Leszek Herman: Temat czarownic wpadł mi do głowy, gdy zobaczyłem czarne protesty kobiet

Czytaj dalej
Redakcja

Leszek Herman: Temat czarownic wpadł mi do głowy, gdy zobaczyłem czarne protesty kobiet

Redakcja

Leszek Herman jest zafascynowany historią Pomorza. Tą swoją fascynacją chce zarazić innych i pisze historyczne powieści. „Na tapecie” ma trzecią - tym razem będzie o czarownicach

Na jakim etapie jest pana trzecia książka?

Na razie napisałem jedną trzecią objętości. Mam nadzieję, że do końca września będzie całość. Zresztą muszę ja napisać do września, bo taki termin wyznaczyło mi moje wydawnictwo.

O czym będzie ta nowa pana książka?

Tematem wiodącym mają być czarownice pomorskie i różne ciekawe historie z nimi związane. Oczywiście przeplecie się w niej kilka pomorskich miasteczek.

Pomorskich? Tych bliżej Koszalina i Słupska, czy Szczecina?

W tej książce więcej będzie Szczecina. Ale oprócz tego będzie także Kamień Pomorski, Wolin i raczej tamte rejony. Tym razem tematem książki są czarownice, a one nie były związane z jakąś konkretną miejscowością. One były na całym Pomorzu.

To w naszym regionie było dużo czarownic?

Tak, ale nie tylko w naszym regionie. W ogóle w Niemczech było ich sporo. Wiem to na podstawie dokumentów. Na Pomorzu zachowało się dużo materiałów archiwalnych dotyczących procesów o czary i pewnie dlatego mówi się, że w naszym regionie tych czarownic było więcej niż gdzie indziej. W tych dokumentach nie tylko opisane są procesy, jak one przebiegały, ale wymieniane są nazwiska oprawców, katów, obrońców, prokuratorów.

Zachowały się też całe akta z procesów Sydonii von Borck. Można z nich wyczytać, że Sydonia nie miała obrońcy z urzędu. Broniła się sama.

Sydonia to nasza najsłynniejsza czarownica.

Właśnie. Opowieść o jej losach została przetłumaczona na język polski przez jednego z historyków. Można ją znaleźć także w internecie.

Jak to było z tą Sydonią?

Jak przeczytałem materiały z jej procesu, to doszedłem do wniosku, że to była niesłychanie inteligentna kobieta. Na przykład zarzucano jej, że z jej komina wylatują diabły. A ona z tego tłumaczyła się nadzwyczaj logicznie. Niestety, tamte czasy nie były dobrym momentem dla takiej kobiety. Jej argumenty choć logiczne nie przebiły się i Sydonię skazano na ścięcie mieczem. Wyrok wykonano 19 sierpnia za murami miejskimi, przy Bramie Młyńskiej. Jej ciało spalono na stosie i pogrzebano na średniowiecznym cmentarzu biedoty, który znajdował się w miejscu współczesnej ulicy ulicy Sowińskiego w Szczecinie.

Poznał pan sporo opowieści o pomorskich czarownicach, czy była jakaś historia życia czarownicy, która zrobiła na panu duże wrażenie?

Poruszyło mnie wiele. Te historie w większości są straszne. Jak się czyta o szczegółach, to wtedy robią one największe wrażenie. Poznaje się przecież oprawców z imienia i nazwiska, poznaje się też powód skazania takiej czarownicy.

W tej chwili Kościół spiera się z historykami, czy tych strasznych historii czarownic było miliony czy tysiące. A to nie ma znaczenia. Bo jak się bada fakty, to okazuje się, że wszystkie były przerażające. Na przykład łaską było, jak kobieta była przywiązywana nad stosem jeszcze niezapalonym.

Dlaczego to było łaską?

Bo drewno, które leżało na stosie było świeże. Kobietę przywiązywano nad tym stosem i później podpalono stos. Ilość oparów z tego drewna była taka, że ofiary dusiły się zanim stos się zaczął palić. Z kolei ostrym wyrokiem było, kiedy kobietę wpychano na palący się stos. To był koszmar.

