Książka "Piosenkarze". PRL - te trzy litery są dla nich stygmatem

Czytaj dalej
Fot. Wojciech Gadomski
Ryszarda Wojciechowska

Książka "Piosenkarze". PRL - te trzy litery są dla nich stygmatem

Ryszarda Wojciechowska

- Miałam wrażenie, że dla większości moich bohaterów określenie „piosenkarz PRL” było większym lub mniejszym problemem - mówi Emilia Padoł, autorka książki „Piosenkarze”

Mam wrażenie, że polubiła Pani PRL. Najpierw były książki o damach i dżentelmenach z tamtej epoki, a teraz o piosenkarzach.
Po drodze była jeszcze książka o piosenkarkach PRL. „Piosenkarze” są domknięciem tego cyklu. I chyba rzeczywiście dobrze się czuję w PRL. Weszłam w ten świat poprzez biografie znanych osób, odkrywając, że jest on bardzo złożony - a przez to fascynujący.

Ale Pani piosenkarze chcą uciec od łatki zwanej PRL. Te trzy litery są dla nich stygmatem... Pani również w tytule książki skapitulowała, wykreślając PRL.
Miałam wrażenie, że dla większości moich bohaterów te trzy literki były większym lub mniejszym problemem. Tylko Andrzej Dąbrowski przyznał, że dla niego ta epoka była całkiem w porządku i że może bronić tamtych czasów. Ale część bohaterów odstraszał pierwotny tytuł. Inni nie chcieli rozmawiać. Dlaczego? Może niektórzy obawiali się, że za takim tytułem będą się kryć polityczne rozrachunki z przeszłością. Może wielu - z różnych powodów - PRL po prostu źle się kojarzy? Nie wiem, czy wykreślenie tych trzech literek było kapitulacją, chciałam postawić się na miejscu moich bohaterów, zrozumieć ich argumenty. Mam świadomość, że pierwotny tytuł mógłby być dla nich ograniczeniem, wstawieniem do leksykonu. W końcu wielu z nich to wciąż bardzo aktywni muzycy.

Miałam wrażenie, że dla większości moich bohaterów te trzy literki były większym lub mniejszym problemem. Tylko Andrzej Dąbrowski przyznał, że dla niego ta epoka była całkiem w porządku i że może bronić tamtych czasów.

Mimo że to już dzisiaj starsi panowie.
W pełni sił! Nagrywają, podejmują nowe wyzwania, występują - nie tylko w Polsce. Stan Borys od lat co roku odbywa tournée po Stanach Zjednoczonych i śpiewa dla Polonii, Andrzej Dąbrowski przyznaje, że na koncertach nie potrzebuje mikrofonu. Edward Hulewicz, bracia Zielińscy - oni też stale są obecni. Mieszkający w USA Maciej Kossowski wczoraj wysłał mi e-mail z informacją o tym, że wyszła jego nowa płyta.

Obok wyżej wymienionych, bohaterami książki są też Krzysztof Klenczon i Andrzej Zaucha, którzy już nie żyją. Jaki był klucz doboru?
Taki sam jak w przypadku wcześniejszych książek. Bohater musi mieć to coś. Osobowość, talent, charyzmę - w skrócie.

„Odkurzyła” pani Macieja Kossowskiego, który śpiewał takie przeboje jak „Dwudziestolatki” i „Wakacje z blondynką”. Ze zdumieniem przeczytałam, że on od 33 lat żyje w Ameryce jako Mike Cossi i jest spełniony muzycznie.
Kiedy opowiadałam różnym osobom o pracy nad książką i mówiłam, że jednym z bohaterów będzie Maciej Kossowski, zazwyczaj słyszałam w odpowiedzi: - ale kto to jest? Co ciekawe, tytuły tych dwóch wielkich przebojów są wciąż dobrze w Polsce znane, obiły się o uszy nawet niektórym urodzonym w latach 90. Pamięć o piosenkach przeżyła pamięć o ich wykonawcy. Dlatego bardzo się cieszę, że udało mi się dotrzeć do pana Macieja. Jego biografia jest niezłym materiałem na film, bardzo chciał wyjechać do Stanów Zjednoczonych. I, z tego co mówił, wyjazdu z Polski nie żałuje.

Wyjechał w 1969 roku, kiedy PRL trzymała się mocno.

Wcześniej, podczas trasy koncertowej z Czerwono-Czarnymi do USA, poznał swoją przyszłą żonę, Amerykankę. Paradoks polegał na tym, że ona nawet chciała zamieszkać w Polsce, ale on marzył o Ameryce. W USA spełnił się muzycznie. Gdy wyjeżdżał z kraju, choć jego popularność była ogromna, miał poczucie źle wykorzystanych lat. Czuł, że zaniedbał swoje granie na trąbce, że jako muzyk przestał się rozwijać. W Stanach mógł grać ze świetnymi jazzmanami w kultowych klubach Nowego Jorku. Jego marzenia się spełniły.

