Marek Pasionek. Prokurator do zadań specjalnych

Czytaj dalej
Fot. Adam Guz
Dorota Kowalska

Marek Pasionek. Prokurator do zadań specjalnych

Dorota Kowalska

Grupa prokuratorów, którzy zajmują się śledztwem smoleńskim wydała kontrowersyjną decyzję o ekshumacji ciał ofiar ze Smoleńska, dzisiaj oskarża też rosyjskich kontrolerów o umyślne spowodowanie katastrofy lotniczej.

Podczas poniedziałkowej konferencji prasowej siedział pośrodku prokuratorów: niewysoki, szczupły, spokojny. Marek Pasionek, zastępca prokuratora generalnego, jeden z najważniejszych polskich śledczych, odpowiedzialny za mafię, korupcję i katastrofę smoleńską.

„Analiza materiału dowodowego pozwoliła prokuratorom na sformułowanie nowych zarzutów wobec rosyjskich kontrolerów oraz osoby trzeciej, która przebywała na wieży w Smoleńsku. (…) Są to zarzuty umyślnego sprowadzenia katastrofy” - stwierdził.

To były jedne z ważniejszych zdań, jakie padły na tej konferencji prasowej, na której podsumowano rok, bo tyle minęło czasu od chwili przejęcia sprawy ws. katastrofy smoleńskiej przez zespół powołany w Prokuraturze Krajowej. Prokurator Pasionek tłumaczył: „Przeanalizowaliśmy ponad 2 tys. tomów akt. Zgromadziliśmy bardzo obszerną dokumentację źródłową, uzyskaną nie tylko w wyniku audytu w różnych resortach i służbach, ale również inicjując własną inicjatywę dowodową. (…) Udało się nawiązać współpracę z czterema laboratoriami kryminalistycznymi o międzynarodowej renomie”.

Są to: Laboratorium Badań Materiałów Wybuchowych dla Celów Sądowych w Laboratorium Naukowo-Technicznym Ministerstwa Obrony Wielkiej Brytanii, Włoskie Laboratorium Kryminalistyczne Korpusu Karabinierów, Instytut Nauk Sądowych Irlandii Północnej w Belfaście oraz Laboratorium Kryminalistyczne Policji Naukowej w Hiszpanii.

Prokurator Pasionek właściwie nie udziela wywiadów, nie pojawia się w mediach. Jak tłumaczą w prokuraturze: jest niesłychanie zajęty, ma masę spotkań, często wyjeżdża. Szerszej opinii publicznej znany jest od niedawna, ale na Śląsku, na którym długo pracował był jedną z twarzy miejscowej prokuratury.

- Profesjonalista, świetny prokurator - mówią o nim byli koledzy.

Pasionek skończył Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, potem był aplikantem Prokuratury Rejonowej w Gliwicach, asesorem, wreszcie prokuratorem. Przeszedł wszystkie szczeble prokuratorskiej kariery. W 1995 objął stanowisko prokuratora w Prokuraturze Wojewódzkiej (dzisiaj Okręgowej) w Katowicach - w VI Wydziale ds. Przestępczości Zorganizowanej. W grudniu 2000 decyzją ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego został powołany na stanowisko prokuratora w Prokuraturze Apelacyjnej w Katowicach (II Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej).

Prowadził wielkie, ważne śledztwa, miedzy innymi w sprawie słynnej „śląskiej ośmiornicy” - Tadeusza Makulskiego, Profus-Management i Gliwickiego Banku Handlowego czy też oszustwa dokonanego przez Andrzeja Kunę i Aleksandra Żagla w Hucie „Częstochowa”. Był też głównych oskarżycielem w procesie przeciwko gangowi Janusza Treli, „Krakowiaka”. To był najbrutalniejszy gang działającym w Polsce. W latach 1988-1999 funkcjonował samodzielnie na terenie Śląska, nie podlegając pod mafię pruszkowską, lekceważąc przy tym „rezydenta Pruszkowa” na tym terenie Zbigniewa Szczepaniaka, ps. Sajmon, który zresztą został zastrzelony 4 marca 1999 r. w Katowicach.