Szczególnie zapamiętałem historię jaka zdarzyła się w kościółku w Jarszewie koło Kamienia Pomorskiego. Jest tam kościół jeszcze średniowieczny. Wewnątrz zachowany jest piękny obraz, jeden z największych obrazów na desce przedstawiający Sąd Ostateczny. Ten obraz inspirowany był zresztą tym słynnym Hansa Memlinga, który możemy oglądać w Gdańsku. I właśnie z tym obrazem jest zachowana opowieść, potwierdzona zresztą historycznie, że pod koniec wojny trzydziestoletniej miejscowi, którzy byli niezadowoleni ze swojego pastora, oskarżyli jego żonę o czary. Pastor nie mógł się psychicznie z tym uporać i w związku z tym oskarżył o czary ludzi ze wsi. Spalono na stosie kilka osób, w tym także dziedzica z sąsiedniego majątku. To była krwawa jatka, która zaczęła się rozszerzać. A to wszystko ze zwykłej zemsty, z nieporozumień. Okrutne.

Czy w trzeciej pana powieści też będzie dużo faktów historycznych?

Oczywiście. Ja zawsze dążę do tego, aby jak najmniej dopowiadać, aby jak najmniej wymyślać tych historycznych zdarzeń. Ale czasem muszę, bo muszę znaleźć taką nić, która te wszystkie prawdziwe historie połączy. Jednak bardzo mi zależy, aby w książce było jak najwięcej prawdy o tamtych czasach, bo dopiero wtedy książka ma jakąś wartość. Później cieszy mnie, że ludzie czytają te historie i sami sprawdzają różne wiadomości, szperają w internecie, przeszukują biblioteki. Piszą mi o tym na mailach, a ja się z tego bardzo cieszę. Bo mi właśnie o to chodzi, aby dowiedzieli się jak najwięcej o historii całego Pomorza, nie tylko naszego regionu.

Jak wpadł pan na pomysł, aby trzecią swoją powieść historyczną napisać akurat o czarownicach?

Wiele razy mówiłem już o tym na spotkaniach autorskich, że natchnęły mnie do tego czarne protesty kobiet w Polsce.

????

Nie, nie myślę wcale o protestujących kobietach jako o czarownicach. Chcę to od razu wyjaśnić. Patrzyłem się na protestujące kobiety, które występowały za swoją wolnością, za swoimi poglądami. Te współczesne czarne protesty kobiet mają bardziej etyczną i moralną podstawę.

Podobnie było z Sydonią i innymi „czarownicami”, które wieki temu były oskarżane zupełnie bezsensownie o czary i o różne rzeczy wyssane z palca. Tymczasem, jak się okazało, często za tym się kryło mnóstwo historii całkowicie przyziemnych. Na przykład ktoś walczył o majątek, o sukcesję.

Teraz pisze pan o czarownicach, ale wrzesień już tuż tuż. Ma pan pomysł na czwartą powieść?

Na Pomorzu jest tyle ciekawych historii, których nikt jeszcze nie opowiedział, że mam co robić. Mniejszym dla mnie problemem jest wymyślenie wątku przewodniego, a większym zdobycie materiałów, wyszukanie dokumentów, dowiedzenie się jak to naprawdę było. To żmudna i długa praca. To mi zabiera najwięcej czasu.

A jak radzi sobie pan z wątkami obyczajowymi?

Są dla mnie problemem. Moi czytelnicy pytają czy Igor z Pauliną będą ze sobą, są ciekawi jak ta ich historia się skończy.

Jest pan po dwóch turach spotkań autorskich. Pierwsza tura dotyczyła „Sedinum”, czyli książki, która rozgrywała się przede wszystkim w Szczecinie a druga tura dotyczyła drugiej powieści - „Latarni Umarłych”, której akcja rozgrywa się przede wszystkim w okolicach Darłowa. Czy zauważył pan różnicę w przyjęciu przez czytelników tych dwóch książek?

Siłą rzeczy „Latarnia Umarłych” zdobyła więcej czytelników. Ci co przeczytali pierwszą „Sedinum”, sięgnęli po drugą, a do tego zachęcili innych. „Latarni Umarłych” sprzedało się dużo więcej. Ale zauważyłem też, że procentowo więcej osób z innych regionów Polski, nie tylko z Pomorza sięgnęło po „Latarnię Umarłych”. Pewnie dlatego, że jej akcja toczyła się w Darłowie, a Darłowo jest dość znanym miejscem. Na przykład Marek Krajewski pisał już o Darłowie. Poza tym tam dzieje się sporo ciekawych rzeczy, o których ludzie w Polsce już wiedzą.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Redakcja

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.