Zastanawiam się, co jeszcze nowego można napisać o życiu Krzysztofa Klenczona. Po tylu biografiach, wywiadach z „Bibi” - jego żoną. On, podobnie jak Maciej Kossowski, wyemigrował do Stanów, będąc u szczytu popularności.
O ile w przypadku Kossowskiego motywacją była chyba przede wszystkim chęć poznania innego muzycznego świata, to u Klenczona wyjazd był w dużej mierze podyktowany względami politycznymi. On i jego żona „Bibi” wiele w PRL przeszli. Jej rodzice uciekli z Polski, a ojciec Klenczona był żołnierzem AK, który musiał się po wojnie ukrywać. Wyjeżdżali do wolnego świata. Wiele osób nie rozumiało, i chyba nadal nie rozumie tego ruchu. Jak to, przecież Krzysztof miał tu wszystko, był u szczytu sławy. To było dużo bardziej złożone.

I dla niego Ameryka nie była jednak ziemią obiecaną.

„Bibi” podkreślała, że on tam grał bardzo dużo. Wydał płytę, szukał różnych muzycznych inspiracji. Więc te opinie, że Klenczon się za oceanem zmarnował, nie są do końca trafione. Poza tym chyba ich życie rodzinne ułożyło się tam lepiej, niż mogło tutaj. Dla mnie spotkanie z Alicją Klenczon było naprawdę pasjonujące. Przyszła na nie ze swoim mężem, który urodził się w Meksyku, choć ma włoskie korzenie. Mówił, że słucha często muzyki Klenczona i że bardzo ją lubi. Żeniąc się z „Bibi”, nie miał pojęcia, że Krzysztof był tak wielką gwiazdą w Polsce.

Opinie, że Klenczon się za oceanem zmarnował, nie są do końca trafione. Poza tym chyba ich życie rodzinne ułożyło się tam lepiej, niż mogło tutaj.


Bracia Zielińscy to kolejna legenda muzyczna w Pani książce.

Nie popadli na szczęście w zapomnienie.

Rysu kombatanckiego w swoim życiorysie nie mają.
Raczej nie, choć ich losy w PRL też były złożone. Grali wiele koncertów w ZSRR, zresztą jak wszyscy ówcześni artyści, tyle że oni występowali tam naprawdę dużo. Zdarzało się, że dawali nawet po dwa koncerty dziennie. Połowa lat 60. do połowy lat 70. to czas ich wielkiej popularności. Stan wojenny zastał ich w Ameryce. A potem jeden z braci, Jacek, wrócił, a drugi, Andrzej, został na dłużej, bo jak mówił - chciał się nacieszyć żywym kontaktem z amerykańską muzyką.

Stan Borys też wyjechał za ocean, bo chciał.

On swój wyjazd dokładnie zaplanował. Otwarcie opowiadał mi o garbie komunizmu, który mu ciążył. O tym, jak było źle w PRL, jak czuł się stłamszony, jak skomplikowane bywały wyjazdy zagraniczne artystów, w czasie których ktoś zawsze ich obserwował. Borys to antysystemowy buntownik. Żartował, że wyjechał z Polski w dniu, w którym Edward Gierek otwierał z pompą Dworzec Centralny i czekał na przyjazd Leonida Breżniewa.

Stan Borys to antysystemowy buntownik. Żartował, że wyjechał z Polski w dniu, w którym Edward Gierek otwierał z pompą Dworzec Centralny i czekał na przyjazd Leonida Breżniewa.

Był jednak artystą w PRL docenianym. Ówczesna prasa pisała o nim jako o zjawisku.
Był ceniony, bo miał niesamowity, bardzo silny głos, śpiewał przejmująco, zwracał uwagę. Ale z jednej strony go podziwiano, a z drugiej gnębiono. Więcej sukcesów i nagród przywoził z zagranicy niż z polskich festiwali, choć oczywiście w 1973 roku za swoją „Jaskółkę uwięzioną” otrzymał w Sopocie Bursztynowego Słowika, w tym samym roku w Opolu - nagrodę dziennikarzy. Drażnił swoim wizerunkiem, długimi włosami, krzyżami na piersiach.