Najważniejszymi postaciami w grupie, poza samym szefem Januszem Trelą, byli: Wiesław Czemer, ps. Kastor, były kulturysta, który został świadkiem koronnym i pogrążył swoimi zeznaniami byłych kompanów, przyczyniając się do rozbicia gangu, oraz Zdzisław Łabudek, ps. Straszny Zdzicho, były karateka. O samym Treli krążyły na Śląsku legendy. Jak mówili policjanci: miał mentalność lokalnego działacza Samoobrony skrzyżowanego z ulicznym bandytą. Ogromne poczucie władzy, totalny brak gustu i zero szacunku dla ludzkiego życia. Ubierał się jak tani alfons, ale żył jak filmowy mafioso. Pijał najdroższe alkohole, grywał o najwyższe stawki i niczym Don Corleone z „Ojca chrzestnego” podawał swoim ludziom dłoń do pocałunku. Niepokornych kazał natomiast ciągnąć po lasach za samochodem. Bez jego wiedzy na południu Polski nie doszło do żadnego większego napadu. Wiedział o szczegółach przemytu narkotyków, broni i kobiet. Z każdej z tych transakcji miał czerpać zyski.

Śledczy długo na niego polowali, wreszcie trafił do aresztu. Proces gangu ruszył w 2001 roku, ale w 2004 roku, z powodu choroby ławniczki, trzeba go było rozpocząć od nowa. Marek Pasionek, wówczas prokurator z piętnastoletnim doświadczeniem, nie krył rozczarowania.

W sprawę „Krakowiaka” wszedł w 1998 roku - w katowickiej prokuratorze utworzono wówczas specjalną grupę dochodzeniową, która miała zbadać m.in. wiarygodność zeznań „Kastora”. Dostał najbardziej krwawą działkę - zabójstwa. Skupił się na dwóch osobach

„Na „Krakowiaku” i Zbigniewie Łabudku - „Strasznym Zdzichu”, jednym z najbardziej bezwzględnych egzekutorów w historii polskiej przestępczości, który dla niego zabijał. To była prawdziwa cosa nostra po polsku” - opowiadał mi w 2004 roku prokurator Pasionek. Ambitny, zaangażowany - już wtedy miał na Śląsku opinię dobrego, rzetelnego prokuratora.

„Krakowiak” kreował się na takiego capo di tutti capi, w grupie panowała ścisła specjalizacja , wyrafinowany system kar dla niepokornych. Łabudek karał i zabijał (śledczy zarzucali mu cztery zabójstwa z siedmiu, jakie udało się przypisać gangowi), prywatnie uczył szkolne dzieci karate. Sumienny, bezwzględny sadysta bez nałogów. Strzelał precyzyjnie prosto w serce lub głowę, jednym uderzeniem ręki łamał ludziom kości. Nie znał litości.

Kiedy prokurator Pasionek dowiedział się, że i na niego zapadł wyrok, oblał się zimnym potem.

„Z czasem nauczyłem się panować nad emocjami. Ale przez cały czas się bałem. Nie będę strugał twardziela” - wspominał podczas naszej rozmowy w 2004 roku.

Wyrok dostał, kiedy wreszcie zamknęli ekipę. To kumple „Krakowiaka” chcieli zastraszyć jego i ludzi pracujących nad sprawą. Na 300 osób działających w gangu zarzuty dostała setka, 36 osób odpowiadało w procesie głównym, reszta w 20 pobocznych, wyłączonych do oddzielnego rozpoznania. To ogromny sukces.

Ale zanim napisał akt oskarżenia, przez sześć miesięcy pielgrzymował z podejrzanymi po Polsce. Tak było prościej - objechać miejsca, gdzie dokonali przestępstw, tam konfrontować ich ze świadkami, przeprowadzać wizje lokalne. Pół roku w drodze, w konwoju - antyterroryści, 20 samochodów, blokady dróg, hotele, stres i setki wypalonych papierosów.

„Miałem kilka koszul, garnitur na zmianę, ale antyterroryści czasami przez tydzień tkwili w tym samym opakowaniu” - opowiadał. Pewnego dnia rano antyterroryści wyglądali na bardzo zmęczonych, a wtedy ich dowódca powiedział: „Nie pękać, prawdziwy komandos na śniadanie je gwoździe”.

Pasionek na komandosa nie wygląda - szczuplutki, w okularkach, typ intelektualisty. Ale dla herszta bandytów stał się wrogiem numer jeden, no, może dwa, bo nikt nie pytał „Krakowiaka”, kogo bardziej nienawidzi: Pasionka czy policjanta, który przeniknął do jego grupy i ją rozpracował. Wciąż wykrzykiwał na sali sądowej, że „Pasionek i jego ludzie fabrykują przeciwko nam dowody”.

Proces „Krakowiaka” skończył się w 2016 roku, już bez prokuratora Pasionka, Janusz Trela został skazany na 25 lat więzienia, „Zdzicho” - na dożywocie.

