludzki mózg. Tam wszystko się zaczyna i wszystko kończy. Ale też od tego, co w tym ludzkim mózgu się wydarzy, może zależeć coś takiego jak owo pojednanie. Moim zdaniem - możliwe. Mimo wszystko. Dziś mało kto wie, że jedynym człowiekiem, który pojednał chrześcijaństwo z isalmem, choć tylko na trzy dni, był Władysław Warneńczyk. I nie było to żadne prywatne przymierze w jego wojnie z Muradem II. Warneńczyk był reprezentantem świata chrześcijańskiego, gdyby nie chodził na pasku papieża, nie zerwałby pokoju w Segedynie. Murad II nie był szefem państwa tureckiego, był przywódcą państwa islamskiego, czyli kalifatu, który zniesiono w Turcji całkiem niedawno. Dziś państwo islamskie próbuje się odbudować pod jakimiś chorymi ideami. Wtedy jednak istniało i reprezentowało cały świat wyznawców Allaha. Pisząc moją powieść, nie fantazjowałem w tym względzie. Oczytałem się w książkach futurologów, i znam te wszystkie historie o tym, co czeka tamtą część świata i jak to Polska będzie silnym krajem. Zaznaczam, że nie są to umizgi do obecnego rządu… Opierałem się na hipotezach naukowych zawartych w książce George’a Friedmana „Następne 100 lat”. Za te futurologiczne wizje dostałem zresztą największe chłosty. Podobnie jak za pancerzyki biedronek. Jedna z recenzentek uznała, że zwariowałem wpadając na ten pomysł, a to akurat prawda, a nie moja fantazja.

Nie wiedziałam, że Matejko pozyskiwał barwniki ze zmielonych owadów.

Malarze często dodawali do farb chrząszczy. Ich pigment dobrze utrwala kolor.

Na koniec wróćmy jeszcze do Jakuba Kani. To gdynianin.

Gdynia to zauważyła i pomogła wydawnictwu w promocji książki. Bardzo jestem za to wdzięczny. Tym samym obwieszczam, że Gdynia ma już własnego książkowego bohatera, który już się nigdy stamtąd nie wyprowadzi. Choć jego literacka obecność w tym mieście nie polega przecież na tym, że jedzie Świętojańską, podziwia jej wygładzoną nawierzchnię, jasno świecące latarnie i mówi: Jak roztropny musi być tutejszy prezydent! (śmiech) Żadnego lokowania produktu! Jakub jest gdynianinem, bo lubię pisać o miejscach, które znam. Gdańsk zresztą w mojej powieści też jest, więc jesteśmy otwarci na współpracę… (śmiech).

„444” w Gdyni

Spotkanie autorskie z Maciejem Siembiedą 22 czerwca, godz. 18.00, w Gdynia InfoBox,ul. Świętojańska 30.

rozm. Gabriela Pewińska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.