Marcin Budziński: Marzy mi się kilka murali na gdańskim Przymorzu

Czytaj dalej
Fot. Przemysław Świderski
rozm. Dorota Abramowicz

Marcin Budziński: Marzy mi się kilka murali na gdańskim Przymorzu

rozm. Dorota Abramowicz

Rozmowa z Marcinem Budzińskim, artystą plastykiem, twórcą największego w Gdańsku muralu na ścianie falowca przy ul. Piastowskiej.

Jak się maluje obraz na 380 metrach kwadratowych?
Bardzo podobnie jak na kartce, trzeba tylko wziąć pod uwagę, że te wszystkie linie i plamy będą ciut większe...

Raczej nie „ciut”...
Zgoda, trochę więcej. Jednak cała sztuka polega na tym, by to dobrze przenieść na format dzięki prostej, przedszkolnej metodzie. Robi się na projekcie kratkę w skali trzy centymetry na trzy centymetry, a potem maluje się taką samą kratkę o wielkości metr na metr na ścianie. I na ten metr kwadratowy ściany przenosi się wszystkie elementy projektu z kartki.

Długo trwa przenoszenie projektu na ścianę wysoką na 32 metry?
W tym wypadku były to dwa tygodnie. Samo rozrysowanie projektu trwało trzy dni.

I tak na falowcu wyrósł potężny lew, górujący nad napisem „Nigdy więcej wojny”, który sięga łapą po spadającą z nieba gałązkę oliwną... Skąd pomysł ?
Przed dwoma laty z propozycją stworzenia patriotycznego muralu na budynku przy ulicy Chłopskiej zgłosiło się do mnie Stowarzyszenie Kibiców Lechii Gdańsk „Lwy Północy”. Kibice mieli swoje projekty, ale przypominały one sztampową grafikę. Tymczasem dla mnie mural powinien działać jak plakat, powodujący jedno, konkretne skojarzenie. Jest to idea starej polskiej szkoły plakatu, w której najważniejszy był pomysł, a forma stanowiła drugie dno. I tak powstał mural, dla którego wzorem był znaczek pocztowy wydany 19 lat po wybuchu II wojny światowej i ataku na Pocztę Polską. Przedstawiał gdańskiego pocztyliona Sylwestra Płoszyńskiego, który - tak jak wielu innych pocztowców - zginął, rozstrzelany po wzięciu do niewoli. Nad jego głową namalowałem dziurę po kuli, jako akcent symbolizujący rozstrzelanie. Idąc tym tropem, postanowiłem stworzyć kolejny mural mówiący o obronie kraju 1 września 1939. Znów wsparły nas finansowo Lwy Północy, sponsorzy dali rusztowania i 150 litrów farby, a spółdzielnia Przymorze udostępniła doskonałą wręcz ścianę gdańskiego falowca, przy której znaczek na czteropiętrowym bloku przy Chłopskiej wydaje się drobiazgiem.

Dlaczego wybrał Pan lwa?
Postać tego zwierzęcia, znajdującego się w herbie miasta, związana jest z Gdańskiem. Mój pierwszy gdański lew, w innej stylistyce niż ten z falowca, pojawił się na budynku przy ulicy 3 Maja 16. W jego sylwetkę wkomponowałem symbole Gdańska - zabytki związane z miastem, między innymi bazylikę Mariacką, stoczniowe dźwigi i falowce. Lew jest także symbolem odwagi i męstwa, czyli wartości, jakimi się kierowali obrońcy Westerplatte. Postanowiłem połączyć silne, odważne zwierzę z hasłem „Nigdy więcej wojny”, znajdującym się w pobliżu pomnika Obrońców Wybrzeża na Westerplatte. Nie chciałem malować samego pomnika, ale nawiązać do niego formą. Dlatego lew składa się ze skalnych płyt, na których pojawiają się hasła z monumentu: „Tym co na morzu”, „Chwała bohaterom”, a także miejsca (Oksywie, Hel, Dunkierka, kanał La Manche i inne), gdzie bohatersko walczyli nasi żołnierze. W pracy pomagali mi Dawid Osiński i Łukasz Szpak, z którymi współpracuję przy tworzeniu murali, między innymi przy alei Żołnierzy Wyklętych i ulicy Chłopskiej, od kilku lat.

Też skończyli ASP?
Akurat nie są plastykami, ale znają się na tym, co robią. Razem kiedyś pracowaliśmy na rusztowaniach...

Co artysta plastyk robił na rusztowaniach?
Ocieplenia. Żeby zarobić na studia na Akademii Sztuk Pięknych, pracowałem na budowach. Dzięki temu już wiem, czego nie chcę robić. Wolę malować, niż budować.

Skąd u Pana to zaangażowanie w przypominanie gdańszczanom historii?
Ogólnie uważam, że trzeba robić rzeczy z przekazem. Moja praca dyplomowa, obroniona przed pięcioma laty na gdańskiej ASP, miała się sprzeciwiać bezmyślnemu mordowaniu zwierząt. Skontaktowałem się wcześniej z organizacją WWF (World Wide Fund for Nature), która prowadzi bardzo dobre graficznie kampanie. WWF protestuje między innymi przeciw bezsensownemu zabijaniu zwierząt, którego celem jest późniejsze wykorzystywanie skóry aligatora na torebki lub przywożenie jako trofeum z wakacji rogu nosorożca. Czyli zabijania dla mody lub chwilowej zachcianki. Stąd zaproponowana przeze mnie kampania „Bycie pamiątką boli”. Moje plakaty, odwracające porządek rzeczy, na których to zwierzęta noszą ubrania i używają gadżetów oraz trofeów z ludzkiej skóry, zrobiły dość dobre wrażenie. A WWF wykorzystała je w swoich kampaniach prasowych. Nadal nie interesują mnie kolejne barwne ilustracje, których nikt nie zrozumie. Zależy mi, aby ludzie stanęli przed murem, zastanowili się chwilę, uczyli się dzięki obrazom historii. Chcę robić coś, co ma znaczenie. W Warszawie miałem okazję malować na terenie byłego lotniska w Gocławiu pracę zaprojektowaną przez Wojtka Woźniaka - „Asy lotnictwa polskiego”. Przedstawia ona wielką szachownicę, podobizny Stanisława Skalskiego i Eugeniusza Horbaczewskiego oraz w tle zestrzelone przez nich samoloty. To wszystko na powierzchni prawie 200 metrów kwadratowych.

A co by Pan jeszcze namalował w Gdańsku?
Marzy mi się jeszcze kilka ścian. Chociażby na Przymorzu, gdzie na muralach chciałbym pokazać - być może w formie starych pocztówek - jak ta dzielnica wyglądała jeszcze przed wybudowaniem falowców.

rozm. Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.