Wprost z prokuratury katowickiej Marek Pasionek trafił pod skrzydła świętej pamięci Zbigniewa Wassermanna, wówczas koordynatora ds. służb, został podsekretarzem stanu w kancelarii prezesa rady ministrów w radzie ministrów Kazimierza Marcinkiewicza i radzie ministrów Jarosława Kaczyńskiego. Zanim rządy przeszły w ręce Platformy zdążył przejść do prokuratury wojskowej. I to właśnie on w prokuraturze wojskowej nadzorował początkowo śledztwo smoleńskie. Jak pisał Andrzej Stankiewicz w „Rzeczpospolitej”, to miał być gest Platformy pod adresem PiS, które najdotkliwiej ucierpiało w katastrofie.

Swego czasu gangsterzy z grupy „Krakowiaka” wydali wyrok śmierci na prokuratora Marka Pasionka

Tyle tylko, że Pasionek nie mógł się dogadać z szefem prokuratury wojskowej płk Krzysztofem Parulskim, docenianym przez Platformę i niezbyt szanowanym przez PiS. Z czasem stało się jasne, że między panami wcześniej czy później dojdzie do otwartego konfliktu. Tak się też stało, a poszło o Smoleńsk.

W czerwcu 2010 r. Parulski uznał, że Pasionek ujawnił Amerykanom tajne dokumenty ze śledztwa smoleńskiego i złożył na niego doniesienie do prokuratury. Jak donosiła „Rzeczpospolita” - Pasionek miał próbować przekonać USA do przekazania między innymi zdjęć satelitarnych z miejsca katastrofy, które zostały zrobione 10 kwietnia ubiegłego roku. W trakcie rozmów z Amerykanami miał wykorzystywać znajomości, które zdobył jeszcze jako zastępca koordynatora ds. służb specjalnych, Zbigniewa Wassermanna.

Z kolei „Gazeta Wyborcza” pisała, że Pasionek chciał dowiedzieć się od służb USA, czy Rosjanie mogli dokonać zamachu na samolot prezydenta. W tym celu miał im przekazać materiały i informacje ze śledztwa smoleńskiego.

Ujawnieniem informacji z postępowania przygotowawczego dotyczącego śledztwa smoleńskiego przez prokuratora Marka Pasionka zajmował się Wydział do Spraw Przestępczości Zorganizowanej Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

W śledztwie ich zeznania mocno się różniły. Pasionek twierdził, że choć spotkanie było złamaniem procedur, to zrelacjonował je natychmiast Parulskiemu, a ten zaakceptował tę formę starań o pomoc Amerykanów. Parulski stanowczo zaprzeczał. Cała sprawa kontaktów prokuratora Pasionka z Amerykanami wyszła zresztą na jaw trochę przez przypadek. Parulski z Pasionkiem byli sąsiadami, szef prokuratury wojskowej miał przyłapać podwładnego na gorącym uczynku, wynosząc śmieci. „Manipulował przy telefonie komórkowym. Obok niego stała turystyczna torba. Prokurator Pasionek miał postawiony kołnierz od marynarki, twarz była czerwona. Odniosłem wrażenie, że jest pod wyraźnym wpływem alkoholu. Gdy mnie zobaczył, speszył się” - cytował zeznania portal TVN24.pl. Pasionek miał się tłumaczyć, że w torbie są akta smoleńskie oraz że „nawiązał kontakt z FBI i że Amerykanie mają wszystkie istotne dowody ze śledztwa smoleńskiego”.

W efekcie Pasionek został zawieszony. Podejrzewano go nie tylko o ujawnienie tajemnic Amerykanom, ale także o przecieki ze śledztwa do polityków PiS oraz dziennikarzy.

Śledztwo przeciw Pasionkowi prowadził płk Mikołaj Przybył, ten sam, który strzelił sobie w policzek w przerwie konferencji prasowej. Powodem miała być krytyka cywilnych prokuratorów za metody stosowane w śledztwie. Parulski bronił Przybyła i stracił posadę, zaś Pasionek został całkowicie oczyszczony z zarzutów i został szeregowym prokuratorem w prokuraturze wojskowej. Kiedy rządy objęło Prawo i Sprawiedliwość został zastępcą prokuratora generalnego, obejmując najpoważniejsze zadania - tropienia przestępczości zorganizowanej i korupcji, przejął też nadzór nad rozwiązywaną prokuraturą wojskową. Wreszcie stanął na czele specgrupy prokuratorów, która ma na nowo poprowadzić śledztwo w sprawie okoliczności katastrofy w Smoleńsku.

