Lepiej płacić za SMS-y niż za milionowe straty [rozmowa]

Czytaj dalej
rozm. Dorota Abramowicz

Lepiej płacić za SMS-y niż za milionowe straty [rozmowa]

rozm. Dorota Abramowicz

Z Tadeuszem Bukonttem, dyrektorem Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego UM w Gdańsku, rozmawia Dorota Abramowicz.

Podczas nawałnic, które przed dziesięcioma dniami spustoszyły Pomorze, system wczesnego ostrzegania o zagrożeniu burzami zwyczajnie nie zadziałał, gdyż niektórzy urzędnicy starostw nie przesłali do gmin informacji z Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego z prognozą IMGW z Gdyni.

Zacznijmy od tego, że samo wysyłanie komunikatów ma sens tylko wtedy, gdy ktoś je będzie chciał przeczytać.

Argumentowano, że w urzędach gminy późnym popołudniem nikt już nie pracuje. Jednak w Gdańsku już przed dwoma laty uruchomiono SISMS, czyli system pozwalający na przekazywanie bezpośrednio na smartfony mieszkańców informacji o zagrożeniach. Czy ten system nadal działa?

Uważam, że nie można porównywać miasta Gdańska z gminami, które zostały dotknięte nawałnicą. Jest to zupełnie inna skala problemu, poczynając od powierzchni, przez zasięg telefonii komórkowej, aż po gęstość zaludnienia. Rzeczywiście, już kilka lat temu Gdańsk wprowadził system dobrowolnego logowania się mieszkańców do naszego systemu. Klucz leży w owej dobrowolności, bo ostrzegać możemy jedynie tych, którzy nam na to pozwolą.

Dużo osób korzysta dziś z tej możliwości?

Do połowy 2017 roku mamy ok. 33 tysięcy zalogowań. Przy czym niektóre osoby logują się kilkakrotnie, gdyż system obejmuje poszczególne dzielnice miasta. Jeśli np. ktoś ma rodziców na Stogach, a mieszka we Wrzeszczu, to mogą interesować go komunikaty z obu tych dzielnic. Są też komunikaty obejmujące całe miasto, ale czasem nie ma potrzeby ich wysyłania.

Dlaczego?

To kwestia oszczędności, jeśli coś niepokojącego się dzieje na wzgórzach morenowych, to niekoniecznie ostrzeżenie musi docierać do osób przebywających w pasie nadmorskim. A wracając do zainteresowania gdańszczan SISMS, to w 2016 roku wysłaliśmy 76 tysięcy SMS-ów. W tym roku, ze względu na coraz większą dokuczliwość anomalii pogodowych, wysłano już 164 tys. SMS-ów. Wzrost jest znaczący, trzeba jednak pamiętać, że Gdańsk to miasto półmilionowe. Znacząca większość mieszkańców nadal nie korzysta z powiadamiania o zagrożeniach.

Czy mimo to system ostrzegania sprawdza się w Gdańsku?

Stale uczymy mieszkańców, że jeśli coś niebezpiecznego dzieje się w mieście, to trzeba aktywnie szukać informacji. Biorą w tym udział media, przekazując komunikaty, ale nawet jeśli zabraknie dostępu do radia czy telewizji, to prawie każdy ma telefon komórkowy. Dla lepszej komunikacji w sytuacjach kryzysowych w najbliższym czasie zamierzamy uruchomić Gdańskie Centrum Komunikacji, takie call center, gdzie zamiast dotychczasowych dwóch, będzie działać kilkanaście telefonów obsługiwanych przez żywych ludzi. Postanowiliśmy równocześnie, by każdorazowo w momencie uruchamiania sztabu kryzysowego kontaktować się z mieszkańcami na Facebooku, odciążając linie telefoniczne. Podczas ostatnich ulewnych opadów okazało się, że te najnowsze techniki komunikowania się najszybciej do ludzi docierają i są wyjątkowo skuteczne. Dziś ktoś, kto nagle obudzi się nocą, nie włącza od razu radia czy telewizora, ale odruchowo patrzy na komórkę, sprawdzając, czy nie zalogowano się do niego na FB lub nie wysłano SMS-a. Oczywiście cały czas mówimy jedynie o tych osobach, które chcą otrzymywać wysyłane przez nas komunikaty.

Dużo trzeba zapłacić za otrzymywane ostrzeżenia?

Odbiorca nic nie płaci.

To kto ponosi koszty?

Miasto Gdańsk. Na razie płacimy za tę usługę kilkanaście tysięcy złotych rocznie, jednak ze względu na wzrost zainteresowania mieszkańców komunikatami, koszty ciągle rosną.

Opłaca się?

Uważamy, że lepiej płacić za SMS-y, niż za ewentualne straty w milionach złotych. Przy czym chciałbym podkreślić, jak bardzo ważne jest poczucie odpowiedzialności każdego z nas za własne i naszych rodzin bezpieczeństwo. Jeśli wchodzimy do ciemnego kina, to od razu widzimy lampki, prowadzące widzów do wyjścia ewakuacyjnego. W codziennym życiu powinniśmy wyrobić w sobie ten sam nawyk - szukania w każdej sytuacji wyjścia ewakuacyjnego, zadbania o siebie i swój dobytek. Jest to apel szczególnie na czasie.

Namawia Pan obywateli, by poszli śladem preppersów, zawsze przygotowanych na nadejście kataklizmów?

Kiedyś nie mieliśmy tornad, dziś je mamy. Coraz częściej zmagamy się z ulewami i silnym wiatrem. Dlatego powinniśmy przestawić nasze myślenie.

W jaki sposób?

Zacznijmy od tego, że głównie to nasza niefrasobliwość powoduje straty. Należy sprawdzać informacje o anomaliach pogodowych i przygotować się nie tylko na ich przedtrwanie, ale także na to, co może nas spotkać już po ich przejściu. Wybierając się chociażby się na weekend na Kaszuby, w głuszę kompletną, sprawdźmy wcześniej prognozę pogody na tym terenie. Weźmy ze sobą radio na baterie, powerbanki do ładowania telefonów komórkowych. Może warto także pomyśleć o zakupie agregatu prądotwórczego. Równocześnie nie zapominajmy o innych ludziach mieszkających w poblizu. Proponuję, by zadbać o sąsiadów, ostrzegając ich np. przed możliwością zalania garażu czy zniszczenia samochodu stojącego pod starym drzewem. Powinniśmy również uczyć dzieci tego niezbędnego w życiu odruchu samokontroli. Każdy kierowca wie, że przed wyjazdem w podróż trzeba sprawdzić, czy zatankował samochód, bo grozi mu zatrzymanie w lesie z pustym bakiem. Podobnie trzeba myśleć o innych aspektach życia.

rozm. Dorota Abramowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.