Andrzej Dąbrowski. To niesamowity muzyk. Ubolewam nad tym, że popadł w zapomnienie... - mówi Emilia Padoł. - Rozdział jemu poświęcony zatytułowałam „Biografia
Janusz Wójtowicz Stan Borys

Pisano, że nosi się jak Chrystus Niefrasobliwy...
Tak napisał o Borysie Daniel Passent. Poza Polską artystę porównywano też do ortodoksów grekokatolickich. W Ameryce został na długo i odniosłam wrażenie, że zupełnie nieprzypadkowo. Rozwijał się tam jako muzyk, aktor, reżyser, kompozytor, uprawiał jogę i medytował.

Edward Hulewicz, czyli... „Za zdrowie pań”. Odkurzyła go Pani.
Ta piosenka to jego przekleństwo, ciągnie się za nim latami. Ale dzisiaj to człowiek bardzo aktywny, także na Facebooku. Ma wielu fanów i jest z nimi w stałym kontakcie. A w PRL był tak popularny, że przychodziły do niego... worki listów. Listonosz go przeklął. Fanki słały przeróżne wyznania, prośby i błagania. Jedna napisała, żeby nie biegał tak szybko po scenie, bo kiedy go ogląda na ekranie telewizora, nie nadąża z całowaniem.

Andrzej Dąbrowski jako jedyny nie próbował zakopać tych PRL-owskich korzeni pod ziemię.
Dla niego po prostu tytuł książki, przynajmniej z tego, co mówił, nie był w żaden sposób odstraszający. Czym wprawił mnie w absolutne osłupienie, bo po wcześniejszych doświadczeniach szłam na spotkanie z nim pełna obaw. Andrzej Dąbrowski to zresztą jeden z moich absolutnych ulubieńców, nie zamierzam kryć mojej wielkiej sympatii do niego.

Można powiedzieć, że „do zakochania jeden krok...” wystarczył.
Niewielki na dodatek. Dąbrowski to niesamowity muzyk. I ubolewam nad tym, że popadł w zapomnienie. Rozdział mu poświęcony zatytułowałam „Biografia goni biografię”, bo pan Andrzej ma ich aż siedem. Jest rajdowcem, dziennikarzem, perkusistą, wokalistą jazzowym, piosenkarzem, fotografem, kompozytorem. Bardzo barwnie opowiadał mi o swoim życiu i wielu wyjazdach. Jako perkusista jazzowy i wokalista pływał na statkach, między innymi na Karaiby. Zawsze stronił od alkoholu, nigdy nie miał kaca, miał za to wiele ciekawych przygód, spędzając na ogół samotnie czas przed wieczornymi koncertami. Podczas jednej z wycieczek omal nie zginął. Skoczył w niebezpiecznym miejscu do morza, na falę, wszędzie wkoło były skałki. Zranił nogę, przerażony, zaczął myśleć o rekinach, które, zwabione krwią, mogły się pojawić. Wszystko skończyło się dobrze, Dąbrowski dopłynął do piaszczystego brzegu. W czasie naszej rozmowy powtarzał, że bardzo chciałby pokazać żonie to miejsce. Ale żona nie daje się namówić - nie lubi latać samolotem.

Andrzej Dąbrowski. To niesamowity muzyk. Ubolewam nad tym, że popadł w zapomnienie... - mówi Emilia Padoł. - Rozdział jemu poświęcony zatytułowałam „Biografia

On sam jest zadowolony z życia?
Ma wspaniałe poczucie humoru. To człowiek, który kiedyś zrobił sobie wizytówki z napisem „Andrzej Dąbrowski abonent radia i telewizji”. W rozmowie przyznawał jednak, że niewiele osób wie, co on właściwie zrobił w muzyce. Opowiadał też o zupełnie nieznanych nagraniach, które leżą gdzieś w radiowych archiwach i zbierają kurz, czy o wydanej w 2006 roku płycie „Szeptem”, z najpiękniejszymi polskimi piosenkami, w świetnych aranżacjach Wojciecha Karolaka. Płycie, o której też wie niewielu.

Andrzej Dąbrowski. To niesamowity muzyk. Ubolewam nad tym, że popadł w zapomnienie... - mówi Emilia Padoł. - Rozdział jemu poświęcony zatytułowałam „Biografia
Archiwum/Dariusz Kula Andrzej Zaucha

Książkę kończy Andrzej Zaucha. Artysta, który potrafił zaśpiewać wszystko. „Czarny Alibaba”...
To jedna z najtrudniejszych biografii, bo przerwana bardzo wcześnie, w dramatycznych, żeby nie powiedzieć - absurdalnych okolicznościach. Zaucha został zastrzelony przez męża swojej przyjaciółki, z zazdrości. Ta śmierć zbudowała jego legendę, ale ja chciałam opowiedzieć przede wszystkim o tym, jakim był muzykiem.

ryszarda.wojciechowska@polskapress.pl

Ryszarda Wojciechowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikbaltycki.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.