Kto zarabia na ratowaniu życia?

Czytaj dalej
Fot. Arkadiusz Lawrywianiec
Marta Żbikowska

Kto zarabia na ratowaniu życia?

Marta Żbikowska

W środę o godzinie 16.00 rozpocznie się akcja protestacyjna ratowników medycznych w całej Polsce. - Godzina rozpoczęcia nie jest przypadkowa - tłumaczy Roman Badach-Rogowski, przewodniczący akcji protestacyjnej i Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego. - Czytana bez kropki mówi o kwocie podwyżki, jakiej się domagamy. To 1600 złotych do przyszłego roku, 800 złotych w lipcu, kolejne we wrześniu i reszta we wrześniu 2018 roku. W ten sposób podwyżki otrzymały pielęgniarki.

Pieniądze to nie wszystko, o co walczą ratownicy. Domagają się również upaństwowienia ratownictwa medycznego.

- Nie chodzi nam o nazwę, ale o stworzenie służby medycznej, na takiej zasadzie, jak działa w Polsce policja, straż pożarna, straż graniczna, czy wojsko

- wymienia Roman Badach-Rogowski. - My nie pracujemy w zaciszu gabinetów, ale w dzień, noc, święta i niedziele jesteśmy na posterunku. To służba. Często mamy do czynienia z traumatycznymi przeżyciami, spotykamy się z różnymi ludźmi, chorymi psychicznie, po dopalaczach, agresywnych. To niebezpieczna praca za marne pieniądze. Niektórzy z nas zarabiają 13 złotych za godzinę.

Tymczasem, ratownictwo medyczne w Polsce to zwyczajny biznes. Każdy może kupić dwie karetki z wyposażeniem, chociażby na Allegro, zarejestrować działalność w postaci pogotowia ratunkowego i uzyskać wpis do rejestru wojewody. Potem wystarczy wystartować w konkursie NFZ i można ratować ludzi.

- W Polsce 210 podmiotów działa jako pogotowia ratunkowe, każdy ma inne oznakowanie na karetkach, inne stroje

- mówi Robert Judek z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu. - W samej Wielkopolsce jest ich około 35. Są to firmy lepsze i gorsze, jedne posiadają nowoczesne karetki, inne muszą wynajmować samochody, bo ich własne nie nadają się już do użytku. Jak w takiej sytuacji możemy mówić o równym dostępie obywateli do opieki zdrowotnej? O tym, kto będzie ratował nasze życie decyduje cena. W jednych powiatach ludzie mają więcej szczęścia, w innych mniej.

Kolejnym problemem, którego rozwiązania domagają się ratownicy, są same konkursy. W jednym rejonie startuje w nich wiele podmiotów, które są zmuszone do oferowania konkurencyjnych cen graniczących z dumpingiem, w innych firmy dogadują się żądając kolosalnych stawek. Wszędzie żądzą pieniądze.

- Ratownictwo to opłacalny biznes, niestety pieniądze nie trafiają tam, gdzie powinny

- mówi Robert Judek. - W przypadku prywatnych firm stanowią one zysk właściciela, a nie może być tak, że ktoś bogaci się na ratowaniu życia.

Pogotowia ratunkowe utrzymują się z pieniędzy państwowych, które wojewodowie przekazują do NFZ. Fundusz w drodze konkursu wybiera wykonawcę i płaci mu za tzw. dobokaretkę. Oznacza to, że liczba wyjazdów nie ma tu znaczenia. Im ich mniej, tym większy zysk dla właściciela.

- Podmiotom prywatnym nie opłaca się inwestowanie w sprzęt, szkolenie kadry, czy branie udziału w kursach

- mówi Judek. - Często, aby ograniczyć koszty, zatrudniają ratowników na umowy śmieciowe za psie pieniądze. Taki system nie daje żadnej gwarancji bezpieczeństwa.

Akcja protestacyjna rozpocznie się w środę. Na razie na karetkach i budynkach pojawią się flagi, ratownicy ubiorą charakterystyczne koszulki.

- Chcemy zwrócić na siebie uwagę, jeśli to nie pomoże, podejmiemy kolejne kroki - zapowiada Roman Badach-Rogowski. - Nasz protest nie jest wymierzony w pacjentów, ale w rząd. To rządzący mogą podjąć decyzje zmieniającą tę chorą sytuację.

Marta Żbikowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.