„Zadaniem zespołu będzie całościowe, kompleksowe przeanalizowanie wszystkich materiałów związanych z tragedią smoleńską, zarówno głównych wątków, jak również wątków pobocznych i następnie kontynuowanie tego śledztwa w ramach możliwości dowodowych” - mówił Zbigniew Ziobro w Radiu Maryja i Telewizji Trwam. „Zespołem bezpośrednio będzie kierował pan prokurator Pasionek, mój zastępca, zastępca prokuratora generalnego, również bardzo doświadczony prokurator, w swoim czasie też bliski współpracownik, zaufany człowiek śp. pana prokuratora Zbigniewa Wassermanna. To on, można powiedzieć, był jego prawą ręką w czasach poprzednich rządów 2005-2007. I też ma taki osobisty motyw, żeby tę sprawę do końca bezwzględnie wyjaśnić na tyle, ile będzie to możliwe” - wskazywał Ziobro. Podkreślił, że Pasionek wybrał do zespołu bardzo doświadczonych prokuratorów z całego kraju.

Póki co, prokurator Pasionek, czy raczej zespół którym kieruję, podjął przynajmniej jedną dość kontrowersyjną decyzję, o której mówił już wcześniej w wywiadzie dla „Gazety Polskiej Codziennie”

„Jestem przekonany o tym, że ekshumacje są nieuniknione. Zbyt wiele jest wątpliwości, by można je było wyjaśnić bez kolejnych badań. (…) Musi być jednak zachowana żelazna zasada: najpierw prokuratura rozmawia z rodzinami ofiar, pełnomocnikami rodzin, a następnie - po uzyskaniu ich zgody - informujemy za pośrednictwem mediów opinię publiczną. Nie może być tak, że rodziny o naszych decyzjach ustaleniach dowiadują się z mediów” - mówi dziennikarzom „GPC”.

Podkreślił też, że tylko dzięki determinacji rodzin ofiar i gigantycznej pracy Antoniego Macierewicza nie udało się poprzedniej władzy doprowadzić do zmarginalizowania sprawy Smoleńska.

„Gdyby nie on i współpracujący z nim naukowcy w Zespole Parlamentarnym, wiele faktów nigdy nie wyszłoby na jaw. Trzeba o tym mówić i przypominać o tej ogromnej pracy w bardzo trudnych warunkach, pod ciągłym „ostrzałem” medialnym” - zwraca uwagę prok. Pasionek.

Ale, wbrew pozorom, prokurator Pasionek nie ma łatwego zadania. Podkomisja powołana przez Antoniego Macierewicza nie zrobiła wiele przez ostatnie miesiące. Jej członkowie unikają dziennikarzy jak ognia, nie odpowiadają na zadawane pytania. Zresztą, to w większości te same osoby, które działały w parlamentarnym zespole, o którym wspomniał w wywiadzie dla „GPC” prokurator Pasionek. Przypomnijmy, że ostatni, opublikowany w kwietniu 2015 r. raport zespołu zawierał tezę, że prawdopodobną przyczyną katastrofy była seria wybuchów, m.in. na lewym skrzydle, w kadłubie i prezydenckiej salonce. To wnioski zupełnie inne niż te płynące z raportu komisji kierowanej przez ówczesnego szefa MSW Jerzego Millera. W wielkim skrócie eksperci tejże komisji wskazali, że przyczyną wypadku było „zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania przy nadmiernej prędkości opadania, w warunkach atmosferycznych uniemożliwiających wzrokowy kontakt z ziemią i spóźnione rozpoczęcie procedury odejścia na drugi krąg. Doprowadziło to do zderzenia z przeszkodą terenową, oderwania fragmentu lewego skrzydła wraz z lotką, a w konsekwencji do utraty sterowności samolotu i zderzenia z ziemią”.

Więc siłą rzeczy nasuwa się przypuszczenie, że podkomisja będzie chciała udowodnić tezę, którą zawarła w raporcie 2015 roku. Ponieważ nie jest to łatwe, póki co, członkowie podkomisji umykają przed dziennikarzami.

Prokuratorzy nie idą w tym kierunku, o czym świadczy chociażby fakt, że postawili rosyjskim kontrolerom z wieży w Smoleńsku zarzut umyślnego sprowadzenia katastrofy lotniczej. Więc jeśli katastrofa, to nie zamach. Niektórzy mówią wprost o wyzwaniu rzuconym przez Zbigniewa Ziobrę Antoniemu Macierewiczowi, o trwającej między nimi wojnie. Bo jeśli prokuratorzy, których głównym przełożonym jest Ziobro mówią o wypadku, to podkomisji, której politycznym mentorem jest Macierewicz trudno będzie przekonać kogokolwiek do zamachu.

Jakby nie było, prokurator Pasionek stoi więc przed największym zawodowym wyzwaniem. Wydaje się, że przed nim zadanie dużo trudniejsze niż wsadzenie za kratki gangu „Krakowiaka”.

Dorota Kowalska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.