Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Festiwal SpaceFest! w udany sposób przeniósł się z Żaka do klubu B90 [RECENZJA]

Czytaj dalej
Fot. Paweł Jóźwiak
Beata Gliwka

Festiwal SpaceFest! w udany sposób przeniósł się z Żaka do klubu B90 [RECENZJA]

Beata Gliwka

SpaceFest! jest imprezą wędrowną. W tym roku odbywał się po raz siódmy, ale po raz pierwszy w nowym miejscu, które jest już co najmniej trzecim w sześcioletniej historii festiwalu. Po czterech edycjach w Żaku SpaceFest! przeniósł się do klubu B90 na tereny postoczniowe i po spędzeniu tam piątkowego i sobotniego wieczoru mogę powiedzieć, że decyzja była słuszna.

Koncerty odbywały się w dużej sali, która została za pomocą barierek zmniejszona o około jedną trzecią, a mała sala, w której rozstawiono leżaki, stała się salą projekcyjną i bankietową. Przez większość wieczorów można było tam oglądać uroczo kiczowate filmy SF z lat 80. pochodzące z kolekcji VHS Hell, a w późniejszej fazie posłuchać muzyki z płyt. Przez cały czas działało stoisko z indyjską kuchnią, nie trzeba było więc wychodzić na zewnątrz, by coś zjeść. W takim oto komforcie przyszło się nam skonfrontować z ofertą festiwalu.

Muzyczny profil imprezy to od początku psychodelia, space-rock, Krautrock i shoegaze, gatunki w rocku niszowe, ale mocno inspirujące artystów szerszego obiegu i niezmiennie stabilnie popularne - na SpaceFest! co roku przychodzi mniej więcej tyle samo fanów. W takiej sytuacji można obyć się bez gwiazd, bo publiczność przychodzi na muzykę, a nie na nazwy czy nazwiska.

Jakie były największe odkrycia tej edycji?

Po pierwsze, szwajcarski duet Blind Butcher. W centrum tej muzyki był poczciwy rock‘n‘roll, ale doprawiony zmieniającymi się i niekiedy bardzo zaskakującymi posmakami, a to psychodelii, a to rocka elektronicznego, a to glam-rocka. Może nie byłoby to nic szczególnie wstrząsającego, gdyby nie brawura i precyzja (zegarmistrzowska!) wykonania. Publiczność szalała, co zrozumiałe.

Brak większych gwiazd, ale przemyślany program - taki jest SpaceFest!

Po drugie, włoski zespół New Candys. Kwartet z Wenecji mocno czerpie z brytyjskiej fali psychodelicznego indie-rocka z lat 90., ale zwraca uwagę pięknie ustawionym brzmieniem i wszechogarniającym przywiązaniem do detalu. Dokładnie wiedzą, jak się ubrać, by to działało w koncertowym oświetleniu, a tak pięknych gitar, jak te, którymi posługiwali się obaj gitarzyści i basista, nie widziałem od lat. Włoskie zespoły z reguły onieśmielają poziomem umiejętności, lecz często robią wrażenie imitatorów anglosaskich wykonawców. W tym przypadku były i umiejętności, i wiarygodny styl, i kreatywność.

Po trzecie, znów niemiecki zespół, Odd Couple. Zagrali w samym środku drugiego dnia i zaprezentowali śmiałą jazdę po rockowej psychodelii z różnych epok. Początkowo nieco raziła mnie maniera wokalisty, jednak mniej więcej od czwartego numeru głos wskoczył na swoje miejsce w tej konstrukcji i maszyna pomknęła aż miło. Było dynamicznie, ale z niuansami. Warto ten zespół obserwować w przyszłości.

Przyszłościowym składem są też niewątpliwie Dead Rabbits. Brytyjski zespół złożony z bardzo młodych ludzi już teraz bardzo dużo umie i sprawnie komponuje, kręcąc się (znów!) w orbicie rocka lat 90. Jest chyba o krok od własnego stylu i ten krok z pewnością zrobi niebawem.

Najdziwniejszym wydarzeniem SpaceFest! 2017 był koncert Pure Phase Ensemble. Jest to zespół, który co roku zmienia prawie całkowicie skład, a jego podstawą jest zawsze zestaw młodych muzyków biorących udział w warsztatach oraz kierujący nimi znany artysta z dużym dorobkiem. Tym razem szefem Pure Phase Ensemble był Maciej Cieślak, lider legendarnej Ścianki. Koncert polegał na tym, że dziewięcioro bodaj muzyków siedziało przez 45 minut na estradzie i sporadycznie wydawali z instrumentów niemuzyczne, nieukładające się w dający się objąć ani sercem, ani rozumem porządek. Akt twórczej niemocy, czy potęgi? Raczej to pierwsze.
t.rozwadowski@prasa.gda.pl

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Bałtyckiego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Bałtyckiego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Bałtyckiego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Beata Gliwka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Wakacje 50% taniej!

Wakacje 50% taniej!

55,00 110,00

Zabierz ze sobą prenumeratę cyfrową na wakacje! Dziennik Bałtycki online oraz w wersji PDF na 90 dni 50% taniej! Tylko do 3 lipca!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2018 Polska Press Sp. z o.o.